-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pablo, który postanowił ich puścić... wolno? Może to był za piękny scenariusz? Ale jednak Noriega i tak postanowił wykorzystać sytuację ciągnąc Pilar do wyjścia. Zatrzymali się dopiero przy melexie, dopiero tam puścił jej dłoń, chociaż zaraz i tak zrobił krok w jej kierunku.
- No jak miałem być calma? - warknął - przecież od samego początku się o to prosił - wycedził przez zęby, bo taka przecież była prawda. Pablo cały czas na za dużo sobie pozwalał, przede wszystkim względem niej, ale jego też. Niby traktował Matteo jak swojego przyjaciela, ale co zrobił? Wycelował mu w głowę, jakby był jakimś nic nie wartym psem. Nic dziwnego, że Madox się wkurwił. Klatka piersiowa wciąż unosiła mu się w niespokojnym oddechu, a serce waliło w piersi, po tym skoku adrenaliny, ale doprawione tym zjazdem z koksu, który go drażnił. Coraz bardziej go drażnił.
- Pierdoli mnie to, wracamy do Kanady, do domu - rzucił na jej słowa na temat Esme, chociaż przecież Madox też zdawał sobie sprawę, że to nie jest takie proste. Że oni już zabrnęli w tym tak daleko, że teraz ciężko było się wycofać...
O ile się w ogóle dało.
Ciemne tęczówki utkwił w jej pięknych, czekoladowych oczach. Wciąż jeszcze się zastanawiał co ma jej powiedzieć, czy przeprosić za swoje zachowanie? Czy znowu wygarnąć to, że ma to wszystko w dupie. Matkę, jej cały plan i Pablo też. Tylko, że wtedy Pilar kazała mu się nie ruszać i chociaż w pierwszym odruchu chciał spojrzeć przez ramię, to nawet nie drgnął, znowu jego spojrzenie odszukało jej piękne, duże oczy. Dopiero kiedy oznajmiła mu, że Pablo tu idzie, to mogła poczuć pod palcami jak się spiął.
- Zajebie mu - zawiesił te słowa na jej szyi, wraz z ciepłym oddechem, kiedy zaciągnął się tym obcym zapachem, wcale nie jej perfum, a jednak miał w sobie tą znajomą nutę, jej. Na to jej calma nabrał mocno w płuca powietrze. Chyba zamierzał jej tym razem posłuchać...
Powinien.
Odwrócił się, kiedy Pablo poklepał go po ramieniu i zanim zdążył jakkolwiek zareagować dostał w twarz, odrobinę się cofnął i w zasadzie uderzenie nawet nie siadło odpowiednio, Gonzales bardziej zahaczył o żuchwę i wargę, którą Madox sobie rozciął zębami, niż policzek, ale i tak się zatoczył, przyćmiło go. Spięły mu się wszystkie mięśnie, bo chciał mu oddać. Kurewsko chciał. Ale przecież miał być calma. A poza tym czterech ochroniarzy popatrzyło na niego, jakby tylko czekali na jakiś jego kolejny ruch. Zły ruch... żeby go skopać.
Wyprostował się i nawet wygładził sobie tą pedalską, jasną koszulę, a potem przesunął palcami po wardze, na której już osadziła się perlista kropla krwi. Spadła mu na bluzkę.
- Jak robisz z kimś interesy to go kurwa traktuj jak równego sobie Pablo, a nie jak psa, któremu odstrzeliłbyś łeb - rzucił, i to chyba nie było takie do końca calma, ale przed chwilą dostał w ryj, teraz tą gorącą krew, która buzowała w żyłach słyszał nawet w uszach. Adrenalina wciąż unosiła jego klatkę piersiową w niespokojnym oddechu, a źrenice się powiększyły, jakby jebnął sobie kolejną kreskę koksu. Spojrzał na tą rękę Gonzalesa wyciągniętą w jego kierunku, a potem na tą jego gębę i w końcu ją ujął, w końcu zacisnął mocno palce na tych jego, ale zamiast tylko uścisnąć mu dłoń to jeszcze przyciągnął Pablo do siebie, a ochroniarze ruszyli się z miejsca, ale Madox tylko poklepał Gonzales po ramieniu.
- I proszę cię amigo, żebyś... szanował moją kobietę - nawet chciał przez chwilę dodać, że jak jeszcze raz jej dotknie, to mu wyjebie, ale może to wystarczy?
Pablo też walnął go w ramie, nie miał wcale w tym wyczucia, ale Madox nawet nie drgnął.
- Z całym szacunkiem do twojej kobiety Matteo, ale ona jest mi winna taniec, ale jeśli ma ci to przeszkadzać to wybierzemy salsę, bo tango jest chyba zbyt zmysłowe - znowu wyjrzał zza Madoxa na Pilar. A Noriega już się wcale z tym nie kryjąc wywrócił oczami, chyba nie umknęło to uwadze Gonzalesa, bo zaraz się odsunął. Zaraz poprawił swoją koszulę, a potem przesunął ręką po policzku patrząc na Madoxa, jakby się zastanawiał, który z nich wygląda gorzej i bardziej oberwał. Zdecydowanie Pablo, bo spuchł, a Noriega miał tylko rozciętą wargę.
- Dobrze, no nic, zbierajmy się, bo obiecałem mojej princessie, że to dzisiaj będzie nasz dzień, już pewnie na mnie czeka - zerknął na złoty zegarek na nadgarstku, całkiem podobny do tego Madoxa - weźcie tego melexa, a ja pojadę z chłopakami - wskazał na wózek, a potem jeszcze się zamierzył w kierunku Pilar, ale kiedy Madox znowu spojrzał na niego spode łba, to zatrzymał się pół kroku od niej - to do zobaczenia na imprezie Rosa, załóż jakąś ładną sukienkę... do salsy - spojrzał jej w oczy, a potem jeszcze na Madoxa, a finalnie machnął im nonszalancko ręką i sobie poszedł.
A oni zostali we dwójkę. Znowu.
- I co zadowolona? Że będziesz tańczyć salsę na imprezie mojej matki? - Madox znowu strzelił oczami, a później usiadł za kierownicą wózka, co prawda nigdy czegoś takiego nie prowadził, ale to przecież nie może być trudne, kluczyk, pedały i kierownica. Da radę. Chyba.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Już sam fakt, że tak po prostu ich puścił, trzeba było traktować jako prezent. Gest jego dobrej woli i jakiegoś tam poszanowania do interesów, które robił z Frankiem, którego reprezentował dzisiaj Matteo. Dlatego kiedy Pilar zobaczyła za plecami Madoxa, że Gonzales był coraz bliżej, chyba po pierwszy to ona jemu kazała się uspokoić i wziąć coś na chłodno. Zazwyczaj to przecież on ją pouczał. Proszę jak role potrafiły się szybko odmienić.
