Nie zasnęła tamtej nocy.
Błąkała się po mieście zbyt długo, nawet jak na nią samą - zawsze ostrożnie wracającą do domu, zawsze upewniającą się, że nikt jej nie śledził. Gdy wreszcie znalazła się w znajomych, czterech ścianach, zaryglowała drzwi, oparła się o nie plecami i zsunęła powoli na ziemię, jakby pokonanie tych parunastu metrów klatki schodowej było wysiłkiem fizycznym współmiernym do tego, co zrobiła na scenie.
Nagle jej jedyna, bezpieczna przystań przestała wydawać się tak bezpieczna.
Nasłuchiwała kroków na zewnątrz. Wzdrygała się gdy w rurach bulgotało, a cienkie ściany przekazywały ostre głosy sąsiadów. Zasłoniła rolety i bała się podchodzić do okien. Logika podpowiadała jej, że przecież ją
wypuścił, a poza tym nie znalazłby jej w Parkdale - nikt jej w nim nie znalazł - ale umysł stawał się na nią oporny gdy słońce zniknęło za horyzontem, pogrążając jej świat w ciemności.
Każdy cień wydawał jej się podejrzany.
W stanie półsnu przetrwała do brzasku następnego dnia. Rozważała w tym czasie bardzo wiele opcji, żadna jednak nie zbliżała ją nawet do komisariatu policji. Zastanawiała się nad spakowaniem, wyjazdem, ucieczką znów na inne terytorium, na którym byłaby całkowicie nieznana. Zastanawiała się nad telefonem do kuzyna, który przecież mógłby rozwiązać ten problem.
Gdyby go przekonała. Gdyby go
poprosiła.
Jej dłoń sięgała po telefon nieustannie i ciągle powstrzymywało ją schowane w jej sercu zgorzknienie. W Mediolanie jej życie posiadało wartość samą w sobie, gdyby ktoś jej zagroził, nigdy nie musiałaby prosić o pomoc, jej ojciec bądź brat zareagowaliby zanim zdążyłoby przejść jej to przez myśl.
Giovanniego musiałaby poprosić. Wyjaśnić. Może zaoferować odrobinę szczerości w zamian, nazwisk, detali, których nie chciała wspominać.
Myśl wydawała jej się zbyt dobijająca by wykonać połączenie.
Świt przyniósł ulgę. Rozmył cienie panoszące się po jej mieszkaniu, a rozdzwaniające się urządzenie zszokowanymi wiadomościami o odnalezieniu martwej Romanovej zdjęło odrobinę ciężaru z jej barków. Nie dbała o nią. Ale nie chciała, by leżała tam w nieskończoność.
Występy zostały odwołane.
Przyjęła to z ulgą, gdy myśl o opuszczeniu swojej małej fortecy wzbudzała w niej trwogę. Nie odsłoniła rolet, nie zbliżała się do okien. Sprawdzała bezmyślnie grupową konwersację tancerzy, sprawdzała wiadomości w poszukiwaniu domniemanego sprawcy, snuła się po pokojach przez całe dwa dni, żywiąc tym, co zostało jej w lodówce, nim obowiązkowy okres żałoby został przełamany potrzebą rozpoczęcia przygotowań do Dziadka do Orzechów.
Słońce łaskotało jej skórę gdy wyszła na zewnątrz, zmierzając do studio.
Milczała gdy jej nakazano, w obowiązkowej minucie ciszy przed każdymi zajęciami. Milczała gdy inni podnosili głos, wspominając Romanovą. Rozmawiali. Szeptali między sobą zastanawiając się nad tym, kto mógłby to zrobić. Dyskutowali na temat
obrazu, który rzekomo zostawiono na lustrze, namalowanego jej własną krwią. Strofowali się nawzajem za powtarzanie takich niedorzecznych plotek.
Nikt jej nie spytał. Tkwiła w rogu, skupiona na muzyce, na zajęciach, na łyku wody, której zwykle nie piła w trakcie. Grała swoją rolę - niedostępnej, wycofanej, może zbyt zadufanej w sobie, d z i w n e j.
Ale widziała go wszędzie.
W tłumie ludzi mijanych przez nią na chodniku. W kawiarni, w której zakupywała kawę. W cieniu szafy odbitym przez taflę lustra.
Śmierć wcześniej była czymś niezdefiniowanym, siłą, której nie dało się powstrzymać, ponieważ nie dało jej się zlokalizować.
Teraz obrała twarz bardzo konkretnego mężczyzny.
Mężczyzny, którego znów
dostrzegła.
Z początku wydawał się senną marą stworzoną przez jej zmęczony umysł. Kolejnym przywidzeniem, iluzją, która zniknie pod jednym zamknięciem powiek. Duchem unoszącym ponad mokrymi od deszczu nagrobkami w oparach zapalonych zniczy. Duch wystarczył, by zatrzymała się, mocniej zaciskając dłoń na uchwycie swojej czarnej parasolki.
Świadomość jego namacalności zatrzymała jednak jej serce w biegu na jedno, nieznośnie długie uderzenie.
Był t u t a j. Pierwszy szok przemknął po jej ciele drżeniem. Romanova nie była przypadkiem, z n a ł ją. Jej usta zacisnęły się w wąską linię. Znał jej r o d z i n ę.
Chowana w eleganckiej trumnie kobieta straciła jej zainteresowanie w chwili, w której dostrzegła mężczyznę, którego dłonie pokryte były jej krwią. Tkwiącego tutaj, na pogrzebie, plączącego się między jej bliskimi jakby miał wszelkie prawo tutaj być, jakby jego obecność nie była dla nikogo takim zaskoczeniem, jakim była dla niej.
Jej wzrok śledził jego sylwetkę gdy pieprzona dyrektorka artystyczna podeszła, by złożyć mu kondolencje. J e m u. Jakby należały mu się jakiekolwiek kondolencje.
Oni wszyscy go znali.
I nikt nie wiedział, że diabeł kroczył pomiędzy nimi, nikt nie dostrzegał w jego obecności niczego podejrzanego. Nikt nie widział krwi na jego rękach, nikt nie zauważał drapieżności jego rysów, częściowo schowanych pod okularami przeciwsłonecznymi.
Tylko ona.
Jej ciało napięło się bezwiednie gdy znalazł się obok. Wyczuła jego obecność nim zerknęła w jego stronę - osłonięta własną parasolką, odgradzającą ją od twarzy zgromadzonych wokół ludzi. Wyczuła jego perfumy, sposób, w jaki układał ciało gdy stawał obok. Dostrzegła jego ręce, schowane w eleganckich rękawiczkach.
-
Moje kondolencje - wycedziła cicho, powtarzając formułkę, z którą przychodzili do niego wszyscy inni. -
Nie wiedziałam, że jest pan tak blisko z Anastasią.
there's a fox among the flock