Najgorsza była myśl, która pojawiła się w jego głowie tego poranka.
Czy gdyby nie porzucił Paris kilka lat temu to… czy w ogóle uległby wypadkowi, który wyłączył go z wyścigów? Czy gdyby wtedy od niej nie odszedł, gdyby nie zostawił jej ze złamanym sercem, czy jego życie potoczyłoby się inaczej? Gdyby Paris była przy nim, czy nadal czułby tę ślepą potrzebę udowadniania całemu światu swojej wartości? Po tym jak widzieli się ostatni raz, ściganie stało jego jedynym azylem i jednocześnie obsesją; musiał wygrywać. Musiał być najlepszy, szybszy od każdego skurwiela na trasie, bez względu na ryzyko, bez względu na koszty… Jakby wygrana mogła zagłuszyć pustkę w jego sercu, którą sam stworzył. I to właśnie ta chora fiksacja zepchnęła go prosto w ramiona wypadku. Gdyby te kilka lat temu daliby sobie szansę, może jej ogień uspokoiłby jego mrok, zamiast pchać go prosto w stronę krawędzi… A teraz znów to czuł, znów prowadził. Tylko że dzisiaj, siedząc obok niej w kabinie ryczącego lambo, czuł coś zupełnie
innego.
Ten wyścig, ta ucieczka, ta noc pełna ryzyka, adrenaliny i wolności - to wszystko miało dziś zupełnie inny smak. Po raz pierwszy nie uciekał przed własnymi demonami ani nikomu niczego nie próbował udowadniać; teraz walczył o nią. O Paris. O każdą wspólną sekundę. Ich relacja poniekąd zatoczyła koło; błądzili po omacku tylko po to, żeby natknąć się na siebie i wzniecić pożar nie do ugaszenia. Byli dla siebie jednocześnie ucieczką i domem. Nie musiał niczego udawać ani tłumić. A gdy zsuwała palce na jego skórzaną kurtkę… Czuł… Nie…
Wiedział, że oddałby dla niej absolutnie wszystko. Nawet gdy pytała, czy słyszał, co robi się z problemami. -
Rozbiera? - rzucił z rozbawieniem w odpowiedzi i na tym zakończyła się ich rozmowa, bo sekundę później pędzili na złamanie karku i rozpoczęli GRAND THEFT AUTO 5 (bo 6 jeszcze nie wyszło).
Zaledwie kwadrans później udało im się uciec policji. Pijani adrenaliną i satysfakcją, czuli się tak, jakby po raz kolejny rozbili bank, dopóki... w jednej chwili całe Toronto po prostu nie zgasło. Wyłączyło się, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Nastała tak nienaturalna, niepokojąca wręcz cisza, że aż zaczęło dzwonić Rosenhallowi w uszach.
To musi być jakaś globalna awaria… Leo w dalszym ciągu gładził talię Kingsley, jakby ten gest bardziej uspokajał jego niż ją. -
Dziwne - skomentował cicho, po czym zmarszczył brwi i przyciągnął ją mocniej do siebie, żeby osłonić ją przed chłodnym wiatrem i… wtedy rozległ się trzask łamanej gałązki. Nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko; Kingsley odsunęła się od niego, jej dłoń zasłoniła mu usta, a potem bez słowa zaczęła wyrzucać torebkę, swój telefon, z jego kieszeni również wyszarpała portfel i komórkę… i rzuciła to wszystko głęboko w krzaki. Dobrze, że zatkała mu usta, bo już chciał pytać, co ona odkurwiała za teatrzyk z wyrzucaniem ich rzeczy na ziemię? Naprawdę nie rozumiał, dlaczego to robiła i dlaczego pozbywała się wszystkiego w takim pośpiechu… dopóki zza drzew nie wyłoniły się dwa cienie, a do jego gardła nie przylgnęła chłodna stal. Ktoś właśnie przyłożył do jego szyi nóż i chwycił za ramiona do tyłu.
Nie ruszaj się.
