ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
you're not the only lonely man. Being free always involves being lonely. Just there is a mask you can peel off and another you can not
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

01.


Musisz zrozumieć jedno:

…że wszystko, co najważniejsze, tkwi zawsze schowane w cieniu, przesuwa się skacząc zwinnie przez żółte pęcherze świateł, jest chytre, giętkie i wnika przypadkiem w nozdrza i ślizga się na krawędzi spłoszonej nieświadomości, niedostępne, ukryte. Noc która właśnie w tej chwili zalega nad chmarą miasta wydaje się przypomnieniem. Wychodzi do niej naprzeciw stapiając się z nią w odlewie i cała, gęsta niejasność wydaje się być celowa, zupełnie, jak gdyby zamiast sczerniałej kopuły nieba dostrzegał jedną z wariacji masek zakładanych przez Toronto. Czy miało coś do ukrycia? Samo w sobie najpewniej nieszczególnie - jednak rój tych mieszkańców, dziesiątki setki przechodniów połykanych nagminnie przez ulice musiało coś w sobie kryć. Spoglądał na nich w ten sposób bo patrzył przez pryzmat siebie, zrozumiał, że widział w tym odniesienie dla własnej, głupiej ucieczki, dla wyjścia z domu bez celu, bez inspiracji bo czuł że zwyczajnie już musiał go opuścić. Nie odpoczął po pracy. Nie zasnął. W uśpionym pejzażu zimnej, wyblakłej architektury dostrzegał odbicie własnych skostniałych myśli i tendencji. Ile jeszcze… ile jeszcze, jak długo? Wyciągnął przed siebie dłoń. (Mógł widzieć wciąż na niej krew). Zacisnął palce w kwiat pięści, spróbował rozproszyć swoje rozważania. Co mi opowiesz, Miasto? Co zdołasz mi opowiedzieć? Ofiaruj mi jeden sekret, dobrze wiesz że jestem obeznany z koniecznością dochowania tajemnicy. Możesz na mnie polegać. Tak naprawdę możliwe, że nienawidzę cię tak samo jak miejsca, w którym się wychowałem. Możliwe-
Westchnął i zmrużył oczy. Przed nim zatańczyły postacie podobnie zabłąkane jak on. Kobieta oraz mężczyzna - ofiara oraz drapieżnik? Sprośne, rzucone jej oświadczenie, płaszcz narzuconej nagłej poufałości, zdania które pomknęły szatkując przestrzeń jak nóż. Ręka wyciągnięta w kierunku który nigdy nie będzie jej własnością. W jednym momencie scena wytrąca się z równowagi, mężczyzna go zauważa, rozumie że to za dużo, już wcześniej zaczął dostrzegać że nie wygra ale to wyłącznie zdołało przesądzić jego los. Mężczyzna rzuca się biegiem i znika w jednym z zaułków - myśli, przez krótką chwilę, że musi je dobrze znać. Sam idzie nadal przed siebie, jego kroki wbijają się w kręgosłup chodnika swobodnym, ospałym rytmem. Nie zastanawia się czy powinien reagować - wie, że musi to zrobić, że nie ma innego wyjścia. Zbyt silnie tresowali go w pracy oraz wcześniej na studiach że musi wciąż odpowiadać - więc reaguje - jak pies z powodzeniem poddany treningowi. Co mogło mieć tutaj miejsce? Nie wiedział czy kobieta jakkolwiek choć kojarzyła agresora. Czy ma to jednak znaczenie? Tak? Nie?
- Nic ci nie jest? - strzepuje z siebie pytanie tak jakby strzepywał kurz. Nie widzi żadnej potrzeby aby wydłużać formę i bawić się w niepotrzebne konwenanse. W nocy działały własne, zupełnie odrębne prawa. Noc była pełna ofiar i drapieżników, on za to zjawił się tuż po wszystkim - jakby jedynie czekał na padlinę.