Wstrzymała oddech, kiedy Pablo wyprowadził swój atak. Od razu podeszła do Noriegi i chciała jakoś przytrzymał go za materiał koszulki, jednak on od razu wyrwał się do przodu… całe kurwa szczęście, żeby po prostu uścisnąć mu rękę. A potem jeszcze poklepać się po ramionach.
Chociaż nie dała tego po sobie poznać: odetchnęła. Doskonale zdawała sobie sprawę, jakie problemy mogły ich jeszcze czekać dzisiejszego dnia, gdyby tutaj nie został zakopany topór wojenny. Ale został. Chociaż wyglądało na to, że Pablo wcale nie zapomniał o ich zakładzie i pomimo tego, że zagrał kurewsko nieczysto, uznał, że to nic i wciąż się liczy. Kim ona była, żeby podważać jego zdanie? Tu w tych kręgach była dosłownie nikim. I zdawała sobie z tego sprawę.
Widziała, jak bardzo Madox spiął się na to całe gadanie o salsie i tango, dlatego podchodząc bliżej, położyła mu dłoń na ramieniu i spojrzała na Gonzalesa.
— Zatańczę z tobą, nie ma problemu — uśmiechnęła się delikatnie, kiwając głową. — Ale ostatni raz grałeś tak nieczysto — uniosła wolną dłoń w górę i wymierzyła w niego palcem. Pablo wyglądał, jakby z początku chciał za niego złapać albo w ogóle go ugryźć, jednak na wzrok Madoxa pozostał na miejscu.
— Ay ay, mój amigo, ależ sobie znalazłeś zadziorną kobietę — aż go otrzepało, jak to mówił. No chyba że to była jakaś reakcja po koksie, ale zaraz spojrzał na Pilar w wbił w nią spojrzenie. — Aż mi przypomina moją kochaną żonę. Ona też lubi tupnąć nóżką — dodał zadowolony, jakby go to faktycznie kręciło. Cóż, Stewart poznała Esme, widziała aż za dobrze, jak umiała tupnąć nóżką. A nawet rączką, bo jeden jej ruch palcem i by ich wczoraj odstrzelili.
Żadne z nich jednak tego nie skomentowało, biorąc pod uwagę, że Pablo już zbierał się do odjazdu drugim wozem. Nie było sensu zatrzymywać go na dłużej i dawać mu pole do popisu, żeby zaraz wpadł do jego pierdolniętej głowy kolejny durny zakład.
Stewart odprowadziła go wzrokiem do pojazdu, a potem obserwowała, jak odjeżdża w towarzystwie swoich ochroniarzy. A przynajmniej do czasu, nim Madox nie zagrodził jej widoku swoją białą, teraz ubabraną z krwi bluzeczką i wyrzutami, ciśniętymi prosto w twarz.
— Żartujesz sobie ze mnie teraz? — prychnęła z niedowierzaniem. — Sam kurwa chciałeś, żebym tu z tobą poszła. I dobrze, że poszłam, bo jakbyś sam zaprezentował swoje umiejętności strzelania, to chuja by Pablo chciał z tobą robić, a nie interesy — wbiła w niego groźne spojrzenie. Nie miała racji? Przecież typ handlował bronią, a Noriega nawet nie umiał porządnie nią wycelować w odpowiednie miejsca na tarczy. — Jakbym wiedziała, że tak źle strzelasz, to już dawno bym cię podszkoliła — podeszła krok bliżej i podniosła się na palcach, by spojrzeć z bliska w jego ciemne, obłędne oczy, które tak bardzo kochała. Niekiedy doszczętnie wkurwiało ją jego zachowanie, ale ta zazdrość… po części ją kręciła.
— Celoso — Zazdrośnik, warknęła w jego twarz, a potem równie agresywnie zacisnęła palce na jego koszuli i go pocałowała. Nie na długo, bo przecież nie mogli tutaj stać nie wiadomo ile, jednak wystarczająco, żeby w podbrzuszu pojawił się przyjemny ścisk, a wzdłuż pleców zawędrował elektryzujący prąd. Przynajmniej u Pilar. Szczególnie kiedy wraz z ich językami plątał się między nimi charakterystyczny posmak krwi. — Y loco — dodała jeszcze, kiedy już się od siebie odrywali. Nie dość, że zazdrosny to jeszcze wariat — tak, to chyba dobrze go podsumowało. Dziabnęła go jeszcze w wargę na odchodne, trochę profilaktycznie, żeby już się tak na nią nie wkurwiał i usiadła na miejscu pasażera w Melexie. Poczekała gdzie, aż Noriega zajmie miejsce za kółkiem i znowu się odezwała.
— Poza tym… — zaczęła, zastanawiając się, jak można by to ugryźć. — Może ta salsa to nie jest najgorszy pomysł? — przekręciła głowę, by na niego spojrzeć. — Ja z nim zatańczę, a wy w tym czasie wyprowadzicie Aurę — oznajmiła tonem, jakby ten plan wcale nie miał wad. Chociaż miał, wiadomo, na sali wciąż będzie masa ochroniarzy i ludzi Pablo, ale gdyby wyszli z Esme albo Lopezem, to przecież żaden goryl nie będzie podejrzliwy, a Gonzales będzie zbyt skupiony na tańcu, żeby cokolwiek zauważyć. W kwestii Aury, to było najlepsze co mieli. Jedyny tak naprawdę punkt zaczepienia.
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie odezwał się, spojrzał tylko krzywo na Pablo, kiedy ten na słowa Pilar znowu wyrwał się do przodu. Tak krzywo, że Pablo chyba się trochę bał, że jakby jej dotknął, to Madox znowu by się odpalił, bo mógłby. Schodził mu koks, wciąż był wkurwiony, warga pulsowała tępym bólem, na języku czuł metaliczny posmak krwi, niewiele mu brakowało. Jego kolejnych słów nie skomentował, chociaż Madox doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł zadziorną kobietę, ale nie zadziorną lalkę, jaką Pilar grała jako Rosa. Ona po prostu miała charakter... Bardzo podobny do tego jego swoją drogą. Chociaż to było niesamowite, że oni oboje będąc tak narwani, tak impulsywni, potrafili się czasem po prostu nawzajem uspokoić, wyciszyć. Jak teraz...
Gonzales wreszcie odjechał, a Madox co? No oczywiście musiał się trochę wyładować na Stewart, więc kiedy powiedziała to sam chciałeś żebym tu z tobą przyszła, to wbił ciemne spojrzenie w jej oczy.
- To trzeba było kurwa nie przychodzić - warknął, ale to co powiedziała później, że jakby nie przyszła, to Pablo nie chciałby robić z nim interesów, też było prawdą, bo co on pokazał? Wyjebał kij golfowy w pole i strzelił dwa punkty. Ale dwa punkty, które pozwoliły im wygrać...
No i z drugiej strony mieli te wszystkie zdjęcia, obejrzeli magazyn, to poszło im wyjątkowo łatwo. Bo Madox właśnie tak miał, że z jednej strony miał tego swojego dziwnego farta, a z drugiej pecha. Po prostu wszystko w jego życiu się wyrównywało, coś za coś. Równowaga. Jedno się koncertowo spierdala, a druga rzecz mu się gładko udaje.
