Will nie musiała mieć lustra, żeby wiedzieć, że jej policzki płoną żywym ogniem, chwilę po tym, kiedy przyznała się do swojego głupiego, głupiego błędu i przeprosiła Fiji za ostatni tydzień. Tydzień, którego tak bardzo żałowała, ale nie mogła odwrócić. I jej, i
Lucie’s przydałaby się możliwość krótkiego cofnięcia się w czasie. Zamiast schowania się na zapleczu wyszłaby pogadać, a w czwartek wieczorem zostałaby w
Lucie’s, żeby przypilnować kawiarni i nie dopuścić do ogniska. Ale niestety…
Nie mogła cofnąć czasu, swoich wyborów ani nadziei, która rosła gdzieś w środku, nieświadoma, że powoli zostawały koleżankami. I dalej nie wiedziała, jak Fiji zareagowała na jej przeprosiny. Odkładała laptopa, odwrócona do niej tyłem, i chyba nie chciała wiedzieć. To znaczy, oczywiście, że chciała, i gdyby tylko się potrafiła w sobie zebrać, odwróciłaby się, żeby zobaczyć, czy Fiji właśnie szła w stronę wyjścia, szczęśliwa, że uniknęła tej znajomości. To było jedyne wyjście z sytuacji, które widziała.
Jeszcze tylko minuta i usłyszę dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, jeszcze chwila.
–
Nie musisz ni… – chciała powiedzieć, że nie oczekiwała przyjęcia przeprosin ani odpowiedzi, ale przerwała, kiedy usłyszała jej głos. I nie był zniesmaczony ani zawiedziony, tak jak tego oczekiwała. Był uspokajający i sprawił, że coś w niej drgnęło i z odrobinę drżącym oddechem odwróciła się w jej stronę. Dociskała skrzyżowane ramiona ciasno do klatki piersiowej, jakby chciała odzyskać jakąś część kontroli nad sobą, którą przed chwilą straciła. –
Gra w szczerość? – powtórzyła, dając sobie chwilę, żeby oderwać wzrok od czubków swoich butów, wciąż zbyt niepewna, by zwyczajnie spojrzeć w górę. Nie była pewna, czy powinna dopytywać o grę, czy może lepiej pozwolić jej opowiedzieć tyle, ile chciała. Miała problem z odróżnieniem ciekawości od wścibstwa, zwłaszcza kiedy ktoś zaczynał dzielić się z nią czymś osobistym. Sama przecież nie znosiła najlepiej, kiedy ludzie próbowali zaglądać tam, gdzie nie zostali zaproszeni. A z drugiej strony, może właśnie na tym polegało poznawanie kogoś… poznanie jej.
Ale w końcu jej spojrzenie przesunęło się poniszczonej podłodze, przypalonych deskach i osmalonych płytkach, aż natrafiło na jej buty, co ostatecznie sprawiło, że nie miała wyjścia. Uniosła podbródek i zorientowała się, że w połączeniu z uspokajającym tonem głosu, Fiji patrzyła na nią dużo bardziej zrelaksowana niż chwilę wcześniej, kiedy zapytała ją wprost o poprzedni tydzień. –
To brzmi znajomo. – Kącik jej ust drgnął w zrozumieniu, kiedy usłyszała: „
Po prostu nie mówię całej prawdy”.
Obserwowała, jak dziewczyna podeszła bliżej, ale nie zatrzymała się obok. Zrobiła jeszcze krok i sięgnęła po laptopa, który Will odłożyła na torbę. Przez moment śledziła ją wzrokiem, trochę zaskoczona tą swobodą, a trochę niepewna, co właściwie powinna z nią zrobić. Jeszcze przed chwilą była przekonana, że ich krótka znajomość dobiegła końca, nie dopuszczała do siebie innej myśli… Może dlatego jej obecność tutaj, w
Lucie’s, działała na nią tak rozbrajająco, i dlatego wcześniej się wystraszyła. Fiji zaprzeczała wszystkiemu, czego nauczyła się o ludziach, jej klientach i potencjalnych znajomościach, które potrafiła wygaszać szybko i z łatwością. Ale nie z nią.
