ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

franklin "frankie" cosgrove
jude bellingham
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
21/10/2000, ottawa (kanada)
zaimki
męskie
zawód
piłkarz (prawy skrzydłowy)
miejsce pracy
toronto fc
orientacja
biseksualny (?)
dzielnica mieszkalna
etobicoke (the kingsway)
pobyt w toronto
od dwóch tygodni
umiejętności
- świetnie drybluje i całkiem celnie strzela (17 goli i 13 asyst w sezonie 2025/2026);
- potrafi nieźle gotować (jego popisowe danie to butter chicken);
- zna na pamięć dużo słabych dowcipów;
- posiada prawo jazdy typu G i M;
- zna się na psach (wśród znajomych robi za amatorskiego behawiorystę, chociaż zawsze poleca im konsultację z profesjonalistą);
- dobrze radzi sobie z rozwiązywaniem cudzych konfliktów i pełnieniem funkcji mediatora;
- kiedy rozmawia z ludźmi, naprawdę ich słucha (i w ten sposób zapamiętuje na ich temat najbardziej przypadkowe informacje);
- z winy siostry zna na pamięć teksty paru kultowych piosenek Hanny Montany i Jonas Brothers;
- ponoć robi dobre mojito.
słabości
- na boisku kompletnie nie ma wyczucia, kiedy powinien odpuścić pojedynek jeden na jednego;
- jest niezdecydowany i potrafi zmieniać zdanie nieskończoną ilość razy, doprowadzając tym innych do szaleństwa;
- ma mały problem z odmawianiem ludziom i zdecydowanie zbyt często zgadza się na rzeczy, na które wcale nie ma ochoty;
- przejmuje się krytyką, chociaż udaje, że wcale tak nie jest;
- źle znosi wizyty u dentysty;
- nie potrafi stawiać czoła konfliktom;
- parkowanie równoległe jest dla niego tak wielkim problemem, że brak możliwości pozostawienia auta w innym miejscu, prostopadle albo skośnie oznacza powrót do domu;
- słabo radzi sobie z dziećmi (zupełnie nie rozumie o czym ma z nimi rozmawiać i nie rozróżnia jakie umiejętności posiada dwulatek, a jakie pięciolatek);
- w sklepach jakimś cudem zawsze wybiera kasę z najdłuższą kolejką (ale przynajmniej zabija czas rozmowami z innymi, zwykle stojącymi za nim klientami; z jego obserwacji wynika, że ci czekający przed nim rzadko kiedy są rozmowni);
- z jakiegoś niewyjaśnionego powodu przerasta go odpowiadanie na wiadomości od razu po ich przeczytaniu.
Jego rodzina to wspomnienie, od którego odwraca się bokiem. Nie plecami, nie jest aż tak kategoryczny. Bokiem, żeby od czasu do czasu móc zerknąć za siebie i stwierdzić, czy nie oddalił się od niego za bardzo, zbyt zarozumiale. Z jednej strony tego chce. W wieku dwudziestu pięciu lat tkwienie w samym środku wojny pomiędzy rodzicami a siostrą brzmi już jak tchórzostwo, a nie zaangażowanie w mediacje. Z drugiej strony – nie jest w stanie odejść. Jego rodzina go przesyca. Drży w każdej tkance jego ciała.

W uszach wyczekujących cichego szelestu kroków matki, kiedy, przebudzony z koszmaru, nie pamięta, że ma już dwadzieścia trzy lata i mieszka za Oceanem Atlantyckim, na prawie sześć tysięcy kilometrów od ich czterdziestometrowego, tanio umeblowanego mieszkania, dziecięcego pokoju dzielonego z siostrą i górnego materaca piętrowego łóżka, na którym zawsze oddychało się ciężej i oporniej.

W szyi, która odwraca się w kierunku trybun w poszukiwaniu znajomych twarzy. Nigdy ich tam nie ma, ale Franklin jest do tego przyzwyczajony; przecież nawet kiedy jeszcze grał w Kanadzie, całą czwórką przyjechali na jego mecz tylko jeden raz (i jak na złość to właśnie ten jego występ OneSoccer uznał w swoim artykule za najgorszy w tamtym sezonie). To bez znaczenia. Na tych samych trybunach, wykorzystując miejsce dla członka rodziny, prawie zawsze pojawia się pan Tremblay – posiwiały, uśmiechnięty, zwykle w koszulce z jego numerem i nazwiskiem. Franklin znajduje go po każdym meczu i dziękuje mu ze ściśniętym gardłem, a Tremblay klepie go po plecach, zachrypniętym głosem twierdząc, że z całej tej przeklętej szkoły tylko on mu się udał. Niedorzeczność.