Na jej kolejne słowa, że tak źle strzela, już otworzył usta, żeby jej coś odpyskować, ale kiedy do niego podeszła, to tylko wypuścił mocno powietrze z płuc w jej dekolt, spuszczając głowę, żeby znowu złapać jej piękne, czekoladowe oczy.
- W klubie nie strzelamy, nie potrzebne mi to... - mruknął tylko, ale ostatnio... coraz bardziej było mu to potrzebne. A to wszystko to jeszcze nie był koniec. Można powiedzieć, że jakiś pierwszy rozdział zatytułowany: Meksyk - długa historia o tym jak wsadziliśmy Pablo Gonzalesa. Rozdział Pierwszy... mieli za sobą.
Na to jej zazdrośnik strzelił oczami. Zawsze trochę był... ale jeśli chodzi o nią, to bardziej. Bo jeśli chodzi o nią, to wszystko było bardziej, intensywne, gwałtowne, agresywne. Ta zazdrość też.
I ten pocałunek też taki był, narwany, ognisty. Kiedy na języku smak jej gorących, pełnych ust mieszał się z charakterystycznym posmakiem krwi. Wplótł palce w jej czarne, piękne włosy
Sam też do niego wlazł, kluczyk był, przekręcił go, a melexem szarpnęło, akurat w momencie, w którym powiedziała, że może ta salsa to nie najgorszy pomysł, spojrzał na nią z ukosa i udało mu się ten wózek ruszyć, już bez szarpania. Wysłuchał jej do końca.
- A jak coś zauważy, że cokolwiek jest nie tak, to będzie miał ciebie pod ręką, w rękach kurwa... Zdajesz sobie z tego sprawę? - znowu na nią warknął, bo nie, jemu się ten plan w ogóle nie podobał, wcale - Pablo to idiota, ale... on ten biznes kręci jakieś dwadzieścia lat, i do tej pory nie dał się złapać, to, że dzisiaj poszło nam tutaj tak gładko to... ja nie wiem jak to nazwać, dużo rzeczy się na to złożyło - no bo taka była prawda, wstrzelili się w moment, Madox rzucił odpowiednie zaczepki, dobre sprzedali mu bajki. To wszystko się jakoś tak dobrze ułożyło. Ale tam na bankiecie już wcale nie musiało tak być. A Madox czuł już zjazd po koksie, czyli w głowie tworzyły się czarne scenariusze, czarne myśli.
Kiedy zaparkował wózek przed klubem, to jeszcze spojrzał na Pilar.
- Sprawdź czy tam nie ma koksu... - polecił jej wskazując schowek, a sam zajrzał do tyłu, ale nic nie znalazł. Przez myśl mu jeszcze przeszło, że może mógłby się rozejrzeć za Sofią, albo meksykańską Pilar i je o niego zagadać? A jak nie to będzie musiał chyba iść pobiegać, żeby wypocić resztę kokainy, albo coś.
loca chica
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jego słowa przecięły całą dzielącą ich odległość i zagnieździły się w głowie Pilar na dłużej niż powinny. Naprawdę wolał, żeby jej tu nie było? Przecież mieli działać razem, w duecie, pierdolonej parze — Madox i Pilar przeciwko całemu światu, a teraz obracają się przeciwko sobie? Nie miała zamiaru przyjąć tego do myśli, tak samo jak tego, że kiedykolwiek puściłaby go tutaj sama. Musiałby ją chyba przywiązać szarą taśmą do kaloryfera, żeby jakoś ją uziemić i odciągnąć od tego pomysłu. A może wtedy i tak by jakoś znalazła sposób, żeby się wydostać.
Zupełnie tak jak teraz, starała się znaleźć sposób, żeby wykorzystać ten cały przegrany zakład z Pablo na ich korzyść. Nie można tego było traktować po prostu jak przymus tańca. Tutaj powinno się spojrzeć na to jak na dwie minuty, podczas których on będzie skupiony na Pilar, a nie na swojej córce. To był odpowiedni moment, żeby ją wyprowadzić i chociaż Madox się z nią nie zgadzał, to Stewart była pewna swego.
— To zrób to na tyle dobrze, żeby się skapnął — proste? Proste. Madox zawsze był pierwszy do tego, że jakoś to przecież będzie, chwalił się, że szył na bieżąco, że zawsze znajdował jakieś wyjście z sytuacji, to teraz też znajdzie. P r o s t e. — Jeśli odpowiednio zajmiemy Pablo, może nawet… — zamyśliła się na moment, spoglądając na pole golfowe, po którym aktualnie przejeżdżali. Na tych wszystkich
A podczas gdy ona się tak produkowała… on szukał pierdolonego koksu. Przewróciła oczami, kiedy kazał jej sprawdzić skrytkę. Wiedziała kurwa, że tak będzie. Że zaraz będzie miał zjazd i musiał sobie dowalić do nosa, a potem znowu i znowu i znowu aż do wieczora.
— Sam sobie sprawdź — fuknęła wkurwiona. Bo ona mu się tutaj produkuje, próbuje szukać jakieś rozwiązania, a jedyne co jego obchodziło, to biały proszek. — A jak już się ogarniesz, to będę czekać w aucie — dodała ostro, po czym po prostu wyszła z melexa i skierowała się prosto do samochodu. Nawet raz się za nim nie odwróciła. Był dużym chłopcem, umiał o siebie zadbać, albo nie umiał, ale z pewnością Stewart nie była jego niańką.
Wygrzebała w torebce kluczyki do czarnego Bentleya i jednym przyciskiem odblokowała furkę. Władowała się na miejsce pasażera i westchnęła głośno, opierając głowę o zagłówek. Cyrk. Jeden wielki cyrk z tym Pablo i ilością broni, jaką tam trzymał. A to przecież było tylko jedno pomieszczenie. Nawet nie chciała myśleć, co on trzymał pod samym kortem i jak dużo tego było.
Wyjrzała przez przednią szybę, próbując zlokalizować Noriegę, jednak nigdzie go nie było, dlatego po chwili wyciągnęła telefon i zaczęła przeglądać zdjęcia, które zrobili. To samo z ciężarówką z owocami, którą zauważyła jeszcze przed wejściem do magazynu. Trochę pogrzebała w internecie na ten temat, trochę poklikała na komórce, wysłała kilka smsów, a kiedy Madox wrócił do auta, nawet na niego nie spojrzała, tylko zapięła pas.
— Wciągnąłeś sobie? — zapytała, wciskając kluczyki do stacyjki. — Bo nie wiem, czy możesz prowadzić, czy się zamieniamy— dopiero wtedy podniosła na niego spojrzenie. Mieli już wystarczająco problemów na głowie, nie potrzebowali się jeszcze po drodze rozjebać na jakimś przypadkowym drzewie albo innym samochodzie, biorąc pod uwagę, jak ludzie tutaj jeździli.
loco ćpun
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tylko, że to wcale nie było takie proste. Bo wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę jak Noriega reagował na to, kiedy Pablo jej dotykał. Chociaż Pilar udawała? Bo jak inaczej to nazwać? Że nie wie? Szła w to na takiego pewniaka, że znowu go denerwowała, a może to jednak ten zjazd?