Isobel Cameron
Ostatnio zmieniony pn kwie 27, 2026 8:46 pm przez Jude Iverson, łącznie zmieniany 3 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
23 y/o
For good luck!
170 cm
zawód życiowy życie
Awatar użytkownika
I don’t feel the pain, no I only feel the cold
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Isobel i jej spaczona wizja świata. Wulgaryzmy. Romantyzowanie przemocy.
II.

everyday, you lose the trail


Musisz zrozumieć jedno:
...że życie jest po prostu chujowe, niezależnie od miejsca zamieszkania. Wieczory w każdym mieście wyglądają tak samo. Zmieniają się tylko nazwy ulic i wygląd kamienic. Błąkała się po ulicach Toronto, jakby była wciąż w swoim mieście. Odwiedzała bary przepełnione klientelą spod ciemnej gwiazdy i nieoświetlone zaułki między zniszczonymi budynkami. Odnajdywała się w tym cieniu, jakby była jego częścią. Wtapiała się w niego i tworzyła z nim spójność — była lalką wyszytą ciemnymi nićmi. Część jej osobowości niezmiennie lgnęła do ciemności i pragnęła się z nią zjednoczyć. Isobel była wściekła. Głównie na siebie. O to, że dała się tak głupio przyłapać. Obwiniała za swoje niepowodzenie głównie mężczyznę, który był na tyle przywiązany do swojego samochodu, że od razu zgłosił się na policję. Kto, do cholery, kazał mu wjeżdżać tym swoim dopieprzonym, salonowym samochodem na teren ludzi, którzy tylko czekali na chwilę, by dać upust emocjom. Całym sercem nienawidziła bananowych dzieci. Pluła na nich z obrzydzeniem i najchętniej ściągnęłaby ich wszystkich na ziemię. Żyli w swoim świecie, zupełnie nieświadomi tego, co może ich spotkać, gdy wyjdą z tych swoich pozłacanych posesji i pozwolą objąć się pomroce. Błądzili jak dzieci we mgle, z nadzieją, że pieniądze pomogą im ze wszystkim. Oczywiście. Tylko szkoda, że niektórzy pluli na pieniądze.
W myślach Isobel rodziła się wizja perfekcyjnych zwłok rozciągniętych przez całą ulicę podtopioną krwią. Wyobrażała sobie błądzące strużki szkarłatnej posoki między chodnikowymi kostkami, po których właśnie szła. Chwilę temu była naprawdę wściekła. Ale teraz, gdy jej umysł zaczęły zalewać makabryczne obrazy, czuła, że jej nastrój ulega znacznej poprawie. Przez plecy dziewczyny przeszedł przyjemny impuls na myśl o tym, jakimi torturami uraczy tego chłopaka po swoim powrocie do Orleanu. W takich momentach zastanawiała się, czy nie zrobić czegoś zakazanego, bo myśl o deportacji z każdą chwilą stawała się coraz przyjemniejsza. Przeczytała ostatnio nową książkę o średniowiecznych torturach, i niektóre z nich wydały jej się naprawdę intrygujące.
Zwłaszcza opcja ze szczurami wgryzającymi się w ludzi.
Idąc tak wieczorem przez uliczny półmrok, kopała po drodze jakimś kamyk. Odbijał się o czubki ciężkich, podbitych metalem butów, wydając z siebie intrygujący dźwięk, gdy turlał się po chodniku. Pogrążyła się w swoich drastycznych myślach, czując przecinającą przez jej ciało ekscytację na myśl o tym, jak wiele bólu i krzywdy mogłaby wyrządzić temu skurwielowi z apartamentowców. Ludzie, których mijała, nieszczególnie zdobywali jej uwagę. Kątem oka dostrzegała mężczyzn, którzy na widok drobnej sylwetki przestawali nagle gadać i odsuwali papierosy od ust, zupełnie jakby nie widzieli nigdy wcześniej kobiety. Była pewna, że właśnie stała się ich głównych tematem. Zapewne rozmawiali o tym, że była dziwna, albo w jaki sposób mogliby ją przelecieć — nie byłaby zdziwiona, gdyby opinie były podzielone. Uszczęśliwiało ją natomiast to, że nikt jej, na razie nie zaczepił — dłonie wsunięte w kieszenie płaszcza, zaciskała mocno w pięści, muskając