—
Mon cheri... — Miękkość głosek zeszła z języka, co miało być krótkim ukłonem miłości, posłanym żonie —
Dla żywych są znacznie lepsze i przyjemniejsze metody na rozgrzanie się.
Nieprzyzwoitość w słowach Marca zwykle bywała łagodna, dotykała intencji tylko w krótkim muśnięciu sugestii. W tej chwili również, podtekst słów rozlewał się powoli po ścianach zakładu. Zdawał się przy tym niemal przyjazny i niewinny – miękki i ciepły, jak koc narzucony zimą na zmarznięte stopy. Być może nieprzypadkowo właśnie na tym efekcie mu zależało, gdy odezwał się do Paisley, skoro żona utrzymywała, że ma problem z rozgrzaniem ciała.
Marc nie pozostawał na to wyznanie obojętny. W naturalnej potrzebie troski i bliskości z nią, zawsze odpowiadał z tą samą zachłanną ochotą przymilenia się jej. W ustach pozostawiał więc obietnicę ciepła i tę charakterystyczną dla siebie elokwencję.
—
Chcesz spróbować? — w niemym dopowiedzeniu
…w łóżku?
Marc uśmiechnął się w odpowiedzi na jej chichot, uznając jego brzmienie za najlepszą formę serenady, którą można by sobie wymarzyć w ostatni dzień przed spaleniem. Nieboszczyk może martwy, ale przynajmniej po śmierci miał szansę pozostać w doborowym towarzystwie, za jakie Marc uznawał siebie i żonę.
Tak... byli jak jeden żywy organizm. Jeden pięknie działający trybik, napędzający tę maszynę dziwności i czarowności. Bo wbrew temu, co robili oboje – pomimo absurdu, jaki wokół siebie budowali – było w tym coś uroczego. Coś niezmiennie niewinnego. Jakby w ich zachowaniu wciąż trwał rytm cudzego szczęścia i jakby własnym humorem oddawali nieboszczykowi cześć.
Nie przez niezręczność melancholii, a przez tę przytulność i wesołość, którą otulali przestrzeń.
Tymczasem, w trakcie kiedy żona z trybu śmieszki przeszła w tryb marudera i trajkotała o Młodym, Marc podszedł do nawy przyściennej, wyciągając z niej schowane przed okiem żałobników wino. Nie liturgiczne, takie z prywatnych zasobów, które trzymał na wybrane przez siebie okazje. Śmierć George'a Powella – polityka i dyplomaty, wydawała się dostatecznie godna, by dziś sięgnąć po alkohol i wypić za jego pomyślność po tej drugiej stronie
kurtyny.
Skupienie, rozciągnięte między łykiem alkoholu, a milczeniem Marca, w tym momencie nie wydawało mu się niezręczne. Kiedy żona nakręcała się, zagęszczając monolog salwą słów i mówiąc za nich dwoje, on, ukojony swym małym uzależnieniem, tj. dobrym trunkiem, smakował na języku nut wytrawnego wina. Dawał jej pracować i przy tym uzewnętrznić wszystkie jej chwilowe bolączki. Sam w tym czasie jedną, wolną ręką przesuwał stojaki i mikrofony, a także podsuwał dekoracje nogą w jedno miejsce i uśmiechał się wciąż zrównoważenie, jakby tym drobnym gestem chciał jej przytaknąć.
Tak, tak, badziewie.
Tak, tak, te feralne wybory urn.
I tak dalej.
—
W zasadzie myślę, że skoro oboje braliśmy udział w ceremonii, to Młody może zająć się sprzątaniem i kremacją — zdecydował Marc w krótkiej odpowiedzi na wszystkie wątpliwości żony. Ponowny łyk wina pozwolił krtani się nawilżyć i przygotować na kontrargument, gdy Paisley wystawiła mu surową ocenę za ceremonię. Zanim jednak przeszedł do dyskusji z nią, bez pośpiechu i w naturalnym geście pojednania przysunął ostry od zarostu policzek do czubka głowy żony,. Korzystając z jej ułożenia na jego ramieniu, pocałował ją krótko w potylicę.
—
Myślałem, że sama obecność przystojnego Mistrza Ceremonii to już solidna trójka... Przypomnieć Ci, za co mnie lubisz?
Znów... miękkość sugestii osiadła w przestrzeni, posuwała się powoli, niczym gęsta, mleczna mgła, która nie chciała dać się odgonić. Marc w tym czasie uwolnił łokieć spod objęcia żony, by przyciągnąć ją za talię i docisnąć do siebie. W ścisłym kontakcie, owiewał ją oddechem męskiej pewności i werwy.
—
N-u-d-y — powtórzył za nią sprytnie —
Kochaj się ze mną dziś wieczór, Paisley. Dla rozrywki — szepnął przy jej uchu, odwracając się ku niej. Wtulił ją wtedy w swoje ramiona (wciąż z winem, trzymanym za jej plecami) i zaczął bujać się lekko w rytm brzęczącej ciszy. Bo czemu nie?
To nie była prośba, to raczej samospełniająca się przepowiednia, za którą pragnął podążyć, gdy tylko wieczorem wrócą z pracy do domu. Przyzwoitość nakazywała mu bowiem na ten moment powściągnąć wodze pragnień i przynajmniej teraz, na czas ich rozmowy i ustaleń dotyczących nieboszczyka, zachować się
grzecznie.
Grzecznie, jak przystało na wiecznie rozgrzanego jej obecnością męża.
—
Wymienię Ci te nieszczęsne podkłady na lepsze, ok? — zakończył obietnicą, ugładzając maruderstwo żony.
Paisley Flores