Albo i to i to, tworzyło mieszankę wybuchową, powodując że on nie mógł się skupić, pomyślał o Pablo, który pewnie teraz sobie wciągał koks z cycków Sofii, albo meksykańskiej Pilar.
Słuchał jej, niby jej słuchał, ale jednak wiercił się na siedzeniu, żeby sprawdzić, czy nic tutaj nie zostawili.
- Nie wiem... Najpierw mi się nie pozwalasz z nim szarpać, a teraz chcesz, żebym się szarpał? No i jak go niby sprowokujesz? A jak go tak sprowokujesz, że jego ochroniarze mnie wywleką, a Pablo nie będzie się hamował? To jest kurwa chory pojeb, widziałaś tą strzelnice? Bierzesz takie rzeczy pod uwagę? - chyba mu się włączył tryb marudy, zrzędy. Same czarne myśli... No ale przecież mogło się też tak wydarzyć, nigdy nie wiadomo. Zwłaszcza jeśli chodzi o ich dwójkę sytuacja zawsze była dynamiczna, zmieniała się w kilka sekund. Często na ich korzyść, ale ile to jeszcze potrwa?
- Sam sobie sprawdź... - mruknął za nią, przedrzeźniając ją, machnął na nią ręką, kiedy powiedziała, że idzie do auta. A później oczywiście sprawdził schowek, był pusty. Jeszcze chwilę posiedział w wózku zastanawiając się co zrobić i wtedy zobaczył Pablo... Z Lopezem. Dyskutowali o czymś żywo, najpierw krzyczał Lopez, a później Pablo.
Kurwa.
Madox nawet chciał się do nich zbliżyć, ale zanim wysiadł, to Lopez już dostał w brzuch od ochroniarzy i wciągnęli go do czarnego, podstawionego samochodu.
Kurwa. Kurwa.
Żeby się tylko na nich nie sprzedał, bo wtedy wszyscy mają przejebane. Czy Pablo się dowiedział o Esme? O co się kłócili? Na jedne pytania nie zdążyli jeszcze odpowiedzieć, a teraz mnożyły się kolejne. Ale przede wszystkim to trzeba było wziąć pod uwagę to, że Lopez może zdradzić ich, żeby zapewnić sobie... życie? A może Pablo już wiedział?
Szybko ruszył do auta i wsiadł za kierownicę, od razu włożył kluczyk do stacyjki i odpalił silnik.
- Co? Nie, kurwa Pilar... - zaczął zerkając na nią z ukosa, ale zaraz obejrzał się przez ramię, żeby wyjechać z parkingu. Bo nie mogli tu stać. Ciekawe czy mogli w ogóle wrócić do tego domu.
Miał zjazd po tym koksie, potrzebował kolejnej kreski, bo jej nie dociągnął, ale... to teraz już nie było ważne, bo kiedy wyjechali na jakąś ulicę dalej od klubu, to Madox odwrócił się do niej na siedzeniu.
- Mają Lopeza - powiedział jej w końcu - trzeba było sprawdzić ze mną ten wózek... - pokręcił głową - był tam Pablo, koło klubu, przyszedł Lopez i zaczęli się kłócić, a potem Lopez dostał i wciągnęli go do samochodu - powiedział jej na jednym oddechu. Może trochę chaotycznie, ale przecież to właśnie widział. Ciemne tęczówki zwrócił na przednią szybę, bo jakieś małe auto zajechało mu drogę, walnął dwa razy w klakson, a finalnie wyminął go drugim pasem nie włączając nawet kierunkowskazu. Bentleya prowadziło mu się nawet lepiej niż Jeepa, był szybszy i bardziej zwrotny, więc Madox zmieniał pasy nawet nie zwracając uwagi na znaki, te na drodze też nie.
- Jak nas sprzeda to jesteśmy martwi... A jeśli wie o nim i o Esme, to oni są martwi, chociaż może to jakaś sprawa między nimi? - zerknął znowu na Stewart i zahamował trochę mocniej, bo zaraz zjechał na krawężnik, dwie ulice od domu, w którym się ukrywali - nie mamy jak się skontaktować z Esme... - stwierdził wyciągając telefon. Nie mieli nic, ani numeru do Lopeza, ani do Esme. Chociaż to, że nie kontaktowali się z Lopezem, to może nawet lepiej, bo nie zostawili żadnych śladów, które by ich z nim powiązały. Chociaż rano był u nich, a co jeśli go śledzili? Jeśli obserwowali dom?
Same czarne scenariusze mnożyły mu się w głowie.
Spojrzał w lusterko, ale ulica była pusta, wyglądało na to, że nikt za nimi nie jechał...
Telefon Noriegi zawibrował, Madox od razu spojrzał na wyświetlacz, sms od Pablo - Zapomniałem ci dać adres Matteo. [adres]. Bądźcie przed 16, princessa będzie dmuchała tort. Pamiętaj, że uwielbia koniki... i kolor czerwony. Pozdrów Rosę.
Przeczytał go dwa razy, a później oddał telefon Pilar.
- I co to kurwa znaczy, że uwielbia kolor czerwony? To jakaś groźba? - chyba trochę to nadinterpretował, włączyły mu się jakieś paranoje. A może nie? Może to rzeczywiście było coś na rzeczy?
Chociaż Madox też lubił czerwony. Jak się okazuje jego matka i siostra też... Kolor krwi.
Nabrał mocno powietrze w płuca i odchylił głowę do tyłu uderzając nią w zagłówek. Nie miał pojęcia co teraz mają zrobić, chociaż chyba najsensowniej byłoby po prostu... spierdalać, póki mogli. Ale wtedy zostawiliby Esme i Aurę na pastwę losu. No i Lopez. Chociaż ten to akurat mógł już być martwy, albo już ich sprzedawać Pablo. Nie no chyba by tego nie zrobił? Nie sprowadził zagrożenia na Esme i Aurę...
- Co robimy? - odwrócił się do Pilar, żeby znowu spojrzeć w jej piękne, czekoladowe oczy. Jeśli by mu teraz powiedziała, że uciekają, to chyba nawet by się z nią nie kłócił. Nie zastanawiał.
hermosa
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z drugiej strony może faktycznie nie przemyślała tematu, co by było, gdyby Pablo kazał swoim gorylą wywalić Madoxa i przenieść Pilar do jakiegoś pokoju? Przecież facet był nieobliczalny, nie można było po prostu polegać na zasadach ludzi robiących wspólne interesy. Jak dało się dzisiaj zauważyć Papi miał je głęboko w poważaniu, kiedy celował prosto w głowę Noriegi.
Trzeba to było jeszcze przemyśleć.
