ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
163 cm
doktorantka na uniwersytecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

2.

Najpierw miał to być niewinny psikus na Halloween. Ten blondas z inżynierii biomedycznej przyszedł zapytać, czy Vraia dostała cukierki, bo jakieś zostawił. Przytaknęła, bo faktycznie ktoś jej coś zostawił, ale słabo chłopaka słuchała, bo musiała się uporać z bałaganem w pokoju. Bałaganem, który nie ona zrobiła, co było mocno zaskakujące.
Od słowa do słowa okazało się, że to jakiś głupi żart z tymi dokumentami i – co uznała za o wiele gorsze – przelaniem kwiatków na parapecie. I może nawet by odpuściła, bo przecież nie miała pojęcia, kto mógł to zrobić, ale niepotrzebnie wdała się w dyskusję i sprawa nabrała nagle charakteru zemsty, a dyskusja rozniosła się na kilka osób.
Wspólnie uradzili, że te durne psikusy to sprawka jednego z doktorantów chemii, a w odwecie wymyślili, że w ramach psikus zostawią mu w labie kolbę stożkową z kolorową pianką – Vraia kojarzyła takie wypływające coś z filmów i z grubsza wiedziała, jak się to robi, co trzeba wrzucić do szklanego naczynia, ale raczej tego nie wykonywała, bo po co. Nie tym się zajmowała.
Padło jednak na nią, głównie dlatego, że nie miała nic do roboty tego wieczora, a wszyscy pozostali nagle stwierdzili, że lecą na jakąś imprezę.
Być może dała się nieco podpuścić, powinna to wyczuć. Możliwe też, że mogła odpuścić i ich olać, bo po co jej problemy, stworzyła ich sobie w życiu wystarczająco dużo.
A jednak poszła z tą kolbą. Zrobiła wszystko według instrukcji i wyszła. Wróciła po półgodzinie, pewna, że ten koleś z chemii już tam będzie i może faktycznie będzie się nieco miotał po pomieszczeniu, zaskoczony tym, że jego szkiełka gdzieś zniknęły, a zamiast nich znajduje się tam różowo-niebieska pasta dla słoni. Ale zamiast zdziwionego i zapewne te rozbawionego kolegi (bo to przecież było zabawne, w końcu nie zrobili nic naprawdę groźnego ani szkodliwego) usłyszała jakieś okrzyki pełne złości. W pośpiechu dopadła do drzwi, a jej oczom nie ukazał się doktorant, którego przecież znała z widzenia, tylko jakiś inny koleś – wyraźnie wściekły. I raczej nie był doktorantem.
– O co tyle hałasu? Przecież to tylko płyn do naczyń z odrobiną barwnika – odezwała się nieco kpiąco, ale rozbawienie na jej twarzy ustąpiło miejsca zdziwieniu i dezorientacji, gdy zobaczyła, co się wydarzyło w labie. Nie w takim stanie zostawiła pomieszczenie pół godziny wcześniej.
Od razu przemknęło jej przez głowę, że coś w tym ich kolorowym eksperymencie poszło nie tak i kolba jakimś cudem wybuchła, zrobiła taki rozgardiasz w labie i teraz wszyscy będą mieli przesrane. Nie, poprawka. To Vraia będzie miała przesrane, bo ona tu była, przecież reszta towarzystwa już dawno się ulotniła.
Szlag. Jak zwykle się w coś wkopała. Czy to był dobry moment, żeby odwrócić się na pięcie i wiać?

Nathaniel Thornton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
totalnego braku przecinków, metagamingu
34 y/o
For good luck!
198 cm
Profesor / Diagnosta laboratoryjny | Uniw. Toronto / Szpital Mount Sinai
Awatar użytkownika
Does he even have real human emotions? Anger maybe.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej, ale piszę męskim jak moja postać xd
typ narracjiTrzecioosobowy
czas narracjiDokonany
postać
autor

