ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
190 cm
żołnierz kanadyjskich siły zbrojnych
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kilka tygodni potrafiło zmienić zaskakująco wiele.
Ally zgodnie z planem wyjechała, a Gavin zrobił dokładnie to, co obiecał jej tamtego wieczoru - zamknął pewien rozdział. Wsiadł w samolot i poleciał do domu, choć słowo dom od dawna nie znaczyło dla niego tego samego, co dla większości ludzi. Przez lata przyzwyczaił się do walizek stojących w pogotowiu, mieszkań wynajmowanych na kilka miesięcy, koszar, hoteli i adresów, które zmieniały się szybciej niż pory roku. Cztery ściany nigdy nie były m i e j s c e m.
Dom tworzyli ludzie, a z nimi od zawsze radził sobie znacznie gorzej niż z kolejnymi rozkazami.
Najtrudniejszy okazał się ten, którego nikt mu nie wydał. Rozmowę z Pauline odkładał niemal każdego dnia, znajdując coraz to nowe powody, by zrobić to jutro. Raz tłumaczył sobie, że potrzebuje jeszcze chwili, innym razem dochodził do wniosku, że powinien wybrać lepszy moment, spokojniejszy dzień albo miejsce, które nie będzie kojarzyło się z końcem czegoś ważnego. W głębi duszy doskonale wiedział, że żaden odpowiedni moment n i e i s t n i a ł.
Kiedy w końcu usiedli naprzeciw siebie, nie próbował się bronić. Nie szukał usprawiedliwień, które pozwoliłyby mu wyjść z tej rozmowy z podniesioną głową. Przyznał, że od dawna czuł, iż ich drogi rozchodzą się w różnych kierunkach, a mimo to zabrakło mu odwagi, by powiedzieć to wcześniej. Zwlekał, licząc, że problem rozwiąże się sam, jakby czas potrafił podejmować decyzje za ludzi. Nie potrafił cofnąć miesięcy niepewności, które jej zafundował, ani wymazać nadziei, którą nieświadomie podtrzymywał. Mógł jedynie wziąć na siebie odpowiedzialność i pogodzić się z tym, że przeprosiny nie zawsze wystarczały, by naprawić wyrządzone szkody.
Wyjeżdżając, czuł przede wszystkim u l g ę. Powrót do Toronto wydawał się dziwnie odpowiedni. Przedłużył wynajem mieszkania o kolejny miesiąc, dokładnie tak jak robił to wcześniej, unikając deklaracji, które zamykałyby za nim jakiekolwiek drzwi. Miesiąc był b e z p i e c z n y. Pozwalał zostać, jednocześnie zostawiając możliwość odejścia.
Taki sposób życia znał najlepiej. Mimo wszystko coraz częściej łapał się na tym, że chciał zostać właśnie t u t a j. Jeszcze nie umiał nazwać tego decyzją, było to raczej przeczuciem, które z każdym dniem nabierało kształtu.
Na lotnisku pojawił się zdecydowanie za wcześnie. Kręcił się bez celu po hali przylotów, kupił kawę, której prawie nie tknął, po czym z kartonu znalezionego w samochodzie i grubego markera przygotował prowizoryczny transparent. Litery wyszły krzywe, jedna była wyraźnie większa od pozostałych, a całość wyglądała tak, jakby zrobił ją wyjątkowo znudzony pięciolatek.
Dopiero kiedy drzwi terminala otworzyły się po raz kolejny, a wśród wychodzących pasażerów dostrzegł znajomą sylwetkę, poczuł, jak napięcie opuszcza ramiona. Mimowolnie się uśmiechnął. Był przekonany, że zostawił za sobą wszystko, co wymagało zamknięcia. Że odrobił lekcję, na którą tak długo brakowało mu odwagi i wreszcie mógł przestać oglądać się przez ramię.
Patrzył więc na Ally z prostym, niemal naiwnym spokojem, wierząc, że właśnie kończy jeden rozdział, by bez przeszkód rozpocząć następny.

Ally Aldridge
diosmio
nuda i przesadna życioza
29 y/o
For good luck!
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
half love, half regret, dressing up for Polaroids and cigarettes
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