Tylko kiedy Madox w końcu pojawił się w samochodzie, okazało się, że nie było czasu na myślenie, bo podobno Lopez był na polu golfowym.
— A co on tu kurwa robił? — spytała praktycznie od razu, nawet nie dając mu dokończyć. Głupi był? Przecież doskonale wiedział, że mieli tutaj dzisiaj misje do załatwienia. Esme go wysłała? Po co? Pytania znowu mnożyły się w jej głowie, a wtedy jeszcze Noriega postanowił dojebać faktem, że pobili go i zgarnęli do auta. — Co kurwa? — popatrzyła na niego jak na debila i faktycznie pożałowała, że poszła przedwcześnie do auta. Może gdyby tam chyba, byłaby w stanie coś podsłuchać, a tak? Takto mieli tylko pieprzone domysły Noriegi, bo sam do końca nie wiedział co widział i o co oni właściwie się kłócili.
— Nie sprzeda nas — przerwała mu, kręcąc głową. — On naprawdę kocha twoją matkę. Chcą uciec — dodała już nieco ciszej, jednak wciąż pewnie. — Widziałam ich przed domem wczoraj… — kiedy siedziała na jeepie i zajadała się batonikami. Widziała jak ich do siebie ciągnęło, jak bardzo chcieli ze sobą być, jaki ogień dzielili. Lopez chciał uciec z Esme, co do tego nie było wątpliwości, a więc w związku z tym, w życiu by ich nie sprzedał, bo przecież Madox i Pilar byli ich jedyną kartą przetargową, żeby im w tym pomóc. To wszystko zaszło za daleko, żeby teraz tak po prostu pojechać do Pablo i mu o tym powiedzieć. Poza tym, wtedy chyba dostałby kulkę prosto w łeb, a nie został załadowany do auta.
Nawet miała mu to powiedzieć, ale wtedy przyszedł sms od Pablo. Pilar nachyliła się w stronę wyświetlacza i przeczytała na głos treść wiadomości. A zaraz potem spojrzała na Nogiegę, który znowu zaczął panikować. Ściągnęła brwi. Nie poznawała go. Chociaż to może ten koks tak na niego działał? Wtedy w Medellin na zjeździe też opowiadał jakieś brednie.
— Zatrzymaj się — rzuciła ostro, kompletnie ignorując jego poprzednie słowa. — Zatrzymaj się, już! — krzyknęła głośniej, wskazując na jakiś przydrożny parking. Madox szarpnął kierownicę i całe szczęście, że mieli zapięte pasy, bo kogoś z pewnością wyjebałoby przez okno. Auto zapiszczało, piach uniósł się w powietrze, a na końcu jeszcze szarpnęło ich do przodu.
— Wysiadaj — odpięła swój pas, a potem jeszcze lewą ręką odblokowała jego pas i nawet nie patrząc, czy się zbiera to wyjścia, wyszła z samochodu i obeszła go dookoła. Kiedy Madox w końcu wygramolił się z drzwi, Stewart szarpnęła go za koszulkę i przyparła do karoserii samochodu, unieruchamiając ciężarem własnego ciała.
— Patrz na mnie i słuchaj uważnie — zaczęła spokojnie, chociaż ton wciąż miała stanowczy. Ułonie osadziła na jego szorstkich policzkach. — Lopez wcale się nie wysprzęglił, a już na pewno nie na nasz temat. On i Esme potrzebują nas do ucieczki, więc nie ma powodu, żeby nas podpierdolili. Rozumiesz? — ani na moment nie spuszczała z niego spojrzenia. — Druga sprawa. Dziecko ma prawo lubić czerwony kolor. Wcale nie musi on oznaczać krwi i nie ma sensu sobie dopowiadać. Po prostu trzeba jej kupić jakiegoś kurwa czerwonego konika i będzie po sprawie, okej? — skinęła głową, jakby chciała, żeby on zrobił to samo i przyznał jej rację. — Nic się nie dzieje. Wszystko idzie zgodnie z planem, więc nie nakręcaj się. Trzeba do tego podejść chłodno. Calma, pamiętasz? — podniosła się na palcach i chociaż w pierwszej chwili chciała go po prostu pocałować, tak finalnie nachyliła sobie jego głowę i przystawiła do czoła to własne. Przymknęła oczy, oddychając głośno, by on mógł się odpowiednio uspokoić. Dopiero wtedy musnęła jego usta. Delikatnie. Spokojnie. Z wyczuciem.
— A teraz chce, żebyś zabrał mnie na lody — rzuciła przyciszonym tonem, otwierając oczy i odnajdując jego ciemne spojrzenie. — Mamy jeszcze trochę czasu do imprezy. Jesteśmy w Meksyku, jest kurewsko ciepło, a twoja kobieta ma ochotę na pieprzone lody.
Matteo
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- A skąd ty to możesz wiedzieć Pilar? - wypalił od razu, bo jak on wcześniej już trochę się przekonał do matki, po tym ich znalezisku w dziurze pod podłogą, tak teraz znowu zaczynał wątpić. Odzywały się paranoje. Paranoiczne.
- No i co? Powiedzieli ci, cześć Pilar, my naprawdę się kochamy? - aż strzelił oczami na te jej słowa. I może nawet zrzędził by dalej, bo Noriega na zjeździe naprawdę zamieniał się w jakiegoś Zrzędka, ale wtedy napisał mu Pablo.
I Madox znowu zaczął, snuć jakieś teorie o tym, jak Pablo już wie i chce ich zabić. A Pilar zaczęła na niego krzyczeć.
- No gdzie kurwa? - rzucił tylko, bo gdzie miał się zatrzymać? Na środku niczego? Kiedy ryknęła na niego znowu, to skręcił gwałtownie i stanął na jakiejś zatoczce, właśnie po środku niczego. Strąbił ich jakiś inny samochód, ale Madox wystawił się przez okno i pokazał gościowi dwa faki, a tamten chyba trochę się przestraszył tych wytatuowanych łap za złotym zegarkiem wystających z czarnego Bentleya i wyminął ich dużym łukiem.
- Pilar... - zaczął, kiedy kazała mu wysiadać, ale przecież ona nawet nie zaczekała na to co on powie i już leciała dookoła samochodu. Zaraz mu się pewnie oberwie, czuł to w kościach, nawet przez chwilę myślał o tym, żeby zablokować drzwi i trochę się z nią podrażnić, ale finalnie... wysiadł. Zanim w ogóle zdążył dobrze za sobą zamknąć drzwi, to ona już go szarpała na te tylne, już przypierała go do gorącej karoserii, czuł ją nawet przez koszulkę, ten pierdolony czarny samochód, rzeczywiście nagrzewał się jak nie wiadomo co. Nawet miał jej to powiedzieć, ale ona już układała ręce na jego policzkach i kazała mu słuchać i patrzeć. Utkwił ciemne tęczówki w jej pięknych, brązowych oczach. A ręce ułożył na jej biodrach oplatając ją w talii.
