ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
177 cm
zastępca dyrektora The Ritz-Carlton Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001
Sophie pojawiła się w kawiarni piętnaście minut przed umówioną godziną. Nie należała do osób, które wpadały gdzieś na ostatnią chwilę, zdyszane i z telefonem przy uchu. Zdecydowanie bardziej odpowiadało jej przyjście wcześniej, zamówienie kawy i spokojne przygotowanie się do rozmowy. Dzięki temu mogła na chwilę odciąć się od hotelu, uporządkować myśli i skupić wyłącznie na osobie, z którą za moment miała się spotkać. Wybrała stolik przy oknie, bo widziała z niego wejście do restauracji, a jednocześnie mogła usiąść nieco z boku, z dala od największego ruchu. Zdjęła marynarkę, przewiesiła ją przez oparcie krzesła, akurat w momencie gdy zjawił się kelner.
- Poproszę czarną kawę. Bez cukru, z odrobiną śmietanki.
To zamówienie znała na pamięć. Próbowała różnych kaw, ale ostatecznie zawsze wracała do tej samej. Bez dodatków, które miały poprawiać smak czegoś, co samo w sobie było wystarczająco dobre.
Kilka minut później czekała z filiżanką w dłoni. Ciepło porcelany przyjemnie ogrzewało palce, kiedy otworzyła cienką teczkę z dokumentami. CV kandydatki przeczytała już wcześniej, ale miała zwyczaj wracać do niego tuż przed spotkaniem. Czasami dopiero za drugim albo trzecim razem zauważała coś, co wcześniej wydawało się zupełnie nieistotne. Wykształcenie związane z hotelarstwem, kilka dodatkowych kursów i doświadczenie, które na pierwszy rzut oka wyglądało całkiem dobrze. Kandydatka nie zmieniała pracy co kilka miesięcy, ale też nigdzie nie zostawała szczególnie długo. Najdłużej wytrzymała niecałe dwa lata. Sophie nie uważała tego za czerwoną flagę. Ludzie odchodzili z różnych powodów. Czasem chodziło o pieniądze, czasem o atmosferę, a czasem po prostu czuli, że stoją w miejscu. Jeżeli kandydatka powie, że szuka nowych wyzwań, wolałaby, żeby od razu dodała, co właściwie ma na myśli. Z doświadczenia wiedziała, że wiele osób potrafiło doskonale wypaść podczas rozmowy, a później kompletnie nie odnajdywało się w grupie. Hotel nie działał dzięki jednej osobie. Nawet najlepszy recepcjonista niewiele znaczył, jeśli nie potrafił dogadać się z resztą zespołu. To samo dotyczyło kierowników. Kompetencje były ważne, ale charakter często decydował o wszystkim. Na chwilę odłożyła dokumenty i rozejrzała się. Miejsce powoli się zapełniało. Przy jednym ze stolików siedziało starsze małżeństwo, które dzieliło się kawałkiem sernika, obok dwie studentki przeglądały notatki do egzaminu, a kilka miejsc dalej młody mężczyzna stukał w klawiaturę laptopa z takim skupieniem, jakby od napisania kolejnego maila zależało jego życie.
Telefon zawibrował, wyrywając ją z zamyślenia. Krótkie spojrzenie na ekran wystarczyło, żeby zobaczyć nazwisko jednego z kierowników recepcji.
Gdyby musiała osobiście rozwiązywać każdy problem, bardzo szybko zabrakłoby jej doby, schowała więc telefon do torebki i spojrzała na zegarek. Do spotkania zostało pięć minut. Przez ostatnie lata przeprowadziła dziesiątki rozmów kwalifikacyjnych. Na początku stresowały ją prawie tak samo jak osoby siedzące po drugiej stronie stolika. Bała się, że zada niewłaściwe pytanie albo pominie coś istotnego. Dopiero z czasem zrozumiała, że nie chodzi o stworzenie idealnej atmosfery ani znalezienie idealnego pracownika, bo tacy ludzie zwyczajnie nie istnieli, każdy miał jakieś braki. Pytanie tylko, czy dało się z nimi pracować. Zamknęła teczkę i oparła się wygodniej o krzesło. Na chwilę pozwoliła sobie po prostu obserwować otoczenie. Lubiła takie miejsca, nie było tu hotelowego pośpiechu, telefonów dzwoniących bez przerwy ani pracowników zaglądających do gabinetu z kolejnymi pytaniami. Telefon ponownie zawibrował, ale tym razem wiadomość przyszła od dyrektora. Uspokoiła go, że wszystko pod kontrolą. Gdyby ktoś zapytał jej współpracowników, pewnie połowa powiedziałaby, że jest wymagająca, a druga połowa dodałaby, że trudno ją zadowolić. Nigdy się tym szczególnie nie przejmowała. Wiedziała, że wysokie standardy potrafią irytować, ale jednocześnie sprawiały, że ludzie rozwijali się szybciej. Nie wymagała przecież od nikogo rzeczy, których sama nie byłaby gotowa zrobić. Spojrzała na zegarek. Za minutę miała rozpocząć się rozmowa. Punktualność była dla niej ważna, nie dlatego, że uważała spóźnianie się za brak szacunku, bo każdemu mogło się coś przydarzyć. Liczył się jednak sposób, w jaki ktoś reagował. Jeden telefon czy wiadomość wystarczały, żeby pokazać, że druga osoba traktuje spotkanie poważnie. Minęła umówiona godzina, a kandatki nie było. Sophie poczuła lekkie zdenerwowanie. Uznała, że da jej regulaminowe piętnaście minut, a gdy się nie zjawi, wróci do pracy.