On nie istnieje.
Taki konsensus przedstawiła grupa znajomych Ally gdy poinformowała, że nie będzie wracać z nimi - k t o ś czekał na nią po drugiej stronie bramek.
Ktoś, kto przez te trzy tygodnie urósł do rangi jednorożca. Nikt go nie widział, ale Ally z pasją przekonywała, że istnieje. Widzieli, jak w nocy wymyka się by porozmawiać z tajemniczym adoratorem i ukradkiem wysyłane smsy, ale to nie przeszkadzało w zabawnym dokuczaniu koleżance.
Zarzekała się przecież, że niczego i nikogo nie szuka. A potem jak gówniara chichotała do telefonu, rzucając wszystko w sekundę, bo na wyświetlaczu pojawiło to jedno imię.
Dobra, może istnieje — jedna z dziewczyn spojrzała na resztę podejrzliwie — ale czy przyjedzie?
Zaczepiali ją jak na przyjaciół przystało, w drodze pomiędzy kontrolą paszportową a odbiorem bagażu. — To do niego wysłałaś… Ze trzysta wiadomości? — Aldridge, szarpiąca z wielką walizką, wywracała oczami i nalegała, że nie liczyła.
Och, to żaden problem. Obliczeń dokonano za nią.
Siedemnaście zdjęć jedzenia — pierwszy głos. — Pięć zachodów słońca! — drugi. — Trzy pijane monologi, rekina, żółwia… — trzeci. Ally nie przestawała śmiać z tej zabawnej brutalności, z jaką grupa wypominała jej tęsknotę za facetem-duchem, którego jeszcze nie poznali.
I swoje cycki.
Odwróciła się powoli.
To były bardzo artystyczne cycki.

Za zdrożną rozmowę wszyscy zostali skarceni wzrokiem przez parę staruszków, ale tego Aldridge nie zdążyła zauważyć - chaos i hałas lotniska zniknął, gdy w tłumie oczekujących dostrzegła tę jedną, szczególną tabliczkę. Posłała Reidowi najszerszy z uśmiechów, ale jej uwaga została rozproszona. Ktoś z wyczuciem szarpał ją za ramię.
O kurwa, to ten twój? On żyje? — wymamrotała za jej plecami jedna z koleżanek. Najprawdopodobniej właśnie uznała, że takiemu mężczyźnie również wysyłałaby pijane głosówki o flamingach i porywaniu greckich kotów, zaś koledzy stali tylko bardziej podejrzliwi. Prawda stara jak świat: zbyt atrakcyjny facet był zagrożeniem; nie należało tracić czujności. — Przedstaw nas!
Bez szans. Narobicie mi wstydu — kłótnia o to, co mogło lub nie mogło wydarzyć się podczas oficjalnego zapoznania trwała okrągłe siedemdziesiąt sekund. Stanęło na tym, że dzisiaj nie, a kiedyś też nie, chyba że piekło zamarznie.
Dopiero po tych przepychankach, których sylaby Reid na pewno słyszał - wraz z darmowym przedstawieniem żywych gestów i błagalnych min wszystkich zainteresowanych - uścisnęła wszystkich po kolei na pożegnanie.
Z ekscytacją dzieciaka z karnetem na park rozrywki biegła do Reida, za nic mając spojrzenia i ocenę pozostałych podróżujących. Należał jej się ten moment. Ręce zarzucone na jego szyję, chichot i tysiąc całusów wszędzie tam, gdzie udało jej się akurat sięgnąć ustami. Napawała zapachem jego ciała, tak wytęsknionym ciepłem objęć i błyskiem w oku, który miał być tylko dla niej.
Istniał.
Nie zniknął.
I czekał na nią tak samo, jak ona na niego.
Przez tę krótką chwilę Ally unosiła się w krainie tęczy, jedząc różowe chmurki jak watę cukrową. Nic, absolutnie nic, nie mogło jej odebrać tej ulgi i ekstazy.
Poza pewną kobietą, która całe zajście obserwowała przez szklaną fasadę budynku.
Moje koleżanki uznały, że jesteś cholernie przystojny — zdradziła jak gdyby nigdy nic, swoją małą dłoń wsuwając w jego - po swojemu, czyli niecierpliwie chcąc wydostać z lotniska, by wreszcie spędzić czas z mężczyzną do którego miała taką słabość. — Niestety, nie miałam ze sobą kopii formularza zgłoszeniowego — dodała z udawaną skruchą — więc będziesz musiał wrócić do domu ze mną.
Nie wypuszczała z dłoni tekturowej tabliczki, która - obok serwetki z napisem live, laugh, love - stała dla niej symbolem czegoś wyjątkowego. Pozwoliła za to pomóc sobie z walizką, a całą drogę do samochodu recytowała z pamięci spis treści wszystkich historii, które chciała mu jak najszybciej opowiedzieć.
Przy samochodzie pierwszy raz od tygodni byli naprawdę s a m i. Ally nie potrafiła odmówić sobie krótkiej przerwy na ładowanie baterii, zanim na przeszkodzie staną zasady ruchu drogowego.
Pchnęła go więc stanowczo, by przysiadł na karoserii, zaś sama prędko wcisnęła w przestrzeń między jego nogami. Głębokie, czułe pocałunki nie były przeznaczone dla widzów.
Ale Pauline to w niczym nie przeszkadzało.

gavin calloway
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Pearson International Airport”