- Ale... - i znowu chciał jej mówić, że skąd ona może to wiedzieć, że jego matka mogła ich cały czas oszukiwać, nadal może. Może robią to wszystko, żeby ich zabić? Dużo jeszcze miał innych takich myśli, co jedne to gorsze. Ale ona wciąż mówiła, a on wciąż patrzył w te jej ogniste, piękne oczy.
- Czerwony konik, co to kurwa za pomysł? - chociaż to musiał zanegować. Czerwonego konika. Ale w zasadzie... to był dobry pomysł, skoro mała lubiła konie i kolor czerwony. Nabrał mocno powietrze w płuca, a później wypuścił je w jej szyję, w odkryty dekolt.
- Dobra... Calma... - mruknął w końcu, chociaż nie był do końca przekonany. Madox na zjeździe był po prostu nieznośny, w klubie często go wtedy wysyłali do domu, albo do biura, żeby nie chodził i nie wkurwiał wszystkich dookoła swoimi paranojami. A w Emptiness miał ich też wiele. Ostatnio na przykład wszyscy ludzie, którzy siedzieli przy barze według niego byli z policji i przyszli go zgarnąć. Nikt jednak tego nie zrobił. Ale Maddie musiała troje wyprosić, bo bardzo źle patrzyło im z oczu.
Pilar też trochę źle patrzyło... Ale bardziej tak jakby była na niego wkurwiona. Bo pewnie była. Pewnie się bardzo na niego o to wszystko zdenerwowała. Oczywiście, że już sobie dopowiadał i tworzył niestworzone historie, chociaż kiedy oparła swoje czoło o jego skroń, kiedy schowała te piękne, błyszczące oczęta pod powiekami, to on też na moment przymknął oczy. Wsłuchiwał się w jej oddech i starał się ten swój wyrównać z jej, dopiero teraz dotarło do niego, jak on szybko oddycha, jak wali mu serce. Zdecydowanie za szybko.
Chociaż kiedy go pocałowała, kiedy poczuł na swoich wargach jej ciepłe, pełne usta, to trochę się uspokoił. Oddech zwolnił, a serce szarpnęło, ale bardziej do niej, niż z tych złych myśli kłębiących się pod czaszką.
- Co? - zapytał od razu, kiedy powiedziała o tych lodach, otworzył oczy i od razu odszukał jej ciemne, przenikliwe spojrzenie - na lody? - powtórzył. I znowu chciał się odpalić, znowu chciał się nakręcać, że jak ona w takiej sytuacji może myśleć o lodach, kiedy może oni już są martwi, ale nabrał powietrze w płuca. Calma.
- Dobra, niech będą lody - rzucił w końcu i jeszcze spuścił głowę żeby musnąć szorstkim policzkiem jej gładką skórę na szyi, żeby musnąć wargami jej kark, chociaż na moment się w nią wtulając. Nikt go tak nie potrafił uspokoić, jak jego kobieta. Wyprostował się i oparł znowu plecami o gorącą blachę, uniósł spojrzenie na jej oczy.
- Niedaleko tego naszego domku było jakieś wejścia na plaże, deptak i coś tam, na pewno będą tam lody, co myślisz? Może chociaż zobaczymy kawałek plaży? - zaproponował. Bo to właśnie mieli robić, siedzieć na plaży a nie zastanawiać się, czy mafia chce ich odstrzelić...
Nie, nie powinien się nad tym zastanawiać, bo znowu się nakręcał.
- Może nawet jak będziemy mieć farta, to kupimy tam też czerwonego konika? - przechylił na bok głowę. Chociaż to akurat był dość specyficzny pomysł.
Wrócili do auta, deptak znajdował się dosłownie kilkaset metrów dalej i już po chwili Madox przy nim parkował, już o wiele spokojniej. Założył na nos te lustrzane okulary, które znalazł wcześniej u Esme i Lopeza, a potem poczekał na Pilar opierając się o auto, tylko tym razem kiedy dotknął go nagim ramieniem, tej rozgrzanej blachy, to aż odskoczył.
- Kurwa... Miałaś rację, czarny bardzo się nagrzewa - tym razem już się z nią podzielił tym spostrzeżeniem, a potem złapał ją za rękę i splótł jej palce ze swoimi.
tranquila, cariño
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dokładnie tak, jak calma kazała mu być przy samochodzie, kiedy prosiła go, by nieco się wyciszył. Kiedy przytulała go to sobie, łącząc ze sobą ich oddechy, dając znać, że była obok. Madox mógł jej nie chcieć u swego boku, mógł uważać, że była jego słabością, ale po części chyba też była jego bezpieczną przystanią. Uspokajał się przy niej. A przecież on z natury był kurewsko narwany. Zresztą ona przy nim tak samo. Potrafił wyzwalać w niej kompletnie skrajne emocje i to było… niesamowite. Niespotykane. A przynajmniej w jej własnym, personalnym doświadczeniu.
Zaśmiała się głośno na to jego co. Jakby na to nie spojrzeć, była to właściwa reakcja. W końcu byli w trakcie misji, a przed nimi czekała jeszcze trudniejsza niż ta na polu golfowym. Tylko właśnie. Do imprezy mieli jeszcze kilka godzin.
— A co, wolałbyś siedzieć w domu? — uniosła w górę brew, przyglądając mu się uważnie. — Siedzieć i kurwa rozmyślać, co trzeba zrobić? Bo ja to wolałabym się zabawić — przysunęła się jeszcze bliżej i szarpnęła jego skórę zębami. Z wyczuciem oczywiście. — Chociaż na chwile nie myśleć — dodała jeszcze, spoglądając w jego bajeczne, czekoladowe oczy, które tak bardzo lubiła. Mogłaby być na niego wkurwiona do granic możliwości, ale te oczy działały na nią jak nic innego na świecie. Rozczulały. Sprawiały, że autentycznie miała ochotę albo wpatrywać się w nie bez przerwy, albo bezczelnie się na niego rzucić. Któreś z tych. Bo obu na raz się niestety nie dało.
Szczery uśmiech wypełzł na jej twarz, kiedy okazało się, że pojadą na plaże. Pilar nie pamiętała ile lat minęło od czasu, kiedy chodziła boso po rozgrzanym piasku. Aż się rozmarzyła na moment i w ramach potwierdzenia słów Noriegi, po prostu znowu nachyliła się do jego ust i musnęła je zaczepnie. Lody i plaża, a wieczorem mafia i zagrożenie życia — zajebisty dzień. Taki wyważony. Nie za nudny.
Władowała się do samochodu i od razu zapięła pasy. Droga minęła im całkiem nieźle, Madox przestał się tak bardzo szarpać i nim się obejrzeli, już parkowali na jednym z wolnych miejsc. Pilar nie miała pojęcia, czy znajdą gdzieś czerwonego konia, ale wzdłuż uliczki rozpościerała się setka sklepików i straganów z różnymi pamiątkami i zabawkami, więc może akurat w tym im się poszczęści?