palcami składany scyzoryk. Te aż rwały się, żeby komuś mocno przypierdolić. Powtarzała w myślach słowa terapeuty, który t ł u m a c z y ł jej, że powinna zacząć panować nad swoimi emocjami i nie ulegać impulsom. Dlatego ściągnęła usta w wąską linię, zacisnęła zęby i przeszła obok nich, ignorując tę drażniącą obecność mężczyzn i nadmiaru testosteronu, który — jak jej się wydawało — niemal unosił się w zanieczyszczonym spalinami powietrzu. Nie wyskoczyła do nikogo z mordą, choć bardzo korciło. Cisnęły jej się na język same nieprzyzwoitości. Zduszenie tej potrzeby w zarodku wymagało od niej silnej woli. Odetchnęła z ulgą, gdy skręciła za róg i ulicy i nie dostrzegła więcej żadnej osoby, która mogłaby ją mocniej rozsierdzić. Żadnego zapalnika. Straciła na moment czujność i nie zauważyła, że jeden z tych idiotów postanowił za nią pójść. Odzyskała rezon, gdy poczuła, jak ktoś zsuwa jej kaptur z głowy. Zatrzymała się w miejscu, przeczesując wściekłym spojrzeniem chodnik.
— Maleńka, chyba się zgubiłaś. Nie wiesz, że o tej godzinie roi się od niebezpieczeństwa? — jego głos wdarł się do jej uszu niespodziewanie. Niski, choć dość ostry, taki który nie znosił sprzeciwu i wierzył, że może robić, co tylko mu się podoba. Zaciśnięte pięści Cameron nagle ją zaswędziały.
— Wypierdalaj — rzuciła ostrym tonem, odwracając się ze złością w kierunku mężczyzny. Błękitne oczy Isobel płonęły niebezpieczną wściekłością. Spojrzał na nią nieco dziwnie, jakby właśnie miał przed sobą rozjuszonego kociaka. Tyle, że Cameron nie była przerażonym kociakiem, tylko żmiją i nie bała się użyć kłów w sytuacji zagrażającej życiu — a za takie brała niemal wszystkie. Myślał, że może jej dotknąć. Że jego dłonie odnajdą swoje miejsce na jej ciele przysłoniętym przejściowym płaszczem.
Zamarła, kiedy jej dotykał, ale tylko przez chwilę. Kiedy jego palce wsunęły się bezczelnie pod płaszcz, poczuła, że traci nad sobą kontrolę. Przysunęła się do niego gwałtownie, jakby to ona w tym momencie była zagrożeniem, nie on. Zaśmiał się pod nosem, coś pierdoląc, że chyba ma ochotę na więcej. W niekontrolowanym ruchu instynktownie wyszarpnęła z kieszeni dłoń, rozkładając niewielkie ostrze, które błysnęło w świetle i przywarło ostrzegająco do jego policzka. Mężczyzna pobladł. Zaklął siarczyście pod nosem, wspominając, że jest popierdolona i powinien jej pokazać, czemu nie powinna się tutaj kręcić. Jego dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, jakby chciał odsunąć rękę od swojego policzka. Przygotowała się do uderzenia w brzuch, ale czyjaś obecność zbiła go z pantałyku. Mężczyzna wypuścił jej rękę spomiędzy palców, zerkając w stronę faceta, który przychodził. Wkurzony przesunął dłonią po twarzy, rzucając jej pogardliwe spojrzenie i w pośpiechu odszedł, zostawiając ją samą. Cameron odetchnęła z ulgą, próbując uspokoić bijące ze strachu serce. To nie tak, że nie była przerażona. W świecie pełnym drapieżników i ofiar N I G D Y nie była ofiarą. Była drapieżnikiem i nie powinna okazywać słabości. W tym samym trybie czujności odwróciła się w stronę mężczyzny nieopodal. Tego samego, co spłoszył napastnika i za chwilę się do niej odezwał.
Zaśmiała się kpiąco, paskudnie i wyjątkowo nieprzyjemnie, chowając ponownie dłonie do kieszeni.
— Mi? Tacy spierdoleńcy nie robią na mnie wrażenia. Jego zapytaj — gestem podbródka wskazała kierunek, w którym poszedł mężczyzna. Najpewniej wrócił do swoich kolegów. — Pewnie pobiegł właśnie poskarżyć się kolegom.


Jude Iverson
Blueberry/Kasia
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”