Sproutwood był straszny, ale to tak serio serio p r z e r a ż a j ą c y. Wendy czuła nieprzyjemny dreszcz za każdym razem jak go widziała, a włosy jeżyły się jej na rękach, gdy tylko wykrzykiwał w specyficzny sposób jej nazwisko. Z trudem więc przełknęła ślinę słysząc jego donośny głos i tym razem, a obserwując rozwój wydarzeń naprawdę była przerażona, że z tego wszystkiego Lucas nie zagra w zbliżającym się meczu. Chyba by się wtedy pod ziemię zapadła. I rzecz jasna widziała w tym swoją winę, bo przecież nie jego. On tylko jej pomógł, choć wcale nie musiał. Szybko jednak okazało się, że on wcale jej nie obwinia, a wręcz przeciwnie, wziął cały ten bałagan na swoją klatę.
—
Daj spokój, sama miałam ochotę rzucić jakiś urok na nią więc wiesz… — prawda była taka, że zazwyczaj nie potrafiła się tak postawić jak inni, a teraz to nawet nie miała jak, bo język przykleił się jej do podniebienia. Z drugiej strony, dzisiaj jej wewnętrzna frustracja była skłonna popchnąć ją do tego czynu i gdyby nie jęzlep to chyba by pękła i sama potraktowała Patrycję czymś paskudnym.
Teraz jednak przestała myśleć o kiblowaniu po lekcjach, bo Lucas pochylił się w jej stronę wbijając w nią swoje oczęta, że w jednej sekundzie zalała ją fala gorąca, której totalnie nie rozumiała. Co ciekawe, przy nim wyjątkowo często doświadczała tego stanu.
Cholera, znów to samo czuła jak policzki i uszy nabierają kolorów, a w myślach już słyszała głosy swoich przyjaciółek z puchońskiego dormitorium, które przy każdej możliwej okazji powtarzały z wielkim przejęciem:
Wendy, ty ślepa jesteś?! Przecież Miller totalnie na ciebie LECI! co najwyraźniej jakimś dziwnym trafem wywnioskowały po ich mniej lub bardziej przypadkowych interakcjach. Rzecz w tym, że Wendy zawsze w takich chwilach śmiała się dziewczynom w twarz i kiwała głową przecząco, bo co to w ogóle znaczy, że
leci? Przecież na miotle przyleciał do niej tylko raz i to przez przypadek!? Nic z tego nie rozumiała. Miała zaledwie trzynaście lat, zerowe doświadczenie w sprawach sercowych i ani jednego pocałunku na swoim koncie, a jej wiedza o romantyzmie ograniczała się głównie do mugolskich książek przywiezionych z domu, które dopiero co zaczęła czytać i nie doszła nawet do rozdziału, w którym ktoś kogoś pocałował. Nie nadążała za tymi zmianami, które ostatnio zachodziły w jej głowie i ciele, a już na pewno nie rozumiała czemu przy Millerze krew szybciej uderza jej do głowy, a języka w buzi zapomina bez stosowania niepotrzebnych uroków.
Ale jeszcze ci to jakoś wynagrodzę.
Uśmiechnęła się przytakując nieśmiało. —
Już wiele zrobiłeś, serio nie… —
trzeba? Naprawde nie trzeba było, ale to wynagradzanie brzmiało obiecująco, więc w sumie to się już zamknęła i nie protestowała. Cholibka, przecież jak ona powie o tym dziewczynom to przez pół dnia będa wymyślać, co autor mial na myśli. Totalnie nie mogła im tego powiedzieć! Ale ciekawe, co chodziło mu po głowie. Nagle jej myśli nieproszone uciekły w kierunku Hogsmeade, w końcu pierwsza wycieczka trzecioroczniaków to teraz był temat numer jeden. Dobrze, że
Perci podpisał jej zgodę. Co prawda musiała przez kilka tygodni wysyłać mu ponaglające sowy i pomogło dopiero straszenie go, że jak tego nie zrobi, to przyjedzie do Ministerstwa Magii i narobi mu obciachu na całą Brygadę Uderzeniową. No, ale w końcu podpisał, a ona była najszczęśliwszą puchonką pod słońcem! Ach, przez ułamek sekundy pomyślała o tym, że mogłaby wypić pierwsze piwo kremowe z Lucasem, ale kogo ona oszukiwała. Na pewno pójdzie do wioski ze swoją wesołą ekipą Gryfonów i będą głośno komentować mecze Quidditcha oraz kupować durne żarty u Zonka. No i przecież sama umawiała się z dziewczynami, które strasznie chciały iść herbaciarni Pani Puddifoot, gdzie nie brakowało różu, falbanek i zakochanych par prężących się na randkach, co dla Wendy zalatywało tanim romantyzmem i słodkim kiczem, a sama zdecydowanie wolałaby zrobić nalot na Miodowe Królestwo i zrobić zapasy słodkości. Tak się złożyło, że Perci wraz z podpisem zgody przysłał jej też trochę ekstra kieszonkowego, więc planowała zaszaleć.
Z rozmyślań o wypadzie wyrwało ją jeszcze pytanie Lucasa, ale szybko wykrztusiła. —
Nnnic mi nie jest! — zapewniła dodając od razu —
I leć, leć! Tylko się nie spóźnij, bo wiesz jak to jest z… — wolała nie wywoływać wilka z lasu, ale dobrze wiedział kogo ma na myśli —
Jeszcze przerobi nas na składniki do eliksirów — zażartowała i odprowadziła go wzrokiem nie mogąc pozbyć się lekkiego uśmiechu, a gdy tylko odwróciła się, by udać się na zajęcia z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami w oddali dostrzegła swoje koleżanki, które już mocno dyskutowały między sobą, a ona już wiedziała, że to o niej.
Zajęcia z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami na skraju Zakazanego Lasu zapowiadały się wspaniale, a przynajmniej do chwili, kiedy pewien Niuchacz nie uznał, że sprzączka w jej bucie to największy skarb tego świata. Za misję obrał sobie zdobycie jej buta, co niestety przy jej skłonności do potykania się okazało się prostą sprawą. O wiele ciężej było przekonać stworzenie, by oddało jej buta. Przez piętnaście minut na czworakach plątała się po zaroślach, by go zdobyć, a gdy wreszcie się jej to udało zerknęła na zegar z przerażeniem. Miała raptem kilkanaście minut na dotarcie do sali, by odbębnić karę. Pędziła przez korytarze jak powalona, aż w końcu wpadła z impetem do klasy Eliksirów przemykając dosłownie przez szczelinę drzwi, które profesor w tej chwili zamykał. Odetchnęła z ulga widząc blond czuprynę Lucasa i usiadła tuż obok jego stanowiska z trudem łapiąc oddech. Włosy miała potargane z liśćmi zaplatanymi gdzieś koło ucha, a plama błota ozdabiała szatę w okolicy kolan.
—
Zdążyłam! — odparła z dumą i zerknęła na Lucasa. —
Jak trening? — zapytała szeptem nim profesor jeszcze nie podniósł głosu, by obwieścić czym będą się zajmować. oni już poniekąd wiedzieli, ale kto wie, czy nie zmienił zdania i nie każe im czyścić i polerować wszystkich zasyfionych kociołków?