—
Okay, rozumiem — odpowiedziała krótko. Rozumiała selekcje, rozumiała, że drużyna miała przede wszystkim wygrywać, ale jak też tak o tym mówił, to wyglądało to jakby człowiek liczył się tylko wtedy, gdy był użyteczny. A jak się potknie, to do śmieci. Myślała, że w drużynach ludzie też mieli jakieś relacje, ale chyba za bardzo to umoralniała. Sama zbyt często nie chodziła na mecze, w zasadzie była chyba tylko na kilku przez całe swoje licealne życie, bo koleżanki chciały iść, aby popatrzeć na „przystojnych sportowców z drużyny”, bo już się dawno temu nauczyła, że jak ktoś zajmował miejsce w drużynie, to momentalnie awansował w rankingu atrakcyjności. Tak samo było z cheerleaderkami, które zwykle wiązały się z zawodnikami. Kiedy było się jedną z pomponiar, to zyskiwało się na rozgłosie.
Pewnie dlatego wszyscy chcieli dołączyć albo do jednych, albo do drugich.
Sam projekt nie był skomplikowany, ale miał po prostu wiele etapów, które należało zrobić, wykonać, porównać i zapisać. Było z tym trochę pierdolenia, ale ostatecznie, chociażby dla niej, nie było to trudne, bo większość po prostu rozumiała. A jak się rozumiało co się robiło, to było po prostu łatwiej. I chociaż chciała, aby grupa wypadła dobrze, to nie była Matką Teresą, aby pomagać komuś, kto tego nie chciał. W tym momencie wyglądało to tak, jakby się poddał, a tego raczej nikt nie przeskoczy.
I gdy skończyli, nie spodziewała się, że tak szybko profesor się przy nich pojawi. Zwykle jak z Marvinem kończyła, to czekano do końca, aż inni też się wykażą, ale teraz? Teraz było inaczej, jakby szanowny profesor faktycznie tylko czekał, aż dostanie okazje na zabranie słowa.
Wiedziała, że Kross będzie poproszony do odpowiedzi. To też zapowiedziała na początku, kiedy jeszcze chciała mu plus minus wytłumaczyć co się dzieje, więc gdy został poproszony na środek, chciała się zgłosić na ochotnika, aby mu tego oszczędzić, ale… Wolfgang chciał tylko Krossa. Nieważne, że robili to drużynowo. To był atak celowany bezpośrednio w niego.
I gdy chłopak wyszedł na środek, chociaż Marvin się tam gdzieś uśmiechał skrycie pod nosem i posyłał jej wymowne spojrzenia, że w końcu ktoś bullinguje Krossa, a nie on kogoś, to Zoe nie było do śmiechu. Nie czuła też żadnej satysfakcji. Było jej zwyczajnie przykro. Źle się na to patrzyło, bo to nawet nie miało żadnej wartości. Wolfgang nie chciał go czegoś nauczyć. Nie chciał mu pokazać jak do czegoś dojść, tylko zwyczajnie się nad nim psychicznie znęcał. W dodatku przed całą klasą. I dla niej to było zdecydowanie niepotrzebne, zwłaszcza, że chłopak poddał się już na samym początku. Ale to nie wystarczało, należało go upokorzyć.
Dlatego ręce jej opadły i po prostu czuła się z tym źle, gdy to obserwowała. Chociaż za nim jako tako nie przepadała, to nie życzyła mu czegoś takiego. Zwłaszcza, że był z nią w duecie, więc zależało jej jednak, aby też dobrze wypadł, no ale… wyszło jak wyszło. Czyli beznadziejnie i nie mogła na to patrzeć. Dlatego w pewnym momencie po prostu opuściła spojrzenie, dość nieświadomie zaciskając mocniej palce na długopisie, który trzymała.
Jak zwykle lubiła być chwalona, tak też teraz te słowa profesora brzmiały… źle.
Gdy Kross wrócił do ławki, zerknęła na niego ukradkiem, ale samej się nie odezwała. Chyba nie chciał jej słuchać, a nawet nie było teraz nic co mogłaby powiedzieć. Bo co by miała? „Mówiłam, że będzie cię pytać?”, to było niepotrzebne.
W końcu, po tej przedłużającej się lekcji, zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec męki.
—
Posłuchaj, to co zrobił Wolfgang było okropne i nie powinno mieć miejsca — powiedziała, zaczynając zbierać swoje rzeczy z ławki do torby. —
Teraz pewnie i tak masz gdzieś chemię, ale jeśli będziesz chciał kiedyś do tego przysiąść, i potrzebował pomocy, to daj znać. Postaram się pomóc lepiej niż dzisiaj — rzuciła, proponując mu korepetycje, chociaż domyślała się, że raczej z nich nie skorzysta. To było jednak dość odruchowe, bo zwyczajnie źle się na to patrzyło i wewnętrznie poczuła, że chce mu pomóc, aby Wolfgang nie miał już więcej możliwości co do takiego gnojenia go przed klasą. Nie musiała za nim przepadać, aby chcieć mu pomóc. Nienawidziła znęcania się, niezależnie z czyjej strony to wychodziło. I kogo dotyczyło.
Zapięła torbę i wsadziła ją na ramię.
—
Luźna propozycja, Evan, jakbyś jednak chciał się wykazać na zajęciach, nawet bez znajomości kolorów — dodała, nawet jeśli miało to zostać olane. Przynajmniej zaproponowała i jej sumienie będzie chociaż trochę uspokojone. Nawet jeśli przecież nie zrobiła niczego złego.
Evander Kross