Zależy mi na niej. Pójdę sprawdzić co u niej. - to wcale, a wcale nie zabrzmiało Madoxowi szczerze, ale co miał zrobić? Kiedy Marie sama mu powiedziała, żeby się nie mieszał. Więc to robił. Bardzo dobrze mu to wychodziło, do tego momentu, kiedy nie zobaczył Rosy, a przecież mówił Marie, że to zły pomysł, czuł, że to kurewsko zły pomysł, ale ona była uparta, a Madox nie chciał się mieszać, bo to już go nie dotyczyło. Tak sobie powtarzał, że wszystko co dzieje się w Medellín go nie dotyczy, a kiedy tu przyjechał to okazało się coś zupełnie innego. Wszyscy mieli do niego pretensje, wszystko wracało, zaczynając od Rosy, kończąc na Ticiano. Może oni nawet byli siebie warci? Ale Marie na pewno ich nie była. Tylko, że Madox też nie umiał do niej dotrzeć, ale on nigdy nie umiał dotrzeć do nikogo, no chyba, że robił to w jakiś agresywny sposób, jak wtedy z Ruby, jak z Ticiano. Umiał wyciągać informację i robił to w sposób bezwzględny, kłamiąc bez mrugnięcie okiem, ale kiedy w grę wchodziły uczucia, to on po prostu... wcale w nie nie umiał. Umiał o nich ładnie mówić, ale nie umiał Marie przekonać jak wielki błąd popełnia. A przecież to ona uratowała go przed takim właśnie błędem, czuł się winny. A teraz kiedy Pilar patrzyła w jego oczy to jakby podwójnie, albo jakoś na wskroś, jakby był po prostu winny wszystkiego. Ale chyba nie był? Na pewno nie.
-
Wiem - mruknął tylko, kiedy powiedziała, że sama dałaby sobie radę, bo on doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że by dała i wiedział może też nawet, że będzie mu to miała za złe, a jednak to zrobił. Bo Madox nigdy nie umiał aż tak dobrze panować nad emocjami, nie nad wszystkimi, były takie, których po prostu się nie dało zgasić w zarodku, tak jak teraz te, które targały Pilar. One się po prostu wylewały i z niego wtedy też się wylały, ta cała złość, która go trawiła od środka przez ponad dziesięć lat. Bo chodziło o Stewart i o to, że Ticiano podniósł na nią rękę, na pewno, ale też chodziło o to, że Tio się to po prostu należało, ta chwila na zimnej podłodze, i taka chwila, w której on się poczuł słaby. Bo to Maria zawsze była słaba, zagubiona, ale teraz przez jedną krótką chwilę Ticiano też był. Kiedy przepraszał Pilar.
-
Nie biliśmy się przecież - rzuciła, ale bez przekonania, chociaż takie były fakty, bo Tio nawet nie próbował mu się odwinąć, bo może mimo tego koksu, to poczuł odrobinę skruchę? Chociaż Madoxowi za bardzo nie chciało się w to wierzyć. Za dobrze go znał, i znał też Marie i może nawet wiedział, co nią kierowało, bo Ticiano był zawsze jej miłością, pierwszą, jedyną.
Wzruszył ramionami na te kolejne wyrzuty Pilar, bo co on miał zrobić? Przyjechać tutaj i powiedzieć Marie, że jest pierdolnięta? Zrobił to przez telefon, a ona tylko urywała z nim kontakt, żeby za chwilę znowu się odezwać, żeby stwierdzić, że miał rację, ale ona i tak kocha Ticiano. Madox nie umiał walczyć z miłością. Co on kurwa o niej wiedział? Kiedy raz mu się zdarzyła i została tak potraktowana. A potem to już czasem kiedy myślał, że może to jest to, to jednak szybko się rozczarowywał. Zadawał się wariatkami, bo z nimi dużo się działo, jego wszystkie związki chociaż targały nimi silne emocje, to jednak to nigdy nie była miłość.
Bo miłość może umie przetrwać najgorsze? A nie wtedy się właśnie kończy, gdy dzieje się źle? No i ta Marie przetrwała.
-
Ona go kocha - powiedział jakby na swoją obronę, albo może właściwie na obronę Marie? Ale czy to był naprawdę tak dobry powód, żeby tak niszczyć sobie życie? Tylko jakie oni mieli prawo mówić jej jak ma żyć?
Wypuścił powietrze z płuc ze świstem, nawet nie wiedział kiedy je wstrzymał, chyba jak Pilar spacerowała po pokoju. Pytała go dlaczego wzięła Rosę na świadka, pytała dlaczego chce wyjść za Tio, ale on nie wiedział... A może wiedział, ale też kompletnie tego nie rozumiał. Ale on wielu rzeczy nie rozumiał, uczył się zachowania ludzi, bo to mu się później przydawało, żeby wiedzieć jak reagować, albo jak oni reagują w danej sytuacji, ale nie wszystko rozumiał. Niektórych rzeczy nawet w zasadzie nie chciał rozumieć.
I teraz też chyba trochę nie rozumiał tych wyrzutów Pilar, bo co miał zrobić?
Wciąż zadawał sobie to pytanie, jak miał zareagować, przylecieć tutaj i wpierdolić Tio? Dawno temu?
Zrobił krok do tyłu, kiedy go pchnęła i znowu powietrze uleciało z niego przez nos.