Dopiero wyciągnięta w jej stronę dłoń na moment przerwała natłok myśli. Will spojrzała na rękę, a potem na twarz kobiety, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że to nie była już tylko anegdota o grze w szczerość.
Noxolo Zivai. Nie wiedziała, dlaczego poczuła, że powinna potraktować tę informację szczególnie ostrożnie. Może dlatego, że sama właśnie zrobiła coś podobnego, pozwoliła jej zobaczyć kawałek siebie, którego zwykle pilnowała znacznie bardziej. Wyprostowała rękę i ujęła jej wyciągniętą dłoń, lekko ją ściskając. –
Will Turner – przedstawiła się, a na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. –
Miło cię poznać, Noxolo.
Zanim jednak zdążyła się rozluźnić, informacja o jej bracie wytrąciła ją całkowicie z zakłopotania i stresu, ustępując miejsca nagłemu zrozumieniu. To był ten brakujący element. Element, który pojawił się i nagle uświadomił jej, że były do siebie bardziej podobne, niż się tego spodziewała.
Jednocześnie, jej brwi ściągnęły się w zmartwieniu, a wolną dłonią zakryła usta. Palce zacisnęły się delikatnie na dłoni Fiji, zupełnie odruchowo, zanim zorientowała się, że wciąż ją trzyma. Nie spodziewała się tego, że za tym wszystkim, co opowiadała o przyjeździe do Toronto, kryła się taka strata. –
Och, Fiji… – wyrwało jej się cicho. –
Tak mi przykro. Naprawdę bardzo mi przykro z powodu twojego brata. Nie wiedziałam, że… – urwała, bo nie potrafiła znaleźć odpowiedniego zakończenia. Nie chciała mówić czegoś tylko po to, żeby wypełnić ciszę. Przesunęła kciukiem po dłoni, zanim powoli ją puściła. –
Musiało ci być strasznie ciężko. Być tutaj bez niego. – Chciała przyciągnąć ją do siebie, zapomnieć o zasadach i granicach, które sama sobie wyznaczyła, dać jej znać, że jeśli tylko będzie potrzebowała, była chętna, żeby porozmawiać albo wysłuchać… Ale znów pozwoliła jej odejść, z kilkoma słowami, które zatrzymały ją w pół kroku, gdy Fi siadała do stolika, z laptopem, praktycznie odwzorowując moment sprzed chwili, gotowa pomóc jej z jej kawiarnią, choć wcale nie musiała.
Bardziej wolę ją. Lubiła Lucie’s, ale bardziej... Will w końcu poczuła, jak ciężar siedzący na jej ramionach znika, powoli, ale znika.
Obeszła stolik i usiadła na długiej ławce –
To… dobrze – powiedziała w końcu, zerkając na laptopa, którego Fiji zdążyła już otworzyć. –
To, że lubisz mnie bardziej niż kawiarnię. – Wystukała krótkie hasło na klawiaturze. Nie chciała zasłaniać się żartami, ale chyba potrzebowała czegoś, co pozwoliłoby jej przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Nie całkiem, oczywiście. Niektóre rzeczy potrzebowały więcej czasu, a Will nie zamierzała udawać, że nagle przestała się bać. Mogła jednak spróbować nie uciekać.
Na ułamek sekundy przykryła jej dłoń swoją i sięgnęła po termos pozwalając sobie znów na chwilę uciec w znajomy słowotok. –
Nie mam mleka, ale wiem, że pijesz czarną, więc chyba będzie okej. Specjalnie wybrałam bardziej owocową kawę, właśnie przez mleko, bo zupełnie by nie pasowało...
Fiji Zivai