— Może pie… — nie dokończyła, bo akurat Madox odskoczył od karoserii, sparzony nagrzanym lakierem. Buchnęła głośno śmiechem. Chyba pierwszy raz odkąd wylądowali w Meksyku. — Widzisz, cariño, mówiłam, że tyłek by mi się spalił — splotła ich palce, po czym posłała Noriedze wymowne spojrzenie. Oczywiście pomijając fakt, że Pilar może i siedziała na masce Jeepa, ale wtedy nie było przy niej Madoxa między nogami, więc to absolutnie nie liczyło się statystyk.
— Pierwsze lody! — oznajmiła, kiedy szli wzdłuż niewielkiego deptaka. Zabawkę mogli przecież kupić jak już będą wracać, żeby nie było potrzeby bujania się z nią przez plażę, bo znając ich, pewnie by ją od razu zgubili albo jakoś zepsuli. — Tam! — wskazała zadowolona na niewielką budkę, w której za ladą siedział starszy, uśmiechnięty człowiek.
Uważnie rozejrzała się po tablicy, sprawdzając pozycję i smaki i… jak zwykle nie wiedziała co wybrać. Bo już nawet chuj ze smakami, bo wiadomo, że czekoladę, białą czekoladę i jeszcze najlepiej coś jeszcze z czekoladą, ale nie miała pojęcia w jakiej formie zjeść te lody.
— Turyści? — spytał po chwili mężczyzna, przyglądając im się uważnie, na co oboje w tym samym czasie skinęli głowami. — A pierwszy raz? — znowu skineli. — W takim razie musicie sprobować helado frito — oznajmił dumnie, wypinając pierś do przodu. — To Meksykański klasyk.
— A co to jest? — Stewart spytała praktycznie od razu.
— Smażone lody moi drodzy. Gałeczka lodów jest obtoczona w pysznej panierce i podsmażona, do tego bita śmietana i sos czekoladowy, wszystko podane w ręcznie przygotowywanym wafelku — im więcej mówił, tym bardziej Pilar zaczynały świecić się oczy. W pewnym momencie to nawet przysunęła Madoxa bliżej siebie i spojrzała na niego cała podekscytowana. Jak jakieś kurwa pięcioletnie dziecko.
— Bierzemy — rzuciła od razu, nawet nie czekając na odpowiedź Noriegi. — Razy dwa! — bo przecież nie będzie się z nim dzielić swoim lodem, wiadomo. Poza tym, wczoraj już jednego od niej dostał, więc nie miał co narzekać.
Mężczyzna uśmiechnął się serdecznie, a Stewart wyrwała do przodu, żeby zapłacić. Do tego wrzuciła mężczyźnie do słoika solidny napiwek, na co tym razem to on ucieszył się jak dziecko i zaraz od słowa do słowa się okazało, że jeśli chcialiby sobie spalić zielone do tych lodów, to jego syn sprzedawał ręcznie robione skręty zaraz przy wejściu na plażę, pod dużym drzewem. Pokazał im nawet odpowiednie miejsce, a potem jeszcze powiedział, że jeśli powołają się na Hernandeza, to dostaną kilka gramów za darmo. No chyba nie przejdą koło takiej okazji obojętnie?
hermoso
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wolałbym się z tobą zabawiać cały czas - mruknął, ale może trochę dziwnie to brzmiało, chociaż... Taka też była prawda, a jednak podniósł znowu spojrzenie na jej oczy - to znaczy... wiesz o co mi chodzi, że te wakacje miały wyglądać zupełnie inaczej - poprawił się, ale już nie chciał znowu się kręcić wokół tematu, że zjebał, że to wszystko jego wina, więc zaproponował tą plażę. Chociaż namiastka tego ich wymarzonego urlopu. A kiedy Pilar tak pozytywnie to przyjęła, to on też nawet się uśmiechnął, mogła to poczuć, kiedy znowu jej gorące, pełne wargi złączyły się z tymi jego, jak kąciki ust drgnęły mu ku górze.
W zasadzie to ich każde spotkanie to był... rollercoaster różnych emocji, oni pewnie nawet jakby się spotkali na tej kawce i kremówce w parku, to skończyliby w szpitalu, albo na posterunku. Oni nawet randkę w szpitalu skończyli z wariatką w windzie, albo wycieczkę do sierocińca z pierogami... między nogami. U nich nigdy nie było nudno, bo oni przyciągali te dziwne akcje jak magnes, ale też wspólnie pokonywali te różne trudności, które los stawiał im na drodze. Razem.
Teraz też tak razem sobie mieli iść na lody, chociaż najpierw Noriega odskoczył od nagrzanego samochodu, ale zaraz już trzymał jej rękę, splatał jej palce ze swoimi.
- Nie wysiedziałabyś na nim, dobrze, że jednak wzięliśmy czerwony - uśmiechnął się do niej zaczepnie, przechylając na bok głowę, no bo w sumie to jeszcze miał zamiar przetestować to, czy ten czerwony lakier też się tak nagrzewa. Może później, jak już będzie po wszystkim. Bo teraz mieli testować lody. Nawet z nią nie dyskutował, zresztą podzielał ten pomysł, może mu się po takim lodzie zrobi trochę lepiej? Podejrzewał, że po innym też by mu się zrobiło, ale jak się nie ma co się lubi...
Chociaż kiedy facet zaczął im tłumaczyć co to jest helado frito, to Madox aż oparł się o ladę, bo brzmiało zajebiście.
- A można mango? - tak mu się chciało mango odkąd tu tylko przyjechali, bo mango w takich krajach smakowało zupełnie inaczej niż w Toronto, nawet zamierzał wyskoczyć na targ i kilka takich kupić, ale nie miał kiedy - dwa? - rzucił i odchylił głowę do tyłu, ale zaraz znowu spojrzał na Stewart - dobra, na razie dwa, dla niej czekolada - chciał zapłacić i nawet sięgał po telefon, który swoją drogą zostawił w samochodzie, bo go nie miał, ale Pilar go ubiegła. Miał za to portfel, więc mógł, ale chyba dzisiaj znowu jego dziewczyna stawiała mu loda.
Czekali sobie, aż dziadeczek usmaży im lody, a kiedy zaczął opowiadać o tych skrętach i zielsku, to Madox aż się przysunął, bo lody były super, ale taki blant byłby idealny na jego zjazd. Lekarstwo.
Dostali swoje lody i Madox oczywiście od razu musiał go dziabnąć, zanim jeszcze dobrze odsunęli się od stoiska.
- Zaje-bi-sty - aż zamruczał pod nosem, bo naprawdę dawno nie jadł czegoś tak dobrego, nie dość, że ta panierka była chrupiąca, to w środku były kremowe lody o smaku najlepszego mango, jakie w życiu jadł... no może lepsze jadł tylko w Kolumbii, ale kiedy to było. A kiedy Pilar też podnosiła swój do ust, to jej go ugryzł z drugiej strony, ale zaraz stwierdził - mój jest lepszy - dał go jej oczywiście spróbować, dla porównania, ten jego był taki... słodki, ale też orzeźwiający, było w nim czuć... słońce, świeże, dojrzałe w meksykańskich promieniach mango. Mężczyzna od lodów popatrzył za nimi.
