No one said he had to like her.
Eliot zdążył w tym czasie wypić kawę i zjeść batonika z naklejką Minionków w środku. Lance za to przeszedł się po jego gabinecie. Najpierw wcisnął ręce w kieszenie kurtki, potem wyrzucał je w górę tłumacząc, że on nie jest żadną niańką, a na koniec... walnął nimi w blat biurka.
Eliot przeżuł tylko ostatni kęs czekoladki, a naklejkę schował do szuflady biurka, bo zbierał je dla swoich córek.
- To odsuniemy cię od sprawy Gardner - prosta odpowiedź. Nawet powieka mu nie drgnęła kiedy to mówił, podniósł za to do ust kubek z tą syfną kawą, pociągnął łyk i się skrzywił.
- Nie możesz Eliot... - syknął Lance przez zęby. Ale mógł. Wiedział to doskonale, że mógł go odsunąć od śledztwa. Usiadł w fotelu przed biurkiem komendanta, nonszalancko zarzucając nogę na nogę - no to... gdzie ona jest? Ile ma w ogóle lat? I co ja mam z nią kurwa chodzić na plac zabaw, czy prowadzać ją do szkoły? - westchnął ciężko, a kiedy Eliot przesunął po swoim biurku jakieś dokumenty, to Lance zaraz złapał je w palce. Zerknął w akta sprawy, na zdjęcie jego podopiecznej, zakładał, że będzie miała z dwanaście lat, skoro jej ojciec spełniał wszystkie jej zachcianki i traktował bachora jak księżniczkę, a mogła mieć... po zdjęciu... z czternaście?
- Dwadzieścia dwa lata, Camille Herrera, ojciec kontaktował się z nią ostatnio osiem dni temu, od tej pory cisza, ale biorąc pod uwagę fakt, że będzie pod naszą... Twoją, protekcją Lock, to czekamy na kontakt wyrecytował mu Eliot, a Lance przeleciał wzrokiem po raportach - myślę, że raczej będziesz ją odprowadzał na uczelnię, studiuje... coś tam ze sztuką. No i nie wiem co robią teraz takie dziewczyny, imprezy? Chłopaki? - Eliot parsknął, a Lance wywrócił niebieskimi ślepiami.
Zapowiadało się gorzej niż przypuszczał.
- Jak będzie na uczelni, to wtedy... - zaczął, ale Eliot nawet nie pozwolił mu dokończyć.
- Cały czas masz na nią oko, wiesz czyja to córka - rzucił komendant. A Lance przejechał palcami po karku.
- A jak pójdzie do kibla? - chciał zażartować na rozładowanie atmosfery?
- Też... - ze strony Eliota to raczej nie był żart.
Lance może i chciał się jeszcze kłócić, może coś kombinować, żeby jednak się z tego wykręcić, ale prawda jest taka, że szkoda było mu sprawy Herrery, którą przecież prowadził... latami. Zbierał dowody i w momencie, w którym mieli go już na wyciągnięcie ręki, facet nagle znika. Zapada się pod ziemię i nikt nie wie, gdzie on jest.
Podobno jego córeczka też nie wiedziała, chociaż kiedy stanęła przed Gardnerem, to nie był on tego taki pewny.
Niebieskie tęczówki prześlizgnęły się po jej sylwetce, zatrzymały na jej twarzy. Na oczach równie niebieskich, co te jego.
Jej ojciec musiał ewidentnie ruchać jakąś Europejkę.
- Camille, dzień dobry, jakieś wieści? - Eliot przywitał ją, jakby była... Jego koleżanką? Jakby była kimś ważnym, a nie córeczką pierdolonego gangstera.
Oczywiście pytał ją o ojca. Cała torontońska policja liczyła, że Herrera wylezie spod kamienia kiedy się dowie, że polują na jego córkę. A ochronę dała jej właśnie policja.
Gardner wiedział, że nie wylezie. Bo Herrera nie był głupi.
Ale kochał swoją córeczkę, była jego oczkiem w głowie, jego
- Lancelot Gardner, został przydzielony do ochrony - wyjaśnił Eliot. A Lance chciał, czy nie...
Musiał, wystąpić na przód. Nawet wyjął ręce z kieszeni i jakoś tak odruchowo pokazał blachę. Żeby sobie kurwa nie myślała, że on tutaj będzie robił za jej przedszkolankę, żeby wiedziała, że ma przed sobą glinę.
- Czekamy aż twój ojciec się skontaktuje, to bardzo ważne i może nam pomóc... znaleźć go - znaleźć go? Lance przeniósł spojrzenie na komendanta.
Zaraz... co było napisane w aktach. Camille nie wie czym zajmuje się jej ojciec.
Czyli ona... nic nie wiedziała? Była córką gangstera, a myślała, że co? Że jej ojciec jest jakimś biznesmenem? Jakimś meksykańskim księciem, w swoim zamku obstawionym facetami z pistoletami?
Lance aż wywrócił oczami, bo to wcale nie ułatwiało sprawy. A skoro ona nie wiedziała czym zajmuje się jej tatuś, to nie wiedziała też na pewno, na czyim celowniku się teraz znalazła. A byli to naprawdę niebezpiecznie ludzie. I Gardner doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Wyciągnął do niej rękę, skoro to miało wyjść, to musiał...
Musiał chociażby udawać, że go to nie wkurwia.
Że jest tutaj z własnej nieprzymuszonej woli.
- Lance - przedstawił się jej. Bo prawda jest taka, że nikt do niego nie zwracał się pełnym imieniem Lancelot. Zazwyczaj Lance, a na komisariacie Lock, ale... nie byli jeszcze na takim stopniu zażyłości, żeby prezentował jej swoją ksywkę.
little trouble girl