ODPOWIEDZ
38 y/o
For good luck!
191 cm
Prezes Berkeley Holding LTD
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkimęskie
typ narracji3 os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

outfit

Siedząc za sterami swojego prywatnego samolotu, mając zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu oraz tego bezkresu przed sobą czasami nachodziły go myśli o tym jak mogło potoczyć się jego życie gdyby nie uległ tamtemu wypadkowi. Te długie loty po prostu miały coś do tego. Wybudzały pewną nostalgię. Czy stanąłby na wysokości zadania i poprowadził swoją rodzinę? Czy w ogóle poradziłby sobie z stawianymi przed nim wymaganiami? Zostawiłby z tym wszystkim swoje młodsze rodzeństwo? Nie, to nie wchodziło w grę. Szybko się z tego otrząsnął. Los rozdał mu takie, a nie inne karty. On mógł po prostu rozegrać tę partię jak najlepiej potrafił, a okazało się, że w prowadzenie rodzinnego biznesu był całkiem dobry.
Ta cała ekspansja na Kanadę była jego pomysłem. Gdy w Wielkiej Brytanii nadal debatowano nad zaostrzeniem przepisów dotyczących wszystkich narkotyków, on wywęszył okazję tam, gdzie była już od dawna. W kraju, który jako z pierwszych zalegalizował marihuanę. Miał dostęp do badań rynku, o których przeciętna osoba nie miała pojęcia. Zalegalizowanie nie sprawiło, że ten nielegalny rynek całkowicie wysechł. Wręcz przeciwnie. Nie każdy mógł sprostać rosnącym wymogom, kosztom badań, dystrybucji. Do państwa wpływały miliony, obrót rósł, ale nie każdy mógł sobie pozwolić na to, co legalne i droższe. Trzeba było złapać rynek, gdy nie był jeszcze przesycony, a jego rodzina miała towar, który mógł spełnić wszystkie oczekiwania. Nie miał złudzeń, co do tego, że od razu zdobędzie monopol. Było już kilku graczy na rynku. Legalnych graczy. On nie był tylko kolejnym legalnym dystrybutorem. Zamierzał grać na dwa fronty i to powinno dać mu przewagę.
Do tego jednak musiał być na miejscu. Wszystkie sprawy za oceanem zdawały się być już dopięte więc mógł sobie na to po prostu pozwolić. Zabrał ze sobą kilka walizek dla niepoznaki. Jeszcze więcej towaru, który zamierzał przeznaczyć na próbki dla dystrybutorów i wyruszył w swój rejs. Pogoda mu na razie dopisywała. Lądowanie też przeszło bez najmniejszego zarzutu. Wjechał samolotem do wykupionego hangaru i opuścił kabinę. Otworzył sobie schodki, drzwi. Zaciągnął się chłodnym, kanadyjskim powietrzem schodząc na betonową posadzkę. Już miał się zabrać za wyciąganie bagaży, kiedy kątem oka zauważył stojący u drzwi hangaru samochód oraz stojącą przy nim dziewczynę. Nie pamiętał żeby zamawiał szofera, a właściwie szoferkę. Poprawił nieco swój sweter, w końcu był po wielogodzinnej podróży i postanowił podejść bliżej. Zdecydowanie zapamiętałby gdyby kiedykolwiek zamawiałby taką szoferkę. Na pracownicę lotniska też nie wyglądała. Nie w tych ubraniach. Zdecydowanie nie była tu z przypadku.
- Mogę Pani w czymś pomóc? - zapytał uśmiechając się życzliwie, stając naprzeciwko niej, lecz nadal po swojej stronie hangaru.
Nie podejrzewał jej o bycie z policji czy któryś agencji o kilku literkach. Obchodził się z tym typem człowieka właściwie na co dzień. Potrafił wywęszyć policję z kilometra. To było coś w spojrzeniu, nawet tym jak stali. Ona tego nie miała. Znalazła go tutaj, co wcale nie było takie łatwe. Trzeba było mieć pewną moc sprawczą i kontakty by poznać godziny przylotu prywatnego samolotu oraz to do kogo należał. Nie wątpił w to, że nie jest to przypadkowe spotkanie. Galahad przekrzywił lekko głowę przyglądając się dziewczynie z autentycznym zaciekawieniem.

