ODPOWIEDZ
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Westchneła, scrollując kolejne wpisy na Tumblrze. Miała wrażenie, że pochłaniało ją to coraz bardziej, głównie ze względu na pewnego osobnika, na którego posty czekała z niecierpliwością (zaczynała się przyłapywać na tym, że z coraz to większą), chcąc je skomentować i przekonać się, gdzie był dzisiaj. Czy poznawał zagadki kryjące się w głębinach jaskiń? A może wznosił się na wysokie szczyty, podziwiając widoki, które się z nich rozciągały? Jadł jakieś paskudztwa i poznawał kolejne kultury? Ach, naprawdę mu tego wszystkiego zazdrościła. Wolności i możliwości poznania niezbadanego. Nic dziwnego, że uzależniła się od wszystkich relacji, jakie dodawał, przy okazji zagadując do niego w wiadomościach prywatnych, na które, ku uciesze rudowłosej, odpisywał! Przynajmniej do tej pory, bo wychodziło na to, że aktualnie był niebywale zajęty.
Zamknęła przeglądarkę w telefoni, wchodząc w kontakty. Zaczynało jej się nudzić, a to nigdy nie zwiastowało dobrze. Była wulkanem energii, który potrzebował ciągłej stymulacji, jeśli miała czegoś nie rozwalić. A najpewniej własną kuchnię, gdyby tak naszło ją na kolejną próbę gotowania. Powinna dać odpocząć sąsiadom, zdecydowanie. Mieszkało jej się tutaj dobrze i chociaż po tym, jak Syd się wyprowadziła, spadło na nią znacznie więcej opłat, nadal nie chciała się wyprowadzać. Może warto było pomyśleć o współlokatorze?
Wystukała szybką wiadomość do Alvina, na którego pod względem adrenaliny oraz różnej maści przygód zawsze można było liczyć i od słowa do słowa faktycznie ogarnęli plan na dzisiaj. Dach. Brzmiało niewinnie, ale pozory z taką łatwością potrafiły mylić. W ich przypadku nie było mowy o jakimś niskim budynku. Nie. Oczywiście, że Al zadecydował, że wlezą gdzieś, gdzie będzie można podziwiać piękną, nocną panoramę Toronto, tym samym mile łechtając zmysły wzrokowe Cassie.
Sturlała się z łóżka, nakarmiła kota, szybko przebrała i niecałe trzy kwadranse później znalazła się przed budynkiem, na którego szczycie przebywał właśnie Alvina. No, przynajmniej wcześniej, bo liczyła, że po nią wyszedł, kiedy napisała, że zaraz będzie.
Rozejrzała się, zachodząc wieżowiec bardziej od tylnej strony i dostrzegł samotną postać ubraną w bluzę z kapturem.
-Wyglądasz jak włamywacz - uśmiechnęła się do niego szeroko.
Chwilę później dała się poprowadzić plątaniną korytarzy, jakichś drabinek na zewnątrz i uwierzcie lub nie, ale czuła się jak w jakimś filmie szpiegowskim, gdzie musieli unikać kamer, byleby tylko armia złego bossa ich nie złapała. Już wolała nie wnikać, skąd w ogóle Alvin wiedział, jak się tutaj poruszać, gdzie skręcić, w jakie drzwi wejść, żeby tylko znaleźć się ostatecznie na dachu i nie zostać zauważonym. To był sekret, który chłopak powinien zachować tylko dla siebie, mogąc w ten sposób zaskakiwać Cassandrę każdego razu bardziej.
-Wooohoooo - wyrzuciła z siebie, kiedy jej oczom ukazało się piękny, nocny widok. Nieczęsto miała okazję podziwiać takie rzeczy z takiej perspektywy. Zdecydowanie zbyt mało osób w jej otoczeniu pisało się na nielegalny włam. - Ale super sprawa! Do tego jak romantycznie. Jak często przychodzisz tu beze mnie, hę? - rzucił, dając chłopakowi lekkiego kuksańca w bok. Zaraz podeszła do krawędzi dachu, spoglądając w dół. - Wyobraź sobie, jakby człowiek zaczął stąd spadać. Przez krótką chwilę naprawdę odniosłoby się wrażenie, że można latać - skomentowała, patrząc na migające w oddali światełka samochodów.

Alvin Fontaine
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
27 y/o
For good luck!
189 cm
ratuje kotki z drzew
Awatar użytkownika
smoking cigarettes on the roof
you look so pretty and i love this view
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiciastko/dej
typ narracji3-os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