coven bremers
27 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
sprzedawczyni w secondhandzie
Awatar użytkownika
piasek, plaża, na niebie słońce
a jak będzie padać to mam w drinku parasolkę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

010.
Obrazek
Nieczęsto trafiały jej się dni wolne. Była jedyną pracowniczką second handu i chyba jednocześnie osobą niezastąpioną, skoro pani Wilson za każdym razem kręciła nosem, gdy Coven tylko nieśmiało wspominała o jednodniowym urlopie. Dłuższy wypoczynek musiała planować z dużym wyprzedzeniem, bo inaczej właścicielka lumpeksu zostawała ze wszystkim zupełnie sama, a to zdecydowanie nie było jej na rękę. Pani Wilson, rzecz jasna. Nie Bremers. To nie tak, że Coven nie zależało na tej pracy. Po prostu miała w sobie zdecydowanie za dużo beztroski, żeby przejmować się wszystkim odpowiednio wcześnie i planować życie z wyprzedzeniem. Zwykle najwięcej rozsądku pojawiało się u niej dopiero wtedy, kiedy zaczynała palić jej się dupa. Ale czy nie wszyscy tak czasem mieli? Pewnie nie.
Trudno było powiedzieć, że lato na dobre rozgościło się w Toronto. Często padało, tak jak tego dnia, kiedy Bremers wyszła z mieszkania, kompletnie zapominając o parasolce i własnej głowie. Kiedy szła przez centrum, spadła ściana deszczu. Ludzie w popłochu zaczęli wchodzić do pobliskich lokali, żeby schronić się przed ulewą. Coven przez chwilę pomyślała, że może zdąży wskoczyć do autobusu, który zatrzymał się przy niezadaszonym przystanku, ale kierowca zamknął jej drzwi przed samiutki drzwi. Bezradnie wyrzuciła obie ręce w powietrze, a gdy autobus odjechał, wystawiła w jego kierunku środkowy palec. Najwyraźniej wszechświat postanowił być dzisiaj przeciwko niej. Uwziął się na nią i tyle.
Niewiele myśląc, odwróciła się na pięcie i wpadła do środka przyulicznej kawiarni. W nozdrza natychmiast uderzył ją zapach parzonej kawy i świeżych wypieków. Ze zrezygnowaniem spojrzała przez okno. Skoro deszcz na razie nie zamierzał ustąpić, chyba nie pozostało jej nic innego, jak przeczekać w środku. Głupio było tak sterczeć przy drzwiach i nic nie zamówić. Tym bardziej że barista zerkał na nią podejrzanie. Trochę jak na złodziejkę. Ale co ona miałaby właściwie stąd wynieść? Tego sztucznego kwiatka, który stał w rogu lokalu albo wybiec na zewnątrz, zarzucając sobie krzesło na plecy. W końcu odchrząknęła i ociekając wodą, podeszła do lady.
Co dla ciebie? — odezwał się do niej ten sam chłopak, który jeszcze chwilę wcześniej łypał na nią spode łba.
Latte Macchiato na mleku bez laktozy. I może to brownie? — wskazała głową na przeszkloną gablotę, gdzie znajdowały się wypieki.
Na miejscu czy na wynos? — dopytał jeszcze, a Bremers zerknęła wymownie w kierunku okna, po którym spływały strugi deszczu, a później znów przeniosła wzrok na baristę. On tak serio?
No chyba nie sądzi pan, że usiądę sobie przy stoliku na zewnątrz? — zaśmiała się, ale bez złośliwości. Coven była durna, ale coś tam jednak w tej głowie miała.
Mężczyzna wzruszył ramionami, a potem nabił wszystko na kasę. Zapłaciła za zamówienie telefonem i rozejrzała się po kawiarni. No kawiarnia jak kawiarnia, nic specjalnego. Dostrzegła nawet wolny stolik przy oknie, więc jak tylko otrzymała to, co kupiła, dziarskim krokiem ruszyła w obranym kierunku. Nie przypuszczała tylko, że podłoga będzie aż tak mokra. A powinna, bo przecież zarówno ona, jak i kilka innych osób, wparowało do środka, żeby nie sterczeć w ulewie. W pewnym momencie wpadła w niekontrolowany poślizg - filiżanka z kawą, którą trzymała w prawej ręce, wystrzeliła do góry i z hukiem spadła sąsiedni stolik. A dokładniej na stertę papierzysk, nad którymi pochylała się jakaś kobieta.
Przepraszam najmocniej! — wypaliła automatycznie, już rozglądając się za czymś, czym mogłaby zetrzeć ślady tej dewastacji. Ale na to było już trochę za późno.

Sophie Finch
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu
ODPOWIEDZ

Wróć do „George Restaurant”