W ustach, które uśmiechają się w taki sam sposób, jak robi to Louise. To powinno być logiczne, są przecież bliźniakami, a jednak biorąc pod uwagę wszystkie dzielące ich wyrwy i labirynty, Frank zawsze porównuje ich uśmiechy z taką samą dozą zdziwienia, z jaką po długiej, ostrej zimie obserwuje się pierwsze promienie wiosennego słońca.

W dłoniach, gdy wita się z ludźmi, którzy znają jego imię jeszcze przed tym jak ma szansę je wypowiedzieć. Silnego, krótkiego uścisku nauczył go jego ojciec. Budowlaniec, który bardziej niż piłkę nożną rozumie hokej i futbol kanadyjski. Franklin nie ma mu tego za złe. On też nie wie nic o kleju do kafelków, kołkach czy folii w płynie. W jakiś sposób rozumieją się bez słów i tego właśnie boi się stracić, gdyby ojciec dowiedział się o nim zbyt wiele.

W oczach patrzących zawsze w przyszłość, tak jak ciężko rozkazuje mu Louise. Stara się jej słuchać; nie myśli więc ani o rodzicach, ani o młodszym od nich o szesnaście lat i przez to kompletnie nieznanym i wywołującym wyrzuty sumienia Stanleyu, ani o Toronto, ani nawet (albo może tym bardziej) o Lauriem. Bardziej niż z wiary w słuszność jej rad robi to z jakiegoś śmiesznego strachu przed tym, że bez ani jednego pytania dowie się o jakimkolwiek jego nieposłuszeństwie. Jakimś cudem zawsze wie o wszystkim. Tylko nie o tym, że ich rodziców nie da się zmienić, więc zawsze, niezależnie od tego jak długo jest już z Paige będą próbować zeswatać ją z synami swoich znajomych, że w swoim stanie powinna odpoczywać, i że przyjęcie pomocy wcale nie uwłacza jej samodzielności.

W nogach, które płoną po każdym meczu. Daje z siebie wszystko, nieważne czy grają przeciwko klubowi, którego nazwa wpuszcza na usta innych zawodników drwiące uśmiechy, czy przeciwko realnemu zagrożeniu. W jakiejś mierze jego usilne starania wiążą się z pieniędzmi (na nowe mieszkanie dla rodziców, na obiecane studia dla Stanleya, na leczenie siostry), ale przede wszystkim robi to tylko po to, by udowodnić swoją wartość. Tylko na boisku jego skandowane niekiedy przez kibiców imię brzmi wyraźnie. Schodząc z murawy, Franklin traci ostrość tego kim w ogóle jest.

W ramionach szukających czegoś, co nie jest przeznaczone dla niego. Robi to z pewną gorzką świadomością i wstydem. Żadne ciepło nie przynosi mu ukojenia. Nie pasuje do niego na dłużej. Mimo to, stara się. Znajomość czyjegoś imienia, pochodzenia, ostatniego impulsywnego zakupu na Amazonie i ulubionej kawiarni nie jest ważna, ale sprawia, że zapomina o wszystkich tych wiadomościach, na które nigdy nie odpowiedział.

W głowie; tej masywnej machinie naiwnie wierzącej, że powrót do Kanady nie jest najgorszą decyzją jego życia. Wszystkie tabloidy twierdzą inaczej. Nazywają go głupcem, zwykle jednak ubierając to w łagodniejsze określenia (nieoczekiwana decyzja, kontrowersyjny transfer, wątpliwa przyszłość). Franklin czyta je przed podpisaniem zgody na należne KAA Gent odszkodowanie, w przerwie od chaotycznego pakowania walizek (kiedy nagromadził tutaj tyle rzeczy?) i w sali odlotów, kiedy po tygodniowym maratonie błagań, tłumaczeń, kłamstw i kłótni wreszcie siada w wygodnym, skórzanym fotelu. Na chwilę przed wylotem otrzymuje od Louise wiadomość, że nie chce jego pomocy. Potem jeszcze jedną, w której twierdzi, że nienawidzi Paige, a później ostatnią – z żądaniem, żeby to wszystko odkręcił. Franklin, jak wiele razy wcześniej, po prostu nie odpisuje.

I w sercu. Tam chyba najbardziej czuje nazwisko Cosgrove. Tam ignoruje strach, który wywołują w nim odbijające się w jeziorze, wysokie budynki i kolorowo rozświetlona CN Tower; nieznany, liczący siedemnaście pięter ośrodek onkologiczny; znajoma twarz, od której uciekł. Tam trudno mu odzwyczaić się od niebieskiego i znów zobaczyć siebie w czerwieni. Tam wyje pragnienie, żeby wreszcie podjąć decyzję i przekręcić swoje ciało w którąś stronę. Stanąć tyłem albo twarzą. Jakkolwiek, byle twardo. Byle na dwóch, rozprostowanych nogach.

Jeszcze nie teraz.

