ODPOWIEDZ
37 y/o
For good luck!
186 cm
in carnage, I bloom like a flower in the dawn
Awatar użytkownika
art requires a certain cruelty
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ciemne okulary pozostawił na nosie również po wejściu do kaplicy, chociaż listopadowe światło z trudem przedostawało się przez wąskie okna, rozproszone wcześniej przez grubą warstwę chmur i zbyt blade, aby ich obecność miała jakiekolwiek praktyczne uzasadnienie. Nikt jednak nie zdecydował się zwrócić mu uwagi; spojrzenia zatrzymywały się na ciemnych szkłach, po czym łagodniały, przypisując im oczy zaczerwienione od łez, może bezsenność.
Nie uronił ani jednej łzy.
Miał na sobie nienagannie skrojony, czarny garnitur, czarną koszulę i równie ciemny krawat, wszystko dostatecznie stonowane dla okoliczności i ułożone z tą samą starannością, której nie porzucał tylko dlatego, że kilka metrów dalej znajdowała się trumna kobiety zamordowanej jego własną ręką. Wypolerowane buty zebrały na podjeździe kilka ciemnych kropel deszczu, materiał płaszcza zdążył przesiąknąć powierzchownie wilgocią, wnoszoną do środka przez kolejnych żałobników razem z zapachem mokrej wełny, perfum oraz listopadowego powietrza.
Kaplica była niewielka, choć wysokie sklepienie próbowało nadać jej więcej przestrzeni, unosząc przyciszone rozmowy ponad rzędami ciemnych, drewnianych ławek, gdzie mieszały się ze stłumionym płaczem, szelestem programów oraz odgłosem kroków ostrożniejszych, niż wymagała tego kamienna posadzka. W centralnym punkcie ustawiono zamkniętą trumnę, otoczoną białymi różami, liliami i wieńcami przewiązanymi szarfami, a pomiędzy nimi fotografie Anastasii, w większości sceniczne; zastygłej w ruchu, który bez muzyki oraz wszystkiego, co znajdowało się chwilę przed nim i chwilę po nim, wyglądał niemal zbyt łatwo.
Największa z fotografii przedstawiała ją jako Gamzatti.
Zatrzymał na niej spojrzenie nieco dłużej, nim zajął miejsce w pierwszym rzędzie, niebezpiecznie blisko rodziny Romanovej, chociaż formalnie nie należało mu się bardziej niż wielu osobom siedzącym dalej. Nikt tego nie zakwestionował. Przez ostatnie tygodnie widywano go przy Anastasii dostatecznie często, by jego kwiaty, obecność na występach oraz wspólne wyjścia po jej śmierci ułożyły się w historię głębszego przywiązania.
Pierwsza osoba podeszła do niego jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii. Kobieta związana z teatrem ścisnęła jego dłoń pomiędzy własnymi.
— Tak bardzo mi przykro. Wiem, ile dla pana znaczyła.
Znaczyła. Przestała znaczyć.
— Dziękuję — odpowiedział łagodnie, specjalnie cicho.
Później pojawili się kolejni. Ktoś dotknął jego ramienia, ktoś objął go krótko, ktoś inny zapewnił, że z czasem nauczy się żyć bez Anastasii, nieświadomy, że robił to bez większych trudności od chwili opuszczenia garderoby. Pytania zadawane w ciągu poprzednich dni, również przez osoby zainteresowane jej śmiercią z mniej osobistych powodów, nie zmieniły rytmu jego codzienności; odpowiadał na nie, przyjmował współczucie, jak gdyby kiedykolwiek mu się należało.
Kiedy rozpoczęła się muzyka w jego głowie, niskie dźwięki osiadły na kamiennych ścianach przygaszonym granatem, poprzecinanym srebrzystym szelestem wyciąganych chusteczek oraz cienkimi, popielatymi liniami szeptów. Szloch dobiegający z drugiej strony przejścia rozlewał się rozwodnionym fioletem, bladł przy każdym stłumionym oddechu i ponownie nabierał barwy, kiedy kobieta pozwalała sobie na kolejny.
To była sztuka. W najlepszym jej wydaniu.
