Musisz zrozumieć jedno:
…że wszystko, co najważniejsze, tkwi zawsze schowane w cieniu, przesuwa się skacząc zwinnie przez żółte pęcherze świateł, jest chytre, giętkie i wnika przypadkiem w nozdrza i ślizga się na krawędzi spłoszonej nieświadomości, niedostępne, ukryte. Noc która właśnie w tej chwili zalega nad chmarą miasta wydaje się przypomnieniem. Wychodzi do niej naprzeciw stapiając się z nią w odlewie i cała, gęsta niejasność wydaje się być celowa, zupełnie, jak gdyby zamiast sczerniałej kopuły nieba dostrzegał jedną z wariacji masek zakładanych przez Toronto. Czy miało coś do ukrycia? Samo w sobie najpewniej nieszczególnie - jednak rój tych mieszkańców, dziesiątki setki przechodniów połykanych nagminnie przez ulice musiało coś w sobie kryć. Spoglądał na nich w ten sposób bo patrzył przez pryzmat siebie, zrozumiał, że widział w tym odniesienie dla własnej, głupiej ucieczki, dla wyjścia z domu bez celu, bez inspiracji bo czuł że zwyczajnie już musiał go opuścić. Nie odpoczął po pracy. Nie zasnął. W uśpionym pejzażu zimnej, wyblakłej architektury dostrzegał odbicie własnych skostniałych myśli i tendencji. Ile jeszcze… ile jeszcze, jak długo? Wyciągnął przed siebie dłoń. (Mógł widzieć wciąż na niej krew). Zacisnął palce w kwiat pięści, spróbował rozproszyć swoje rozważania. Co mi opowiesz, Miasto? Co zdołasz mi opowiedzieć? Ofiaruj mi jeden sekret, dobrze wiesz że jestem obeznany z koniecznością dochowania tajemnicy. Możesz na mnie polegać. Tak naprawdę możliwe, że nienawidzę cię tak samo jak miejsca, w którym się wychowałem. Możliwe-
Westchnął i zmrużył oczy. Przed nim zatańczyły postacie podobnie zabłąkane jak on. Kobieta oraz mężczyzna - ofiara oraz drapieżnik? Sprośne, rzucone jej oświadczenie, płaszcz narzuconej nagłej poufałości, zdania które pomknęły szatkując przestrzeń jak nóż. Ręka wyciągnięta w kierunku który nigdy nie będzie jej własnością. W jednym momencie scena wytrąca się z równowagi, mężczyzna go zauważa, rozumie że to za dużo, już wcześniej zaczął dostrzegać że nie wygra ale to wyłącznie zdołało przesądzić jego los. Mężczyzna rzuca się biegiem i znika w jednym z zaułków - myśli, przez krótką chwilę, że musi je dobrze znać. Sam idzie nadal przed siebie, jego kroki wbijają się w kręgosłup chodnika swobodnym, ospałym rytmem. Nie zastanawia się czy powinien reagować - wie, że musi to zrobić, że nie ma innego wyjścia. Zbyt silnie tresowali go w pracy oraz wcześniej na studiach że musi wciąż odpowiadać - więc reaguje - jak pies z powodzeniem poddany treningowi. Co mogło mieć tutaj miejsce? Nie wiedział czy kobieta jakkolwiek choć kojarzyła agresora. Czy ma to jednak znaczenie? Tak? Nie?
- Nic ci nie jest? - strzepuje z siebie pytanie tak jakby strzepywał kurz. Nie widzi żadnej potrzeby aby wydłużać formę i bawić się w niepotrzebne konwenanse. W nocy działały własne, zupełnie odrębne prawa. Noc była pełna ofiar i drapieżników, on za to zjawił się tuż po wszystkim - jakby jedynie czekał na padlinę.
Isobel Cameron