Ciekawostki
x Uwielbia i kolekcjonuje klocki Lego. W swoim domu w Belgii miał na nie specjalne, pełne regałów pomieszczenie, na których trzymał setki złożonych budowli. W Toronto planuje stworzyć sobie coś podobnego, ale na razie nie ma do tego głowy.

x Regularnie wspiera organizacje finansujące rozwój młodych piłkarzy. Sam uważa, że dobił do poziomu rozpoznawalnego gracza (i dostał od KAA Gent kontrakt na na 450 tys. dolarów rocznie) tylko dzięki swojemu wuefiście z podstawówki, który zobaczył w nim potencjał i wciągnął go do pierwszego klubu juniorskiego. Opłacał mu wszystkie sezony, dopóki Franklin nie zdobył pierwszego sponsora. Gdyby nie on, piłka nożna pozostałaby dla niego tylko popołudniową pasją.

x Kocha muzykę z lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych; taką, która leciała w radiu, kiedy był dzieckiem. Kiedy idzie chodnikiem z poważną miną i airpodsami w uszach, wcale nie wygląda na kogoś, kto właśnie słucha Can’t Get You Out of My Head Kylie Minogue albo Another Day in Paradise Phila Collinsa, a jednak.

x Przed każdym ważnym meczem musi koniecznie posłuchać I’m Still Standing. Kiedy tego nie robi, zwykle źle idzie mu na boisku.

x Jego największym piłkarskim idolem jest Diego Maradona.

x Jako dziecko nie wcale chciał grać na skrzydle. Marzył o byciu napastnikiem, bo wydawało mu się, że to gracze o tej pozycji są najważniejsi na boisku. Jego pierwszy trener szybko zauważył jednak, że jest zbyt szybki, żeby trzymać go na środku. Przeniósł go na prawe skrzydło na próbę i tak już zostało.

x Chociaż ma dużo pieniędzy, zupełnie o tym nie pamięta. Ubiera się głównie w sportowe ubrania finansowane mu przez sponsorów, nie chodzi do absurdalnie drogich restauracji, a kiedy narzeka na swój samochód i ktoś nieśmiało proponuje mu kupno nowego, Frank zupełnie na serio zaczyna go tłumaczyć. Dochodzi przy tym do głoszenia takich niedorzeczności jak „bez przesady, coś tam stuka, bo w zeszłym tygodniu nie powiedziałem mu niczego miłego“.

x Swoją drogą uważa, że piłkarze zarabiają zdecydowanie zbyt dużo.

x Większość wolnego czasu spędza na siłowni. Trening siłowy to jego druga pasja.

x Uwielbia jeść i zdecydowanie nie należy do zawodników, którzy skrupulatnie trzymają się wyznaczonej diety. Szczególnie upodobał sobie belgijską kuchnię – podczas pobytu w Gandawie bez wyrzutów sumienia zajadał się frytkami, goframi i belgijską czekoladą, a po treningach chętnie sięgał również po lokalne piwo. Nigdy nie pisnął dietetykowi klubowemu ani słowa.

x Ma zwyczaj wysyłania znajomym zdjęć nieznajomych psów, które mija na ulicy. Bez żadnego tekstu ani dodatkowego kontekstu.

x Ma za sobą tylko jeden poważny związek, z belgijską modelką Emmą Lejeune. Byli ze sobą dwa lata, na krótki czas nawet stając się ulubionym przedmiotem plotek krajowych mediów społecznościowych. Przez cały czas trwania ich związku świetnie się dogadywali i bardzo się lubili (chociaż uczucia ze strony Emmy co rusz były wystawiane przez niego na próbę; zawsze gdy prosiła go o ładne zdjęcie na Instagrama, jakimś cudem ucinał jej stopy), ale z czasem oboje zorientowali się, że bardziej przypominają parę najlepszych przyjaciół niż zakochanych. Ostatecznie to Emma, podczas jednych z ich wspólnych wakacji, zaproponowała mu rozstanie. Nie było przy tym ani łez, ani krzyków, ani wielkiego dramatu. Po prostu ucięli sobie długą pogawędkę w kojącym cieniu palm i postanowili, że tak będzie lepiej. Po wakacjach Frank wrócił do domu z wrażeniem, że z jego serca spadł jakiś ogromny, przerażający ciężar. Z perspektywy czasu jest wdzięczny Emmie za to, że to ona odważyła się zauważyć na głos coś, co on uznał za chwilowy, nie do końca korzystny etap ich relacji. Gdyby nie ona, pewnie zerwałby z nią dopiero przy okazji powrotu do Kanady.
zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
tak
Zgody MG
poziom ingerencji
niski
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
nie
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
nie
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
nie
zgoda na utratę posady postaci
nie
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Maple Hearts, gotowe <3
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
ODPOWIEDZ

Wróć do „w budowie”