Wyszedł z laboratorium zaledwie na godzinę, może półtora, żeby poprowadzić zaplanowany wykład. Nie był szczególnie zachwycony koniecznością opuszczania stanowiska w trakcie tak intensywnej pracy, ale plan zajęć był nieubłagany. Zakładał przy tym, że przez tę godzinę nic szczególnego się nie wydarzy. Było to, jak się okazało, założenie wyjątkowo naiwne, ale to co zastał bynajmniej nie było niczym czego spodziewałby się nawet w snach.
Już od progu zorientował się, że coś jest nie tak. Pierwsze, co zobaczył, to przewrócone krzesło i zawartość jednej z szafek rozrzucona po podłodze. Potem dostrzegł otwarte szuflady, porozrzucane dokumenty, poprzestawiany sprzęt i ślady czyjejś niezbyt subtelnej działalności na blatach. Zatrzymał się na moment, powoli przesuwając wzrokiem po pomieszczeniu. Nie potrzebował wiele czasu, żeby zrozumieć, że nie był to efekt przypadkowego wypadku. Ktoś czegoś szukał. I najwyraźniej nie zamierzał przejmować się tym, co przy okazji zniszczy, a zniszczył całkiem sporo.
Przez chwilę nie zrobił nic. Stał w progu z twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu, choć napięcie szczęki zdradzało, że pod tą pozorną obojętnością kryło się coś znacznie mniej przyjemnego. Dopiero potem ruszył w głąb laboratorium, ostrożnie omijając leżące na podłodze przedmioty. Sprawdził kilka szafek, rzucił okiem na stanowiska i spróbował ocenić, czy ktoś naruszył przechowywane próbki. Wciąż trwał blackout, więc nie mógł nawet od razu sprawdzić, czy wszystkie urządzenia i materiały badawcze są bezpieczne.
Nie było go przez jedną godzinę. KUUURWAAAAAAAAA.
Kiedy usłyszał głos dobiegający od strony drzwi, odwrócił głowę. Spojrzenie, którym obdarzył dziewczynę, było lodowate. Nie wyglądał na kogoś, kto zaraz zacznie krzyczeć. Wyglądał na kogoś, kto bardzo dokładnie zapamięta twarz każdej osoby, która miała cokolwiek wspólnego z tym bałaganem. Przez moment po prostu się jej przyglądał, jakby próbował zdecydować, czy jej komentarz był przejawem wyjątkowej bezczelności, czy zwyczajnej głupoty.
- Płyn do naczyń. Oczywiście. W takim razie wszystko w porządku. - jego głos był cichy, równy i pozbawiony emocji. Właśnie to czyniło go tak nieprzyjemnym. Nie było w nim miejsca na żarty ani na próbę rozładowania sytuacji. Przeniósł wzrok na kolorową pianę, a następnie ponownie na dziewczynę.
- Chciałbym, żebyś wyjaśniła mi, co tutaj robisz. - nie musiał podnosić głosu, żeby zabrzmieć jak ktoś, komu lepiej nie wchodzić w drogę. Wpatrywał się w nią z taką intensywnością, że trudno było uznać to za zwykłe oczekiwanie na odpowiedź. - I zanim odpowiesz, dobrze się zastanów, czy zamierzasz dalej udawać, że to zabawne. - przeszedł kilka kroków w stronę jednego z blatów, uważając, żeby nie nadepnąć na leżące na podłodze, rozbite przedmioty. Kilka próbek było przesuniętych, ale wyglądały na całe. Zatrzymał się przy otwartej szafce i spojrzał na jej zawartość. Ktoś najwyraźniej czegoś szukał. Nie wyglądało to na przypadkowe przewrócenie kilku rzeczy ani nieudany eksperyment. Bałagan miał w sobie pewną celowość, której nie potrafił zignorować.
- Nie wiem, kto uznał, że może sobie urządzić w tu prywatne poszukiwania, ale jeśli masz z tym cokolwiek wspólnego, proponuję, żebyś zaczęła mówić. - wysyczał. Dopiero wtedy ponownie spojrzał na nią, tym razem wyraźnie zatrzymując wzrok na kolbie i kolorowej pianie, która nie pasowała do żadnego z elementów wyposażenia laboratorium.
Nie zmienił wyrazu twarzy. Nadal patrzył na nią z tą samą chłodną, niemal nieprzyjemną uwagą, jakby każda kolejna sekunda zwłoki w udzieleniu odpowiedzi działała mu na nerwy. Był wściekły, ale również całkiem niezły w nieokazywaniu tego w oczywisty sposób.

Vraia Bellerose
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
jakkolwiek
Nadmiernego, szerokopojętego, zbędnego wulgaryzmu
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”