Pięć lat się nie odzywała, a potem przyszła do jego biura na
dziesięć minut? Pilar może i nie czytała w myślach, ale miała wypracowane na tyle dobre łączenie kropek, żeby wiedzieć, że zapewne były do tego też jakieś
powody. Bo sam fakt, że Galen
próbował skontaktować się z nią przez tyle lat tylko po to, by wpadła na dziesięć marnych minut był mocno nie halo. Jej myśli wirowały gdzieś odlegle, tworząc co to kolejne pytania. I nagle Pilar zachciała wszystko wiedzieć. Co się stało podczas tego spotkania? Dlaczego trwało tak krótko? Czemu tyle go ignorowała?
Co takiego zrobił, że zasłużył na takie milczenie?
Czy zasłużył?
Spojrzała w jego jasne jak bezchmurne niebo oczy. Widać było w nich emocje. Oczywiście Pilar nie potrafiła ich nazwać, aż tak dobrze go przecież nie znała, jednak coś na pewno było na rzeczy. I chociaż Galen ewidentnie nie był gotowy, by odbyć tę rozmowę tamtego wieczoru w Wendy’s, sprawiał wrażenie, jakby faktycznie chciał
kiedyś do tego wrócić. A Pilar oczywiście się zgodziła. Jak mogłaby nie? Zakomunikowała to delikatnym skinieniem głowy i ciepłym uśmiechem, kończąc tym samym temat Yvonne i chowając do kieszeni tą zżerającą myśli ciekawość.
Chociaż nawet wtedy, gdy oczy były skierowane na drogę, a noga ostrożnie osadzona na pedale gazu, Pilar Stewart jakoś nie mogła wyrzucić z głowy Galena, jego siostry i tego wszystkiego, co tego wieczoru miało miejsce. Migoczące światła latarni i cisza, która zapanowała w samochodzie po jego słowach, tworzyła dla jej głowy idealne środowisko do nadmiernego myślenia.
Po pracy... mógłbym odebrać od Ciebie samochód.
Nie powinien tego robić.
Nie powinien jej tego proponować.
Nie powinien tworzyć tej dziwnej aluzji, że
ich historia jednak nie kończyła się w tym miejscu.
Bo przecież kończyła. Oboje wywiązali się ze swoich obowiązków, z niektórych nawet lepiej niż początkowo zakładano.
On wywiązał się ze wszystkiego z nadmiarem. A przecież nie musiał. Nie musiał się tak starać. Nie musiał dzielić się z Marie swoją historią, odrywając maskę, której wnętrze widziało tak niewielka garstka ludzi. Nie musiał być dla niej tak wyrozumiały i czuły, kiedy obiecywał jej, że
wszystko będzie dobrze. Nie musiał bić Seeleya tylko dlatego, że powiedział coś nie tak o Anicie, jakby naprawdę mu na niej zależało. A przede wszystkim, nie musiał otwierać się tak przed
Pilar nad wielkim pudełkiem kurczaków i z ubabranym od ketchupu policzkiem, jakby byli czymś
więcej niż głodnymi agentami po misji.
Nie musiał.
A jednak to zrobił.
I właśnie te wszystkie rzeczy, których
nie musiał sprawiły, że głowa Pilar zatraciła się we własnych myślach i już wcale nie była taka pewna, czy na pewno chciała
oddać mu te kluczyki tu i teraz.
Nawet kiedy podjechała na wyznaczony adres i starannie zaparkowała auto na jednym z miejsc parkingowych, idealnie mieszcząc się w wyznaczonych liniach, czuła niepewność. Uspokoiła silnik, odpięła pas i mocno zaciągnęła się niesamowitym zapachem Porche, pomieszanym z tym frytury i taniego fast fooda. Pachniał jak świetna przygoda.
Szybka przygoda.
Wysiadła z samochodu, a dźwięk wysokich szpilek pomknął wzdłuż samochódu i zatrzymał się przy drzwiach, z których właśnie wytarmosił się Galen. Twarz miał zmęczoną, pijaną i wciąż
przystojną. W jego oczach natomiast lawirowało wyczekiwanie. Czekał na jej ruch. Przekazał pałeczkę, jakby to ona miała wiedzieć najlepiej
co należało zrobić.
Tylko co jeśli Pilar wcale nie wiedziała?
Co jeśli po raz pierwszy w życiu wcale nie zgadzała się z tym, co
należało? Miała w sobie takie dziwne, trudne do opisania wrażenie, jakby to nie powinien być jeszcze koniec. Że do tego rozdziału brakowało jeszcze jednego
akapitu. Czegoś, co zrodziło się z przypadku i unosiło gdzieś pomiędzy intensywnymi wymianami spojrzeń, udawanym dotykiem, a szczerymi wyznaniami.
Może dlatego kiedy tak stała przed nim, z głową zadartą w górę, pozwoliła sobie opuścić spojrzenie z jego błękitnych oczu na delikatnie rozchylone usta. I zastanowić się nad ich smakiem. Nawet nie nad konsekwencjami. Tylko smakiem. Czy gdyby teraz ten
jedyny raz faktycznie to zrobiła, czy smakowałby jak drogie whiskey, fajki i tanie kurczaki z ketchupem? A może jednak
jak ten grzech, którym tyle rozmawiali? Może taki warty pokusy?
Może. I
może Pilar była gotowa się o tym przekonać.
Wykonała krok do przodu, czując, jak serce w piersi nieznacznie podskoczyło i jednym gestem odszukała jego dłoń. Była ciepła. W przeciwieństwie do tej Pilar. Może do dlatego, że oddech wstrzymała już chwilę temu? Uniosła się nieznacznie na palcach.
—
Dziękuję — odezwała się w końcu, chociaż jej głos wybrzmiał na tyle cicho, że przypominał bardziej szept niż normalny ton. —
Twoja pomoc była naprawdę nieoceniona — dołożyła kolejną dłoń do tych już złączonych, a razem z tym upuściła
kluczyki do tej Galena. A potem zacisnęła jego palce tak, by ich przypadkiem nie zgubił, tym samym kapitulując nad własnymi
pragnieniami. Na rzecz tego
co wypadało. A potem nachyliła się do jego ucha.
—
Powodzenia, Galen — przysunęła usta to jego policzka i tym razem po raz pierwszy, jako
Pilar, złożyła na nim pocałunek. Delikatny. Lekko wydłużony. —
Nie daj z siebie robić dupka na siłę, co? — to zaś wypowiedziała prosto do jego ucha, próbując ignorować przyjemny zapach drogich perfum, podczas gdy dłoń przeniosła na jego klatkę piersiową. —
I dbaj o to dobre serce.
A potem odeszła. Zostawiając go za sobą, jak i wszystko, co
mogło się tego wieczoru wydarzyć. W jego marynarce, zapominając finalnie o tych pieprzonych kurczaczkach, które miała zjeść z gosposią, której nawet nie miała. I z dziwnym
niedosytem, który pewnie zapije butelką wina, jak tylko wróci do domu. Oczywiście dopierdalając sobie zabraniem się za podsłuch.
Bo wtedy, gdy Pilar ulicę dalej zamawiała sobie taksówkę do domu, nie miała zielonego pojęcia, że już na pierwszym nagraniu okaże się, że Seeley wcale nie pojechał do szpitala. Zamiast tego zlał Chloe na kwaśne jabłko, mówiąc, że to wszystko to przecież
jej wina, a Pilar będzie musiała tego wszystkiego słuchać aż nie wzejdzie słońce.