Nie myślał o sobie. Mózg mu się zaciął i był w stanie myśleć tylko i wyłącznie o Rissy stojącej naprzeciwko niego. Chciał, żeby była bezpieczna. Nie odrywał od niej wzroku; zesztywniał, gdy drugi z mężczyzn zaszedł ją od tyłu i bezczelnie ułożył dłoń na jej ramieniu. Leo szarpnął się bezmyślnie, ale ostrze natychmiast wcięło się w jego skórę. Na jego czarną koszulkę skapnęła czerwona kropla krwi, która od razu wsiąkła w materiał. -
Zabieraj od niej te łapska - warknął Leo, tym razem jednak nieruchomiejąc, mimo że w jego oczach szalał ogień. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, koleś stojący za Paris padłby trupem.
Mężczyźni tylko się zaśmiali. Jeden z nich przylgnął do Rissy, obłapiając ją ramionami, a Leo zacisnął szczękę tak mocno, że aż zgrzytnęły mu zęby. Czuł tak ogromną bezradność i bezsilność jak nigdy w życiu; stał tuż obok niej, a nie mógł pomóc jej w żaden sposób. Czy było gorsze uczucie dla mężczyzny? Przez całe życie sam decydował o wszystkim; polegał na swoich reakcjach, sile, kontroli, wiedzy. Podejmował decyzje i dokonywał wyborów. Teraz… stał nieruchomo z nożem przyciśniętym do gardła i patrzył, jak obcy skurwiel naruszał przestrzeń
jego kobiety, a on nie mógł zrobić absolutnie nic. Nie miał żadnego wyboru. Nie mógł podjąć żadnej decyzji. Zaczęła wzbierać w nim złość. -
Zrobię ci ładniejszą uśmiechniętą buźkę na szyi, jak się nie zamkniesz - mruknął nożownik prosto do ucha Leo, dociskając ostrze mocniej. -
Auto i kaska brzmią spoko, ale może najpierw zobaczymy, co tam jeszcze chowasz pod tą spódniczką, hm? - powiedział do Paris ten drugi, który dalej trzymał ją w objęciach i akurat umieścił dłoń na jej biodrze.
Ten widok sprawił, że Leo wkurwił się tak bardzo, że aż adrenalina uderzyła do głowy i zaczął słyszeć w uszach własne tętno.
Ten. Cwel. Dotykał. Paris. Miał ochotę rozszarpać tego frajera na strzępy. -
Zostawcie ją, kurwa - warknął Leo i sprowokowany szarpnął się znowu, obojętny na to, co stanie się z jego szyją. Tak naprawdę pieczenie na jego skórze tylko podsyciło jego obłęd. Jednak nagle dostrzegł przerażenie w oczach Paris i… dotarło do niego, że jeśli ktoś zaraz poderżnie mu gardło, ona zostanie z nimi sama.
Opanuj się, Rosenhall. Dla Rissy. -
Dobra, dobra! - wyrzucił z siebie po krótkiej chwili, unosząc dłonie w obronnym geście. Odetchnął głęboko i policzył do trzech, bo do dziesięciu to by nie dał rady. -
W kieszeni mam kluczyki do lambo z zeszłego roku, zaparkowaliśmy je pod mostem. Wiecie, ile jest warte? - zadał pytanie retoryczne, bo odpowiedź brzmiała, że dużo w chuj. W tym czasie nacisk noża na jego gardle nieznacznie zelżał; facet zamarł, najwyraźniej przeliczając sobie w głowie sumę. Leo nie odrywał wzroku od Paris i modlił się w duchu, żeby nic jej nie zrobili. -
Skąd mamy wiedzieć, że nie bujasz? - spytał ten drugi, zerkając niepewnie na swojego kumpla, którego miny Leo nie widział, bo stał tuż za nim. -
Puśćcie ją, to was tam zaprowadzę - zaproponował, po razy pierwszy przenosząc wzrok z Rissy na mężczyznę za nią, bo wiedział, że jego kolejne słowa się jej nie spodobają. -
Ona tu zostanie, a ja pójdę z wami - dodał, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.
let her go