- Trzeba było wziąć po dwa - zaśmiał się.
- Pewnie jeszcze wrócimy - stwierdził Madox, ale zaraz ściągnął Pilar na bok, zaraz zaglądał w jej bajeczne, czekoladowe oczy, no i przy okazji starł z jej policzka palcem trochę czekolady - chodźmy po te skręty, proszę... - teraz on się jej prosił jak dziecko - to będzie lekarstwo na mój... - już miał powiedzieć, że zjazd, ale dziadek wciąż na nich zerkał - brzuszek - więc tak jej powiedział. Chociaż z drugiej strony skoro syn Hernandeza sprzedawał zielsko, to pewnie nie ruszyłby go zjazd po koksie. Ale nie musiał się wszędzie obnosić z tym, że jest ćpunem, a kiedyś jego był nauczyła go, że bolący brzuszek to jest dobra wymówka na różne rzeczy, więc czasem z tego korzystał.
Oczywiście, że Madox się upaćkał, też jak dziecko, bo na brodzie miał bitą śmietanę, a trochę loda skapnęło mu na tę białą koszulkę, która i tak była ubabrana we krwi, więc kiedy to zobaczył, to zaraz dał Pilar swoją resztkę loda, żeby mu potrzymała, a nie zjadła przypadkiem...
- Weź cariño - poprosił, a zaraz to już ściągał z siebie tą polówkę przez głowę i zawiesił ją sobie na ramieniu, ale szli na plażę, nie był jedyny.
cariño
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mieli za dużo czasu, może z godzinę lub dwie, nim trzeba będzie wracać i szykować się na imprezę, ale przecież oni wiedzieli jak odpowiednio rozdysponować swój czas. Nawet gdyby dostali marne piętnaście minut, z pewnością nie zmarnowaliby ani chwili. Teraz też nie mieli zamiaru.
Zaczęli od lodów. Tych zimnych i chrupiących jak się zaraz okazało, bo zamiast zwykłych gałek dostali takie w chrupiącej panierce z bitą śmietaną i polewą. Pilar to az się uszy trzęsły, kiedy odbierała swoją porcję. Nawet nie czekała na Madoxa, aż dostanie swoje mango, tylko po prostu wsadziła usta do wafelka i odgryzła kawałek.
— O ja pierdole — mruknęła rozkosznie, dosłownie rozpływając się nad tym, jak to dobrze smakowało. Były idealne. Słodkie, orzeźwiające i zimne i gorące w tym samym czasie, bo panierka nawet nie zdążyła ostygnąć.
Nachyliła się do Madoxa, żeby spróbować i jego. Mango również było świetne.
— Jak wrócimy po drugą porcję, to wezmę te — wskazała na deser w jego dłoniach. Czekolada była zajebista, ale jednak mango tutaj smakowało zupełnie inaczej niż w Kanadzie, mniej sztucznie, było czuć w nim słońce i wyjątkowo intensywny smak. — Chociaż już żałuje, że teraz nie wzięliśmy więcej — aż się odwróciła, rozważając, czy może by się nie wrócili po jeszcze jedną porcję, ale wokół budki akurat zbiegła się jakaś większa wycieczka, a przecież oni nie mieli czasu stać w kolejkach po dwadzieścia minut. Szczególnie, że musieli znaleźć lekarstwo na… brzuszek, który bolał Noriegę.
— Tak cię boli ten brzuszek? — zajrzała na niego, przy okazji paćkając się lodem, bo jadła go dosłownie całą sobą. Chuj, że dziadek dał im do tego jakieś łyżeczki plastikowe — oni jak dzieci pałasowali ustami i co chwile tylko łapali kawałki w dłonie i wpychali pomiędzy wargi. — To chyba tamten typ — wskazała na opalonego ziomka, siedzącego przy wielkim drzewie w cieniu.
Miał na sobie białą, luźną koszulę, oczywiście rozpiętą na całej długości i krótkie, materiałowe spodenki. Przed nim na niewielkiej skrzynce po piwie znajdowały się… kawałki papai i mango, zapakowane w pudełeczka. W Meksyku niby zielsko było zalegalizowane, ale jedynie do własnego użytku. Nie można było nim handlować, a już na pewno nie zaraz przy plaży na czarno. To by wyjaśniało owoce.
Już chciała się tam skierować, kiedy Noriega kazał jej trzymać swojego loda. Wzięła go i oczywiście, że troche podjadła. Chciała to zrobić niezauważenie, ale przecież nie miała wolnej ręki, więc wsadziła twarz do środka i ślad po tej zbrodni został dosłownie na samym środku jej nosa. Aż walnęła zeza, kiedy Madox to zauważył.
— Nie mogłam się powstrzymać — wzruszyła ramionami i szybko dojadła swojego, oczywiście pochłaniając też cały wafelek, bo co to dla Pilar? Dziesięć by takich zjadła. — Teraz ty trzymaj — on zaś miał jej potrzymać torebkę, bo też miała zamiar się rozebrać. Miała na sobie sportowy stanik, w końcu szli grać w golfa, tak? Nie było nic dziwnego więc w tym, że mogła sobie w nim paradować na plaży. Ściągnęła z siebie koszulkę odsłaniając brzuch i ramiona, a następnie owinęła ją sobie dookoła torebki, którą odebrała do Madoxa.
— Witajcie przyjaciele! Macie ochotę na świeże owoce? — spytał ziomek pod drzewem, kiedy znaleźli się już niecałe dwa metry od niego, wskazując na pudełka.
— Chętnie — Stewart pokiwała głową i przyjrzała się temu, co on tam dokładnie miał. — Weźmiemy ten z mango — wskazała na jedno z pudełek, a potem podniosła spojrzenie na faceta, nachylając się delikatnie w jego stronę, żeby zachować dyskretność. — Jesteśmy od Henrandeza, mówił, że możemy u ciebie kupić coś na… wychillowanie — dodała szybko, uśmiechając się oczywiście przy tym firmowo. Facet pokiwał głową, spojrzał jeszcze na Madoxa, a potem również się uśmiechnął.
— Naturalnie, przyjaciele — rozłożył ręce jak jakiś Jezus Chrystus, co nawraca ludzi. Chyba sam był nieźle zjarany. W sumie to dobrze, znaczy, że dobry produkt. — Wasz kochany Miguel służy pomocą. Ile sztuk was interesuje?
— Jed… — zaczęła, ale wtedy spojrzała na Noriegę. — Weźmiemy trzy — zmieniła zdanie. W końcu nie wiadomo, co ich czekało, tak? Może się okaże, że potem nie będzie okazji, a… mogło się jeszcze przydać. Bóg jeden wiedział, co ich jeszcze czekało na tym wyjeździe. Lepiej się odpowiednio zabezpieczyć.
caliente