-
Pilar... - i może rzeczywiście chciał jej zapytać, co on takiego miał zrobić według niej. Ale chyba wiedział co ona by zrobiła, bo ona broniłaby Marie za wszelką cenę, tak jak dzisiaj, a nie stała z boku i się temu przyglądała, jak Madox. To co powiedziała później sprawiło, że uniósł jedną brew. Nie. Teraz chciała wejść na ten grząski grunt, ale on chyba wcale nie chciał. Nie chciał robić z siebie ofiary, bo Madox była jaki był, nieidealny, ale na pewno nie był ofiarą. Ofiarą mogła być Rosa, mogła być nią Marie, ale nie on. On wcale nie potrzebował głaskania po główce i mówienia jaki jest biedny. Przecież on doskonale wiedział co robi, kiedy stąd wyjeżdżał, odcinał się, a że przy okazji nie zrobił z tego powodu piekła Rosie... cóż, może jednak miał do niej jeszcze jakąś odrobinę słabości, albo po prostu kierowały nim wtedy jakieś ludzkie odruchy.
Z kolejnym pchnięciem on zrobił kolejny krok w tył. Pokręcił głową patrząc jej w oczy.
-
Pilar nie... - zaczął, bo teraz to czuł, jakby to serce mu stanęło, albo może właśnie się złamało? I chyba pod tym względem oni też byli identyczni, że ona nie chciała, żeby jej pomagał, bo nie była słaba. A teraz Madox nie chciał, żeby ona mówiła o tym jego złamanym sercu, właśnie dlatego, żeby też nie czynić go słabym.
To było dawno i to serce może już się poskładało... A na pewno się zmieniło.
-
To nie jest dobre serce Pilar - rzucił cicho, kiedy ta jej ręka spoczęła na jego klatce piersiowej, która unosiła się w niespokojnych, płytkich oddechach. Bo dobre serca były stworzone chyba tylko po to, żeby je łamać, tak jak to młodego Madoxa i tak jak to Marie. Lepiej było tego serca nie mieć wcale, tego Noriega nauczył się przez te wszystkie lata i wychodziło mu to całkiem dobrze. A teraz był zły, na siebie, że pozwolił temu sercu znowu coś poczuć, i że... otworzył je przed Pilar.
Pojawiła się całkiem nowa myśl, że jednak nie powinien, ale nie dlatego, że nie potrafiłby jej tego serca oddać w całości, bo może właśnie by potrafił, i to było najgorsze. Ale nie powinien dlatego, że to była słabość. A oni nie mogli być słabi, ani on, ani ona.
A tutaj byli tak bardzo. Ale czy jak zaraz wrócę do Toronto, to będą potrafili się tak od tego odciąć? Madox już sam nie wiedział.
Oparł się o biurko, kiedy go do tego zmusiła, jego ciemne tęczówki utkwione były w jej oczach, pięknych, bliskich mu coraz bardziej i tak ognistych, że czuł ten ogień gdzieś głęboko pod skórą. Ten jej ogień.
Przymknął na moment powieki, bo to było proste odpowiedzieć na te wszystkie jej pytania, dlaczego nie walczył, dlaczego na to pozwolił, bo może właśnie jeszcze wtedy miał to serce, do Rosy? On i tak musiał stad wyjechać, po co miał to roztrząsać, skoro i tak rodzina wygnała go za długi matki? Mógł wziąć na siebie to wszystko. Proste.
Trudne jednak teraz było to, że przez tyle lat Madox prawie już uwierzył, że jest tym potworem, że tego serca nie ma, albo ma, ale całkiem niedobre. A Pilar teraz widziała je zupełnie inaczej, a najgorsze było to, że ono jakoś tak szybciej do niej zabiło, kiedy tak przyparła do niego całym ciałem, kiedy znowu była tak blisko. Wściekła, ale jednak teraz walczyła o niego, o jego serce. Kurwa.
Wyciągnął do niej rękę, żeby zacisnąć palce na jej ramieniu, chciał ją od siebie odsunąć. Powinien ją odsunąć i powiedzieć jej, że to nie ma sensu, dalej w to brnąć, bo później i tak wszyscy będą cierpieć.
Bo to nie miało sensu, kompletnie.
Ale chyba jeszcze mniej sensu miało to, co zrobił później.
Bo ta dłoń z jej ramienia przeniosła się na jej policzek, kciukiem sięgnął do jej ciepłych ust, przesunął nim po nich. Po tych pełnych wargach, które przed chwilą wypowiedziały w jego kierunku te wszystkie pretensje, które później prosiły o wyjaśnienia, a przede wszystkim, które mówiły o tym jego dobrym sercu. Tylko on chyba wcale nie miał dobrego serca, bo jakby miał, to by tego nie zrobił.
A zrobił, przesunął dłoń na jej żuchwę, żeby chwycić jej podbródek, żeby unieść jej głowę, spojrzeć jeszcze raz w oczy. Przysunął się do niej tak, że ich wargi prawie się zetknęły.
-
Bo może ja jestem potworem Pilar? - te słowa wypowiedział jej w usta, a potem musnął wargami te jej, gorące i tak słodkie, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie miały takiego smaku. Pocałował ją krótko, lekko, tak jakby jej smakował, a wszechświat tym razem ich nie powstrzymał, nie zawalił się i nie obrócił w pył, a może powinien? Tylko, że Madox, na tym wcale nie skończył, bo potem złapał ją w talii i odwrócił tak, że tym razem to ona zderzyła się plecami z tym biurkiem, a Madox ją do niego przyparł, jego ręce w momencie przesunęła się z jej talii po biodrach, w dół, na uda na, których zacisnął palce, żeby posadzić ją na tym biurku, żeby zmusić ją do tego, żeby objęła go nogami, bo chwycił ją za tyłek i przysunął do siebie. I wtedy pocałował ją po raz drugi, mocniej, zachłanniej, tak, jakby teraz rzeczywiście chciał pozbawić ją oddechu.
Pilar Stewart