W garderobie wszystko było jaśniejsze, gwałtowniejsze; kolory nakładały się na siebie, nie pozostawiając miejsca na nic poza nimi, podczas gdy tutaj śmierć Anastasii wybrzmiewała powoli, rozłożona pomiędzy dziesiątki osób, z których każda przyniosła ze sobą inną jej wersję; inny jej fragment. Raven słuchał wspomnień o wiernej przyjaciółce dzwoniącej w środku nocy, dumnej rywalce, oddanej tancerce pozostającej po próbach, gdy pozostali nie mieli już siły; poznawał szczegóły, których wcześniej nawet nie znał. Szczegóły, które nieszczególnie go interesowały – ale były ważne. Ważne dla sztuki.
Gdy ceremonię zakończono, a trumnę wyniesiono na zewnątrz, ruszył wraz z rodziną po wilgotnej alejce, wśród ciężkich kroków, szelestu mokrych liści i przeciągłego szlochu. Elenę dostrzegł dopiero wśród formującego się konduktu, na samym jego końcu; jej obecność nie była zaskoczeniem, a jednak przypomniała mu wypowiedziane na odchodnym Lo faccio già, kiedy odległość pomiędzy nimi zaczęła zmniejszać się wraz z zatrzymującymi się żałobnikami.
Zadbał o to, by przy otwartym grobie, kiedy duchowny rozpoczął ostatnią mszę, znaleźli się obok siebie. Ktoś po raz kolejny ujął go za ramię, pocierając materiał płaszcza w geście pocieszenia i zapewniając, że Anastasia chciałaby, aby zachował dobre wspomnienia. Podziękował krótkim skinieniem, odczekał, aż mężczyzna odejdzie, a później zwrócił ukrytą za ciemnymi szkłami twarz ku Elenie.
— Buongiorno, Nikiyo — przywitał się cicho, przechylając się naturalnie w jej stronę.— Czerń wyjątkowo ci służy. Podobnie jak biel.

I have elaborate plans for you
27 y/o
DEATH IN BLOOM
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
i could be tamed for a moment; then you'll walk over my grave where we lay and dream the weather away until we went insane
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zasnęła tamtej nocy.
Błąkała się po mieście zbyt długo, nawet jak na nią samą - zawsze ostrożnie wracającą do domu, zawsze upewniającą się, że nikt jej nie śledził. Gdy wreszcie znalazła się w znajomych, czterech ścianach, zaryglowała drzwi, oparła się o nie plecami i zsunęła powoli na ziemię, jakby pokonanie tych parunastu metrów klatki schodowej było wysiłkiem fizycznym współmiernym do tego, co zrobiła na scenie.
Nagle jej jedyna, bezpieczna przystań przestała wydawać się tak bezpieczna.
Nasłuchiwała kroków na zewnątrz. Wzdrygała się gdy w rurach bulgotało, a cienkie ściany przekazywały ostre głosy sąsiadów. Zasłoniła rolety i bała się podchodzić do okien. Logika podpowiadała jej, że przecież ją wypuścił, a poza tym nie znalazłby jej w Parkdale - nikt jej w nim nie znalazł - ale umysł stawał się na nią oporny gdy słońce zniknęło za horyzontem, pogrążając jej świat w ciemności.
Każdy cień wydawał jej się podejrzany.
W stanie półsnu przetrwała do brzasku następnego dnia. Rozważała w tym czasie bardzo wiele opcji, żadna jednak nie zbliżała ją nawet do komisariatu policji. Zastanawiała się nad spakowaniem, wyjazdem, ucieczką znów na inne terytorium, na którym byłaby całkowicie nieznana. Zastanawiała się nad telefonem do kuzyna, który przecież mógłby rozwiązać ten problem.
Gdyby go przekonała. Gdyby go poprosiła.
Jej dłoń sięgała po telefon nieustannie i ciągle powstrzymywało ją schowane w jej sercu zgorzknienie. W Mediolanie jej życie posiadało wartość samą w sobie, gdyby ktoś jej zagroził, nigdy nie musiałaby prosić o pomoc, jej ojciec bądź brat zareagowaliby zanim zdążyłoby przejść jej to przez myśl.
Giovanniego musiałaby poprosić. Wyjaśnić. Może zaoferować odrobinę szczerości w zamian, nazwisk, detali, których nie chciała wspominać.
Myśl wydawała jej się zbyt dobijająca by wykonać połączenie.
Świt przyniósł ulgę. Rozmył cienie panoszące się po jej mieszkaniu, a rozdzwaniające się urządzenie zszokowanymi wiadomościami o odnalezieniu martwej Romanovej zdjęło odrobinę ciężaru z jej barków. Nie dbała o nią. Ale nie chciała, by leżała tam w nieskończoność.
