Poczuł, jak wciska mu w dłoń coś mokrego i zimnego. Spojrzał na chusteczki, a potem na swoje ręce. Były czarne od brudu, paznokcie połamane, a skóra podrapana od grzebania w śmietniku i ucieczki przez zaułki. Przez chwilę gapił się na nie, kompletnie nie wiedząc, po co mu je daje. Myślał, że wyciągnie jakąś bułkę albo chociaż batona, a ona wyskakuje z higieną. Wycieranie rąk to ostatnia rzecz, o jakiej myślał. Brzuch mu się kurczył z głodu, a w ustach miał suchość po dragach, a mimo to, odruchowo zaczął trzeć chusteczki o dłonie, zostawiając na nich ciemne smugi. Spojrzał na nią uważniej, ale wzrok wciąż mu uciekał. Widział, że jest spięta. Rozglądała się na boki, jakby się wstydziła, że siedzi obok takiego ćpuna, albo na kogoś czekała. Wokół nich było głośno, bo jakieś dzieciaki biegały, krzyczały, a rodzice je wołali. Hałas drażnił chłopakowi uszy, które wciąż były nadwrażliwe po zjeździe i po tym, co nagadał mu Jason.
Słowa Isabella i Bella najpierw tylko obiły mu się o uszy, nie robiąc na nim wrażenia, dopiero to gadanie o drzewie i pisaniu imion sprawiło, że coś mu zaskoczyło w mózgu i odruchowo spojrzał na swój lewy nadgarstek. Pamięć wróciła tak nagle, że aż go zemdliło. Zobaczył drzewo i Bellę, która bała się wejść wyżej. Chciał jej pomóc, pociągnął ją, ale sam stracił równowagę i przejechał ręką po ostrym sęku. Krew się lała, ona płakała, a on zgrywał twardziela, żeby jej nie wystraszyć. Podniósł wzrok i gapił się na nią przez dłuższą chwilę, mrużąc oczy. No jasne. To była ona.
-
Bella… - wychrypiał, a w gardle poczuł pieczenie. -
Ty… To naprawdę ty.
Zrobiło mu się cholernie wstyd, że aż cofnął dłoń, chowając ją pod udo. Spojrzał na swoje brudne spodnie i chusteczki, które od niej dostał. Chciał się zapaść pod ziemię.
W jego głowie, pod warstwą narkotycznego otępienia, nagle pojawiło się wspomnienie. Patrzył na jej twarz i przypomniał sobie czas, tuż przed tym, jak wszystko się spierdoliło. Przecież próbowali być razem. Planowali coś, snuli gówniarskie wizje o wspólnej przyszłości, a potem przyszedł moment, kiedy oboje musieli się spakować i wyjechać. Rozrzuciło ich w zupełnie inne strony, jakby ktoś celowo chciał ich od siebie odciąć i kontakt… urwał się z dnia na dzień. Żadnych telefonów, żadnych wiadomości, nic. Każde poszło w swoją stronę, zatonęło we własnym życiu. A teraz siedzieli razem na ławce. Bella wyglądała, jakby ułożyła sobie życie na nowo, a Stellan był żywym dowodem na to, że powrót okazał się totalną katastrofą. Gdyby wtedy zostali, gdyby spróbowali to utrzymać… może nie siedziałby tu dzisiaj z żołądkiem skręconym od głodu.
Słyszał, jak mówi ciche „proszę, smacznego”, ale był zbyt zajęty wpychaniem jedzenia do ust, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Przeżuwał ciastka czy co to tam było, czując, jak żołądek w końcu przestaje go boleć. Kiedy przełknął pierwszy głód, zauważył, że Bella siedzi obok dziwnie sztywno. Nic nie mówiła, tylko patrzyła na niego, a z jej miny mógł wyczytać tylko jedno – miała ochotę stąd uciec i w sumie wcale jej się nie dziwił. Dla niej był już tylko wrakiem, który myśli o kolejnej działce. Nie było już tego Stellana, którego kiedyś kochała. Sam czuł, że tamten gość dawno zniknął.
Nagle wstała z ławki i przez chwilę myślał, że po prostu odejdzie bez słowa i już nigdy jej nie zobaczy, ale ona poszła w stronę budki z jedzeniem. Zobaczył, jak kupuje coś większego, ciepłego, a kiedy wróciła, stanęła przed nim i powoli kucnęła, żeby wyrównać wzrok. Zamarł, kiedy delikatnie odgarnęła mu z czoła brudne kosmyki włosów. Ten dotyk był tak ciepły, że aż odruchowo zamknął oczy. Przez ten gest zrobił mu się jeszcze bardziej wstyd swojego wyglądu, ale nie potrafił się odsunąć. Patrzył na nią z dołu, trzymając w garści napoczęte jedzenie, kompletnie zaskoczony tym, że po tym wszystkim potrafi jeszcze podejść tak blisko.
Słowa o dziecku dotarły do niego z opóźnieniem, ale jak już dotarły, to jakby ktoś mu strzelił w pysk.
-
Dziecko? - powtórzył pod nosem, gapiąc się na nią z dołu, kiedy tak przed nim klęczała. Dopiero teraz połączył kropki. Te nerwowe spojrzenia na boki, plac zabaw kawałek dalej. Ona miała dziecko. Miała nowe, poukładane życie, w którym nie było miejsca na syf, w jakim tkwił.
Słuchał, jak mówi, że jej przykro i widział, że ledwo trzyma łzy. Chciał jej powiedzieć, żeby nie płakała, że nie warto, ale język stanął mu w gębie. Wyjazd wszystko przekreślił. Wtedy się rozpadli, a teraz to już w ogóle była przepaść. Ona wróciła z dzieckiem, jako matka, a Stellan? Miał swój zaćpany świat, nie byli sobie pisani, a to spotkanie tylko to podsumowało. -
Rozumiem - wymamrotał, odwracając wzrok, bo nie mógł już patrzeć na jej zmartwioną twarz. -
Idź do niego. Nie patrz na mnie. - Chciał, żeby już poszła, dla własnego dobra, zanim jej dziecko podejdzie i zobaczy, z kim rozmawia mama. Zanim w ogóle zdążyła się podnieść, spojrzał na te torbę z jedzeniem, które przed nim postawiła i znowu na jej twarz. Poczuł, że musi coś z siebie wydusić, zanim naprawdę stąd pójdzie. -
Isabella… - zaczął cicho, odchrząkując, żeby głos się tak nie łamał. -
Dzięki za jedzenie. Naprawdę. I za to, że w ogóle tu usiadłaś i nie przeszłaś obok jak inni. Idź już do swojej pociechy. Dzięki jeszcze raz - dodał, próbując wymusić na twarzy chociaż cień normalnego uśmiechu, ale wyszedł z tego pewnie tylko krzywy grymas.
Isabella Hunter