009.
Każdy, kto znał Fontaine'a wiedział, że był trochę szalony. I że to trochę czasami wykraczało poza wszelkie normy prawa, zdrowego rozsądku i każdego innego pojęcia definiującego to, co się powinno, co się nie powinno, co wypadało, a co nie wypadało. Były takie granice wokół adrenaliny, które przekraczał chętnie i notorycznie, a że szala między normalnością a szaleństwem była cienka, to... cóż. Brał na siebie łatkę brawurowego debila-madman'a z przyjemnością.
Wysokości były mu taką granicą. Gdzieś kiedyś usłyszał, że sky is the limit i odkąd odkrył, że faktycznie tak było, to w powietrzu znajdował się równie często, co w wodzie — średnio parę razy w tygodniu. Problem leżał tylko w tym, że Fontaine'owi nikt nie powiedział, że to durne powiedzonko dotyczyło spraw przyziemnych, było jedynie metaforą na to, że wszystko jest możliwe. Alvin najwyraźniej uznał, że jego wszystko to zostanie ptakiem.
Wiadomość od Cassie spadła na niego jak najbardziej przyjemny grom z jasnego nieba. Siedział już akurat na dachu jednego z licznych wieżowców w Toronto, gdy dostał smsa. Przerwał swoją kontemplację dotyczącą dachów — a pracował właśnie nad nową teorią na ich temat, podsycaną latami wspinaczek po miejscach, gdzie człowiek zdecydowanie nie powinien się zapuszczać i po nich wspinać — że dachy był jedynym miejscem, gdzie człowiek mógł poczuć się jak Młody Bóg, nie posiadając przy tym ani odrobiny Jego cierpliwości... i umiejętności tworzenia świata i lepienia ludzi z gliny. Ciężko bowiem było nie poczuć się jak Młody Bóg, gdy siedziało się dziesiąt pięter nad Toronto, którego nocny widok rozlewał się pod nogami trochę jak wzburzony ocean z betonu i światła. Zamiast szumu fal był szum wiatru i odległych dźwięków nigdy nie usypiającego miasta, zamiast lekkiej bryzy — rześkie powietrze, do którego nie docierały smrody spalin. Fontaine siedział przy krawędzi i patrzył na to wszystko, zakochany w tym widoku beznadziejnie, jednocześnie powoli żałując, że nie wziął grubszej bluzy.
No ale Cassandra. Jedna wiadomość, druga, eN-ta. I Alvin czekał na nią na dole, stwierdzając, że zdąży jeszcze zapalić, zanim ta przyjdzie. Nie zdążył. Złapał się teatralnie za serce, kiedy stwierdziła, że wyglądał jak włamywacz i odkleił się od ściany.
Ranisz moje serduszko. — Chociaż, cholera no, miała rację. Sam by się siebie wystraszył, gdyby zobaczył samotnego typka w bluzie z kapturem, stojącego w ciemnej alejce między wieżowcami, który nie robi nic innego, tylko stoi i czeka. — Ale uważaj sobie, bo jeszcze włamię Ci się do Twojego.
Epizod głupich tekstów czas: start.
Na górę wrócił dokładnie tą samą trasą, którą pokonał wcześniej, gdy wchodził na dach i niedawno, gdy schodził. Tam otworzył jakieś drzwi na korytarze dla ekip ratunkowych, gdzie indziej otworzył dostęp do klatki schodowej, która była w planie budynku, ale na dzień dobry zupełnie zapomniana i niedostępna. Kawałek musieli podjechać za to windą, choć to już tylko z wygody — wchodzenie na dach tego budynku, który miał dziesiąt pięter, byłoby wspinaczkową katorgą po schodach. Chociaż on by nie narzekał, zwłaszcza, jakby Cassandra szła przed nim.
No ale. Dach. W końcu. Znowu.
Kiedy krzyknęła "wooooohoooooo", zaśmiał się tylko, bo niewiele było osób, którym zaproponowałby taką miejscówkę — głównie dlatego, że większość albo w odpowiedzi bledła i mdlała, albo panikowała albo kazała mu natychmiast sprowadzić ich na dół i to nie ze spadochronem, albo było ja pierdole, Alvi, to nielegalne albo jesteś pojebany. Cassie miała tę przewagę, że była tak samo uzależniona od adrenaliny, co on. Czyli perfect match made in heaven, double trouble na wypasie.
Kuksaniec w bok wywołał u niego automatyczny odruch i spojrzał na nią, szczerząc się, jak głupi.
Sprecyzuj tutaj. Tutaj-tutaj, na ten dach czy tutaj-po prostu na jakiś wysoki dach — zaczął, nie komentując wątku romantyczności, bo to były te kategorie życia, które niekoniecznie rozumiał. — Ale jak to drugie, to nie wiem. Z trzy razy w tygodniu. A co, piszesz się na następne? Kocyk, piknik i oglądanie gwiazd z bliska?
No dobra. Może faktycznie było w tym coś romantycznego. Dalej tego jednak nie skomentował, bo kwestia spadania stąd uderzyła za blisko domu i Alvin parsknął, siadając na krawędzi dachu, spuszczając z niego nogi i machając nimi w powietrzu, te setki metrów nad głowami innych.
Nie muszę sobie tego wyobrażać. — Bo skakał stąd już z pięć razy. — Ale, jak chcesz, to Ty też nie musisz.
Paluchem wskazał za siebie, gdzie leżał plecak. Duży, ewidentnie czymś wypchany, z masą linek. Alvin nachylił się trochę bardziej do niej, spoglądając na nią z dołu, prawie jak piesek, który już wie, że ma przy sobie swojego ulubionego człowieka do robienia przygód absolutnie absurdalnych. Brakowało tylko, żeby zamerdał ogonkiem.
To co? Chcesz polatać? Mam chyba nawet gumkę do włosów.

Cassandra Wildbird
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ First Canadian Place”