Galen myślał, że Meena jednak lubiła go trochę bardziej niż odrobinę, bo jednak jakby to rzeczywiście było tylko tak ciut, to chyba by z nim nie wytrzymała, pewnie rzuciłaby już dawno wypowiedzenie na jego biurko. On zresztą lubił też ją trochę bardziej niż odrobinę, dużo bardziej... I dużo bardziej niż w ogóle powinien.
Ktoś coś wspominał, że Meena leci na swojego szefa? Nie? Ok. Ślepy jak mysz.
Galen wbrew powszechnie panującej opinii nie był głupi, był tylko... nieżyciowy? Meena wydawała mu się trochę za bardzo, żeby lecieć na takiego dupka. Była za miła, za ładna, za mądra, za uczciwa, za ufna, po prostu za. Oczywiście, że Wyatt czuł te emocje wiszące miedzy nimi w powietrzu, czasami się bał, że wystarczy jeszcze jedna mała iskierka, a spłoną oboje. Czuł to napięcie, te niedopowiedzenia, to kuszenie, ale wolał to sobie tłumaczyć jako jakąś grę. Taka niewinna gra, gra w spojrzenia, gra w słowa, teraz gra już w kilka gestów, ale wciąż, coś co mogą w każdej chwili przerwać, gdy zrobi się zbyt poważnie.
Tylko czy naprawdę by mogli?
Uniósł jedna brew, gdy zarzuciła mu, że musi popracować nad komplementami. Naprawdę? On?
-
Spisałaś się? To ma być w ogóle komplement? - zapytał i na moment się zamyślił, -
myślę, że jakbyś chciała to mogłabyś prowadzić tę firmę lepiej niż ja - powiedział w końcu i liczył, że to był właśnie ten dobry komplement, a nie taki jak spisałaś się. Przecież ona zawsze się spisywała, to musiałby za nią chodzić i jej to powtarzać za każdym razem. Bez sensu, ale może mógł się jej nagrać i ona by sobie to puszczała? Już otworzył usta, żeby to zaproponować, ale wtedy Meena powiedziała, że zniszczył jej marzenia.
-
Ja? Ja też mógłbym pracować z Hawajów, ale tak jak mówię, samoloty Meena, musisz najpierw pokonać ten strach - kiedy to mówił, to patrzył jej prosto w oczy, bo Galen to znał się na pokonywaniu słabości, a pewnie gdyby nie został prezesem Northexu, to zostałby jakimś coachem i powtarzał to ludziom cały czas, walcz i bądź lwem, a nie płotką. Sobie codziennie powtarzał to przed lustrem.
-
Chcę to zobaczyć, ale jak tak dzisiaj na Ciebie patrzyłem Evans, to obawiam się, że musieliby tam podawać chloroform, a nie wiem czy to jest legalne - zażartował sobie, aż sam wyszczerzył się w uśmiechu, taki świetny żart, chociaż też trochę się bał, że dostanie za niego w łeb. Nie powinien żartować z jej lęku, traktował go poważnie, ale teraz, kiedy już byli na ziemi, to może odrobinę mógł?
-
Umiem pływać na desce, ale zawsze mogę zrobić jakieś prywatne lekcje dla Ciebie Meena - uśmiechnął się. Galen właściwie próbował wszelkich sportów ekstremalnych, jakiś wyczynowych, to nie było tak, że był mistrzem, jak w liceum w szermierce, ale dużo rzeczy po prostu próbował.
-
Takie poza godzinami pracy? Bo jeśli odbywasz prywatne spotkania w godzinach pracy Evans, to będziesz musiała mi zdać raport - rzucił niby z poważną miną, ale tak naprawdę się uśmiechnął. No przecież nie podejrzewał, że Meena założy tę spódniczkę, kowbojki i nagle pójdzie podrywać Teksańczyków do baru. Chociaż... chciałby to zobaczyć.
