White party organizowane przez Bylthów od wielu lat należało do najważniejszych wydarzeń sezonu. Nie wiadomo do końca skąd wziął się ten pomysł, ale zawsze na początku lata pani Bylthe - Barbara - zapraszała wszystkich swoich sąsiadów i przyjaciół z dorosłymi dziećmi, aby ubrani w kreacje od najlepszych projektantów raczyli się prosecco, szampanem, piwkiem i pysznym jedzeniem z kateringu, udającym, że tak na prawdę to jest garden party. Nic z garden party dla biedaków nie miało to wspólnego, bo nawet grill nie został nigdy odpalony, ale był na miejscu wypucowany, jakby dając sygnał gościom, że sezon letni zostaje otwarty. Natomiast katering to hot dogi, hamburgery i fryteczki, oraz owoce morza w panierce - czyli to co bogole wyobrażają sobie, że jedzą biedni ludzie. Dość śmieszny był to widok, kiedy panie na szpileczkach trzymały w dwóch palcach małe burgerki i starały się, aby sos nie spadł im na suknię od Schiaparelli.
To całe party było świetną okazją do networkingu, ale dla młodych dorosłych było też okazją do tego, żeby się legalnie upić pod okiem rodziców, którzy nie mogli się temu sprzeciwiać, bo skoro wzieli ich na taki melanż no to wiedzieli po co. I tak na przykład Peach jak miała te osiemnaście lat to też już zaczeła chodzić, co prawda wtedy się jeszcze trochę kryła, ale jako dwudziesto-jedno latka, już sie wcale nie kryła i często nieźle odwalała. Najczęściej spędzała czas z Patelem, Bylthami, rodzeństwem Wyatt i Marshallami, chociaż teraz na przykład już z tymi ostatnimi to tak nie bardzo. Zamiast tego stała z jakimiś córkami finansistów i słuchała o ich ciążach, bo to był przecież najciekawszy temat jak się ma prawie trzydziestkę. Ona w ciąży wcale nie planowała być, bo już sobie wymyśliła, że sobie jakąś surogatkę do tego ogarnie, no i też na pewno nie przez najbliższe pięć lat, bo teraz była w swoim prime time.
Peaches się odwaliła w biel, bo jakżeby inaczej, ale póki co nic nie jadła, bo po pierwsze nie chciała, żeby ją zaraz wzdeło i by łaziła z bebzonem i wyglądała jak jakaś w ciązy, a po drugie to takich niezdrowych rzeczy nie tykała publicznie. Oczywiście jak siedziała sama na chacie z zamkniętymi drzwiami to zjadła jakieś fryteczki, najgorsze że na początku mieszkania z Williamem oczywiście się nie przyznawała do tego i kiedyś go nie było, sobie zamówiła, a on nagle się pojawił i musiała udawać, że to wcale nie dla niej tylko dla niego zamówiła. Dopiero po kilku dniach, kikedy jednak jej się udało zamówić fastfood żeby go nie przechwycił, mogła go zjeść. Co prawda William przyszedł do niej do pokoju i zaraz wyczuł, więc niestety się wydało. Strasznie to wtedy przeżywała, szczególnie, że nie mogła się z nikim podzielić swoją niedolą, bo nikt nie wiedział. Ale może na dobrze wyszło, bo teraz jak zmawia to nie ma wyrzutów sumienia i William też na tym skorzysta często.
W końcu zobaczyła, że Galen wkroczył na salony i jak się wita ze wszystkimi jak jakiś mafiozo, a im bliżej się do niej przesuwał, tym częściej sobie na niego zerkała. W końcu przyszedł i do ich grupki i dziewczyny go obsiadły jak te kokoszki, pytają co tam Galenik - co nowego - ile ostatnio zarobiłeś - a jaka szkoda, że juz nie jestes z Cherry, widziałeś jak się odwaliła - a wgle to czemu nie masz Instagrama, bo nikt nie wie co u ciebie. Peach się trochę śmiała z tego jak go zarzucają pytaniami, ale postanowiła ich zostawić i poszła sobie do łazienki, żeby upudrować nosek.
Kiedy wróciła, Galen już się wydostał z macek i stał gdzieś z boku i pewnie zapisywał numery wszystkich tych laseczek, które mu się dziś przedstawiły. Peach go tak obserwuje trochę z boku, ale jednak uznała, że nie będzie wsi robić i podeszła do niego i wita się cmokiem w policzek.
- Cześć babe - i jak się odsuneła to pokazuje na siebie - Peach, pamiętasz? - uśmiecha się przebiegle, bo trochę chce mu dopiec za to, że ostatnio do niej mówił obcym imieniem. Sięga do jego policzka, bo tam jeszcze pod makeupem (na pewno jakiś nałożył) był ten siniak po pobiciu przez Madoxa - Jak się czujesz, słyszałam, że jednak nasza imprezka nie skończyła się dla ciebie najlepiej?