035.
babysitting and buried truths
what can go wrong?
Gdyby ktoś jeszcze tydzień temu powiedział jej, że swoje wolne, piątkowe popołudnie będzie spędzać ze swoim narzeczonym i… cudzym dzieciakiem, pewnie by go obśmiała. Ale przecież oni w ostatnim czasie wiecznie się w coś pakowali. Można nawet powiedzieć, że więcej niż przed wyjazdem do Meksyku, jakby te wszystkie problemy innych ludzi po prostu się na nich nawarstwiały. Przyklejały jak magnes do lodówki. Dalton, klub Noriegi, pogróżki, nowa managerka, Eliot, półświatek, Marie, sprawa zaginięcia Luciano, a wisienką na torcie w tym wszystkim oczywiście była tajemnicza Sofia, która wyglądała trzydzieści lat temu jak zaginiona siostra Pilar.
Może właśnie dlatego, kiedy samochód Madoxa stanął na podjeździe, Stewart nim wysiadła westchnęła głośno. Przymknęła oczy na krótką chwilę i powtórzyła sobie po raz kolejny, że przeszli tu pomóc Almie, a nie szukać jej rodziny. Miała się tym już nie interesować, nie fiksować. Przecież podarła zdjęcie, nie chciała mieć z tym nic wspólnego, a jednak gdzieś z tyłu głowy to wszystko nie dawało jej spokoju.
— Wziąłeś rękawice? — dopytała, kiedy już zabrała się za odpinanie pasa, bo dopiero teraz przypomniała sobie, że przecież obiecali Emilio, że znowu pograją z nim w piłkę. Nacisnęła na klamkę i wygramoliła się z samochodu, jednak nim doszli do drzwi frontowych, to złapała jeszcze Madoxa za materiał kurtki i przytrzymała na moment. Przeskoczyła przed niego, wchodząc na jeden schodek, sprawiając, że teraz byli tego samego wzrostu. — Jakbym chciała zrobić coś głupiego, to potrzebuje, żebyś mnie powstrzymał, okej? — poprosiła go, nawet na moment nie spuszczając spojrzenia z pięknych, czekoladowych oczu, podczas gdy jej dłoń zacisnęła się mocniej na materiale kurtki. Nie musiała nawet mówić o co jej chodziło. Przecież to było oczywiste, że o Sofie. — Idziemy pilnować młodego, nie grzebać babce w rzeczach — dodała, ale chyba bardziej chciała tym zdaniem przekonać samą siebie niż jego. I może dodałaby coś jeszcze, gdyby nagle tuż za nimi drzwi wejściowe nie otworzyły się z impetem, a z nich wypadł nie kto inny jak Emilio.
— Madox! Pilar! — krzyknął zadowolony, podbiegając do nich. — Widziałem was już z okna, od razu wiedziałem, że to wy! Chociaż macie dzisiaj inny samochód… — spojrzał w kierunku samochodu Noriegi, a oczy jakoś naturalnie mu się zaświeciły. — Łaaa, ale fura. To twoja? — zadarł głowę na Madoxa i autentycznie przyglądał mu się jakby był jakiś wielkim bohaterem albo urwa Bogiem. No trochę był, szczególnie w oczach takiego dzieciaka — nie dość, że miał kasę, piękną dziewczynę, to jeszcze woził się pięknymi furami. — Pojedziemy na przejażdżkę?
— Emilio, niño! Gdzie ty biegasz po trawie w tych kapciach! — krzyknęła Alma stając w progu. Miała już na sobie płaszcz oraz torebkę przewieszoną przez ramię. — Do domu, raz! Vamos — pogoniła go i chociaż nic z jej słów nie było do Pilar i Madoxa oni też tylko po sobie popatrzyli i ruszyli prawie biegiem razem z dzieciakiem do środka. Pilar od razu doskoczyła do Almy pytając jak się czuła i czy wiadomo cokolwiek z mamusią, ale okazało się, że wciąż jest pod obserwacją, bo jej stan jest ciężki. A potem zaprosiła ich do środka i kazała się rozgościć.
— Jedliście coś? Tutaj macie obiad — wskazała na lodówkę. — Emilio niby już coś skubnął, ale jak uda wam się wcisnąć w niego chociaż trochę zupy, to będę wam dozgonnie wdzięczna — przeszła się wzdłuż kuchni, pokazując jej coraz to kolejne rzeczy. — Telewizor może dopiero, jak zrobi zadanie — spojrzała na syna. — I nie ma żadnego ale. Masz się słuchać Pilar i Madoxa, rozumiesz? — zmierzwiła go po głowie, a zaraz potem w to samo miejsce złożyła przelotny całus. — Powinnam być za jakie dwie godziny. Jak coś to dzwońcie. Jestem pod telefonem — dodała, a potem wybiegła, nawijając, że zaraz spóźni się na autobus. Pilar nawet chciała zaproponować, że Madox ją podwiezie, ale Alma rzuciła, że nie trzeba i wyleciała z mieszkania, trzaskając drzwiami. A oni zostali sami z Emilio… który już łapał za pilot od telewizora.