-
A kto czyta opisy? - parsknął, bo tak, na pewno nie on i według niego nikt, ale kiedy spojrzał na jej minę, to dotarło do niego, że może jednak ktoś -
następnym razem Ty wybierzesz pokój - powiedział w końcu, bo to była najlepsza i najbezpieczniejsza opcja. I tak dobrze, że nie było tutaj jakiś dziwnych sprzętów, albo... łóżko nie miało kształtu wielkiego serca? Nie do końca wierzył w jej zapewnienia, że jest okej, ale postanowił nie drążyć, żeby jednak nie kazała mu szukać innego pokoju. Kanapa była całkiem wygodna, na pewno na niej też się wyśpi, a prysznic był tak duży, że mogliby korzystać z niego równocześnie.
Co? Galen chyba znowu się trochę zagalopował, ale na szczęście na ziemię sprowadziły go jej słowa. Teraz musiał jakoś spokojnie jej to wyjaśnić. Tak, żeby go nie zabiła, nie zagroziła, że się zwolni, tylko może następnym razem... bardziej pilnowała maile, które wymienia z kontrahentami. Tak, tak byłoby najlepiej.
-
Półtora... - jęknął kiedy zapytała, czy tydzień temu się o tym dowiedział, bo właściwie... to półtora tygodnia, ale to było przed weekendem, więc logiczne, że wypadło mu z głowy! Kiedy ona robiła krok w jego kierunku, to Galen cofał się na tej kanapie, jakby chciał zwiać, ale nie było ucieczki, gdy go popchnęła, to dotknął plecami chłodnej skóry. Poczuł ją przez koszulę. Dobrze, że to skóra, bo krew łatwo zejdzie z tapicerki.
Chciał jej powiedzieć, że jest ogarnięte, że było, że nie musi się martwic, a może nawet mógł skłamać, że zrobił to specjalnie? Ale jej bliskość sprawiła, że ugryzł się w język. Była za blisko, a do tego zbyt niebezpieczna, żeby w tej chwili sobie z tego żartować.
Patrzył się na nią z miną, która mogła wyrażać więcej niż tysiąc słów... albo kompletnie nic. Bo właściwie Wyatt nie wiedział co ma jej powiedzieć. Że znowu bez jej czujnego oka wszystko schrzanił? Znowu?
Przełknął ślinę, bo jej pytanie trafiło w punkt. Wiadomo, że sprawiało mu radość testowanie jej cierpliwości, bo wtedy widział ją taką... żywą, nabuzowaną, ostrą jak brzytwa, i może przemawiały przez niego jakieś masochistyczne zapędy, ale cholernie mu się to podobało. Kręciła go taka.
-
Może trochę - rzucił w końcu, z tym swoim półuśmiechem, który nie wiadomo czy był przeprosiną, czy kolejną prowokacją. Nie odrywał od niej wzroku, nawet gdy pochylała się coraz bardziej. Czuł, jak jej włosy łaskoczą go po policzku, jak delikatnie pachną perfumami, nie drgnął jednak, nie odsunął się, choć serce przyspieszyło mu tak, jakby naprawdę czekał na wyrok.
-
Odpracuję - mruknął, a jego dłonie powędrowały do jej bioder, jakby chciał się upewnić, że to on trzyma kontrolę, chociaż wiedział, że w tym momencie wcale jej nie miał. Jakby stracił też nad swoim ciałem, nad mózgiem w ogóle, bo wzrokiem przejechał powoli po jej sylwetce, po kształtnych piersiach i zatrzymał go dopiero na jej oczach. Nie powinien tak patrzeć na swoją sekretarkę, nie powinien rozbierać jej spojrzeniem. A jednak to zrobił, a do tego odezwał się później.
-
Ale sposób wybierz sama, w końcu jesteś w tym lepsza ode mnie - powiedział i przyciągnął ją odrobinę bliżej siebie, nie tyle żeby ją zatrzymać, tyle żeby poczuła, że mogła sobie pozwolić na więcej, że nie miał nic przeciwko. Tym razem byli tu sami, bez tych wszystkich ciekawskich spojrzeń, a ona była tak blisko, że
ta gra - zaczynała się robić nie-bez-piecz-na.
Meena Evans