Laura Borgia
gall anonim
Nie posiadam
25 y/o
For good luck!
154 cm
rezydentka anestezjologii pomagająca ojcu w bieznesie
Awatar użytkownika
i've always been the hunter, nothing on my tail
but there was something in you i knew could make that change
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jesień nadciągała nieustępliwie.
Powietrze pachniało tą charakterystyczną nutą czegoś, co przynosiło na myśl mieszankę liści, powiewów wiatru, gleby. Nie było jeszcze do końca mroźne, ale też nie łaskotało policzków ciepłem, jak jeszcze dwa tygodnie temu. Dookoła za to wszystko zmieniało barwy. Zieleń zaczęła ustępować żółciom, pomarańczom, czerwieniom; niebo przybierało bardziej złowrogie odcienie i błękit coraz częściej zachodził całym spektrum szarości. Dzisiaj jednak tak nie było – niewielkie zachmurzenie, słaby wiatr, bardzo dobra widoczność. Idealne warunki pogodowe na podniebny rejs i gdyby nie to, że miała ważniejsze rzeczy na głowie, to kto wie, może Laura też by się skusiła na małą wycieczkę?
Teraz stała oparta o maskę wypożyczonego Astona Martina Vantage w kolorze katalogowym storm purple i obserwowała, jak wypuszczane przez nią kółka dymu papierosowego tańczą przed nią, aż w końcu rozmywają się i znikają, ulatując w nicość. Nie była wielką fanką palenia, a mimo to, odkąd tylko dowiedziała się, że to już dzisiaj, to zdążyła wypalić cztery papierosy. Więcej, niż przez ostatni rok. Pomysł pilnowania jakiegoś krnąbrnego gościa dalej wydawał jej się absurdalny w najgorszy możliwy sposób. Rozumiała motywację ojca i logistykę stojącą za tym, by ktoś trzymał rękę na pulsie. Rozumiała czemu musiał być tu ktoś, kto będzie doglądał biznesu i upewniał się, że panicz z Wysp Brytyjskich nie pofolguje sobie za bardzo. To, co sprawiało jej trudności, to było zrozumienie dlaczego to musiała być ona. Od biznesu ojca trzymała się na dystans – na tyle, na ile, oczywiście, mogła. Nigdy nie ingerowała w to, kogo obsługiwał ani w to, kogo obsługiwali jego chłopcy. Była tylko od zaopatrzenia. Od dawek, środków, sposobu podania, przekazania informacji i tyle. Koniec. Na tym jej rola się kończyła.
Na tym jej rola miała się kończyć.
Pierdolony żart.
Uśmiechnięta buzia Ricardo mignęła jej we wspomnieniach i na moment, dwa uderzenia serca, Laura też się uśmiechnęła. A potem usłyszała ryk silnika samolotu i wypuściła z rąk papierosa, gasząc go podeszwą butów. Z zadartym podbródkiem patrzyła, jak maszyna obniża się, a potem wjeżdża do hangaru, przemykając obok niej i to, co ujrzała w środku, na moment ją zatrzymało w trwającej chwili. Mężczyzna. Nie dwóch, nie trzech. Jeden. Liczba pojedyncza. Nie spojrzał na nią wtedy i może to lepiej, bo maskę stoicyzmu strącił kolejny grymas — już nie uśmiech, co zwykłe zdziwienie. Nieznaczne, ale jednak; zniknęło, zanim paniczyk opuścił kabinę i zaszczycił ją swoją obecnością. Kiedy podchodził, Laura odbiła się od maski i wyprostowała, a kącik jej ust drgnął w pierwszej reakcji na jego pytanie. Z akt, które dostała od pionków ojca na temat Berkeleya, a które przeczytała już milion razy, wyłaniał jej się obraz człowieka ambitnego. Gracza, który po upadku przeredagował swoją pozycję i zaczął sięgać po wszystko. Fakt, że sam pilotował, tylko to udowadniał, ale Laura i tak nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że jest w tym wszystkim jakaś naiwność. Urocza, słodka, mała naiwność kogoś, kto wychowywany był w dostatku i myśli, że skoro ma pieniądze i władzę, to to on rozdaje karty. Że jest drapieżnikiem. Ale na świecie było wielu takich, jak on; drapieżników, które już dawno zgarnęły sobie część terytorium dla siebie, oddzielając je grubą linią. Berkeley tę granicę właśnie chciał nie tylko przekroczyć, co wręcz podpisać własnym nazwiskiem. Uroczy. Naprawdę uroczy.
– Obawiam się, że na ten moment pańskie zasoby pomocy i możliwości jej udzielenia są drastycznie niewystarczające w stosunku do moich potrzeb – odpowiedziała, nie odrywając od niego spojrzenia. Wiodąc nim po tym jego uśmiechu, po przechylonej głowie. Po oczach, na których skupiła się na dłużej. – Laura Borgia.
Jeśli skrupulatnie przeczytał wszystkie dokumenty, które mu przekazano odnośnie jego posiadłości, mógł kojarzyć jej nazwisko. Gdzieś przy rubryce o tym, kto zarządza terenem w imieniu prawowitego właściciela. Odczekała chwilę, aż mu się to przypomni, ale jeśli mu się nie przypomniało, to trudno – i tak się ruszyła w stronę bagażnika samochodu.
– Witamy w Toronto, panie Berkeley. – Zerknęła na niego, akurat przesuwając dłonią po czujniku, który otwierał klapę. – Lot był spokojny?

Galahad Berkeley
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
katastrofa
miliona akapitów o niczym
ODPOWIEDZ

Wróć do „Hooters Toronto Airport”