Występy zostały odwołane.
Przyjęła to z ulgą, gdy myśl o opuszczeniu swojej małej fortecy wzbudzała w niej trwogę. Nie odsłoniła rolet, nie zbliżała się do okien. Sprawdzała bezmyślnie grupową konwersację tancerzy, sprawdzała wiadomości w poszukiwaniu domniemanego sprawcy, snuła się po pokojach przez całe dwa dni, żywiąc tym, co zostało jej w lodówce, nim obowiązkowy okres żałoby został przełamany potrzebą rozpoczęcia przygotowań do Dziadka do Orzechów.
Słońce łaskotało jej skórę gdy wyszła na zewnątrz, zmierzając do studio.
Milczała gdy jej nakazano, w obowiązkowej minucie ciszy przed każdymi zajęciami. Milczała gdy inni podnosili głos, wspominając Romanovą. Rozmawiali. Szeptali między sobą zastanawiając się nad tym, kto mógłby to zrobić. Dyskutowali na temat obrazu, który rzekomo zostawiono na lustrze, namalowanego jej własną krwią. Strofowali się nawzajem za powtarzanie takich niedorzecznych plotek.
Nikt jej nie spytał. Tkwiła w rogu, skupiona na muzyce, na zajęciach, na łyku wody, której zwykle nie piła w trakcie. Grała swoją rolę - niedostępnej, wycofanej, może zbyt zadufanej w sobie, d z i w n e j.
Ale widziała go wszędzie.
W tłumie ludzi mijanych przez nią na chodniku. W kawiarni, w której zakupywała kawę. W cieniu szafy odbitym przez taflę lustra.
Śmierć wcześniej była czymś niezdefiniowanym, siłą, której nie dało się powstrzymać, ponieważ nie dało jej się zlokalizować.
Teraz obrała twarz bardzo konkretnego mężczyzny.
Mężczyzny, którego znów dostrzegła.
Z początku wydawał się senną marą stworzoną przez jej zmęczony umysł. Kolejnym przywidzeniem, iluzją, która zniknie pod jednym zamknięciem powiek. Duchem unoszącym ponad mokrymi od deszczu nagrobkami w oparach zapalonych zniczy. Duch wystarczył, by zatrzymała się, mocniej zaciskając dłoń na uchwycie swojej czarnej parasolki.
Świadomość jego namacalności zatrzymała jednak jej serce w biegu na jedno, nieznośnie długie uderzenie.
Był t u t a j. Pierwszy szok przemknął po jej ciele drżeniem. Romanova nie była przypadkiem, z n a ł ją. Jej usta zacisnęły się w wąską linię. Znał jej r o d z i n ę.
Chowana w eleganckiej trumnie kobieta straciła jej zainteresowanie w chwili, w której dostrzegła mężczyznę, którego dłonie pokryte były jej krwią. Tkwiącego tutaj, na pogrzebie, plączącego się między jej bliskimi jakby miał wszelkie prawo tutaj być, jakby jego obecność nie była dla nikogo takim zaskoczeniem, jakim była dla niej.
Jej wzrok śledził jego sylwetkę gdy pieprzona dyrektorka artystyczna podeszła, by złożyć mu kondolencje. J e m u. Jakby należały mu się jakiekolwiek kondolencje.
Oni wszyscy go znali.
I nikt nie wiedział, że diabeł kroczył pomiędzy nimi, nikt nie dostrzegał w jego obecności niczego podejrzanego. Nikt nie widział krwi na jego rękach, nikt nie zauważał drapieżności jego rysów, częściowo schowanych pod okularami przeciwsłonecznymi.
Tylko ona.
Jej ciało napięło się bezwiednie gdy znalazł się obok. Wyczuła jego obecność nim zerknęła w jego stronę - osłonięta własną parasolką, odgradzającą ją od twarzy zgromadzonych wokół ludzi. Wyczuła jego perfumy, sposób, w jaki układał ciało gdy stawał obok. Dostrzegła jego ręce, schowane w eleganckich rękawiczkach.
- Moje kondolencje - wycedziła cicho, powtarzając formułkę, z którą przychodzili do niego wszyscy inni. - Nie wiedziałam, że jest pan tak blisko z Anastasią.

there's a fox among the flock
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”