Mimowolnie sięgnęła po jedno z ubrań na podłodze i zamachnęła się w kierunku wejścia. Mokry materiał zmiętolonej koszulki uderzył o wchodzącego do środka Connora.
— Zadowolony?! — wrzasnęła, szykując się, żeby złapać za drugą rzecz.
Puszczenie czarnego prania z białym to pestka, choć nieumyślnie dorzucił tym do pieca. Najważniejszy był fakt, że o godzinie szóstej po południu miał znaleźć się w holu siedziby CBC, o czym najpewniej zapomniał. Że to było ważne dla niej spotkanie – cholernie ważne – wiedział od ponad miesiąca. Sam zaoferował, że dotrzyma Sheili towarzystwa, gdy ona będzie udawać, że ani trochę się nie stresuje. Może gdyby się pojawił, ona po kryjomu nie wciągnęłaby paru kresek, by jakoś tą nieobecność przeżyć. A przecież taka była silna, niezależna! Cóż, gdyby nie wciągnęła, nie byłoby też żadnej szopki.
— Ciemne z jasnymi?! — pisnęła wręcz, bo na moment głos jej się załamał.
Żadnego „gdzie byłeś?!”, „czekałam!”. Mógł się przecież domyślić, że nie wylewała z siebie piany z powodu zmieszanego prania, prawda?
Rzuciła w niego kolejnym ubraniem, z taką siłą, że włosy opadły jej na twarz. Wyprostowała się, zgarniając z buzi niesforne kosmyki. Patrzyła na Connora jakby sekundy dzieliły ją od pójścia do kuchni i złapania za pierwszy lepszy talerz, bo wiadomo, że najlepiej rzucało się właśnie nimi”.