Kiedy tak szybko wypadł z tego domu, kiedy te podwójne, piękne drzwi jeszcze nawet się za nim nie zamknęły, to zbiegł na dół po schodach. Kopnął marmurową, ciężką donicę z jakimś wielkim, ładnym kwiatkiem, aż prawie ją wywalił, aż się skrzywił, bo jednak donica wygrała starcie ze stopą z trampku. Syknął i podskoczył na jednej nodze dwa razy, a później przeszedł jeszcze trzy wzdłuż tych schodów, jak jakiś wściekły, dziki kot w klatce, klnąc pod nosem po hiszpańsku na Ticiano. Na swojego brata. Może on chciał dobrze, może chciał jakiegoś przebaczenia dla Madoxa? Ale on tego nie chciał. A na pewno nie dzisiaj, kiedy będzie musiał stawać twarzą w twarz z tymi wszystkimi ludźmi. Stawać twarzą w twarz i odpowiadać, kiedy wszyscy będą mu mówić jaki to jest biedny. Tylko, że on się wcale nie czuł biedny, bo przez te jebane dziesięć lat to o wszystkim zapomniał. Ticiano też powinien zapomnieć, i Rosa, i wszyscy inni...
A jednak kiedy on się tutaj pojawił, kiedy ta Rosa chodziła wciąż na niego taka wściekła, to sama po prostu budziła w ludziach jakieś te wspomnienia, i w Madoxie też. On też był wściekły, teraz już chyba najbardziej na Rosalindę właśnie.
W pierwszej chwili to chciał ruszyć do ogrodu, żeby trochę pomyśleć, ogarnąć ten chaos, ale w głowie mu się zaraz pojawiła taka myśl, że przecież zostawił tam Pilar, może powinien tam wpaść, złapać ją za rękę i stamtąd wyprowadzić? Tylko jakby tam wpadł, to mógłby w tych nerwach, które jeszcze nim miotały tak wzdłuż tych ogromnych schodów, walnąć Ticiano w twarz. A jego twarz i tak nie wyglądała dzisiaj najlepiej. Mimo wszystko on nie chciał im psuć tego szczęśliwego dnia. Tak... Bardzo szczęśliwego.
Wszedł w końcu kilka stopni do góry, ale się zatrzymał, usiadł na jednym schodku, gdzieś tak pomiędzy. Dziesięć oddechów i jakaś mantra spokoju. Jak to leciało? Oaza spokoju, czy jakieś inne gówno. Spokojny kwiat lotosu?
Madox nie mógł się wcale skupić, ani na liczeniu do dziesięciu, ani na mantrze, zacisnął dłonie w pięści.
Dopiero kiedy Pilar usiadła koło niego i powiedziała to
cześć, to jego spojrzenie padło na nią. Chociaż w ciemnych oczach wciąż było widać wściekłość. Jeszcze wciąż się zastanawiał czy jednak tam nie iść i nie walnąć Tio, swojego brata, który mu znowu wbił nóż w plecy. I dopiero w momencie, w którym ona zaproponowała mu tego ogórka, to ta złość z niego jakby spłynęła, wypuścił ją z płuc razem z tym powietrzem, które zeszło z niego ze świstem.
-
Ogórka? - powtórzył po niej i uniósł jedną brew. To był tylko ogórek, a jednak Madox poczuł, jakąś dziwną ulgę, bo wiedział, że jakby mu teraz powiedziała, żeby się uspokoił, to on by się jeszcze gorzej odpalił, bo taki był. Ale jak mu powiedziała o tym ogórku, to jak on się miał dłużej unosić? Miał się wytrząsać nad ogórkiem? Wbił spojrzenie w ten talerz z tymi paskami, trochę krzywymi, ale jednak wyglądającymi bardzo dobrze na tej kolorowej porcelanie, no i w rękach Pilar. Jego ciemne tęczówki podniosły się na jej twarz, kiedy wkładała sobie do ust kawałek ogórka, a kiedy się tak pochwaliła, że
sama obierała, to jeden kącik jego ust mimowolnie uniósł się do góry, minimalnie.
-
Widziałem... a ryżu nagotowałaś? - zapytał i też sięgnął po kawałek ogórka i to był chyba najlepszy ogórek jakiego jadł w życiu. Chociaż wcale nie był nadzwyczajny, albo może właśnie był?
Zerknął na ten jej palec, kiedy pokazywała mu ten strupek i aż wywrócił oczami, ale już z uśmiechem. Ogórek tak potrafił załagodzić sytuację? Serio?
A może to jednak Pilar?
-
Trzeba być zdolnym, żeby zrobić sobie krzywdę obieraczką - mruknął i przez chwilę patrzył na nią, kiedy oglądała ten krzywy kawałek ogórka, on też taki sobie wybrał najbardziej nieproporcjonalny, ale wciąż pyszny. Przez chwilę go żuł, ale przełknął go głośno, kiedy Pilar tak rozłożyła się na schodach, wbił w nią spojrzenie, już zdecydowanie inne. Zawiesił wzrok na tym jej rozpiętym guziku
jego koszuli.
-
Chyba musisz ją zdjąć... żeby zaprać tę plamę - tak, na pewno dlatego. Chociaż propozycja zdjęcia tej koszuli to akurat była szczera, mógłby nawet jej pomóc z tymi guzikami. Nawet sięgnął do niej ręką, ale jednak nie do niej, tylko do tego ogórka, którego trzymała, żeby wziąć sobie jeszcze kawałek.
Kiedy włożył go sobie do buzi, to Pilar akurat powiedziała to
brakowało mi Cię rano, i chociaż jemu też jej bardzo brakowało, to prawie się zakrztusił tym ogórkiem. Brakowało mu jej, kiedy wyciągnął rękę i zacisnął ją na tej rozkopanej pościeli, a jej nie było obok, i kiedy myślał o tej wczorajszej nocy, i kiedy później zobaczył ją w kuchni, to tak bardzo chciał do niej podejść, przywitać się z nią. Później przy tym stole, kiedy niby była na wyciągniecie ręki, a jednak dzieliły ich te wszystkie pyszne potrawy, ten stół, to też mu jej brakowało. Ale to, że jej brakowało jego, to mu się wydało jakieś dziwne, bo przecież Madoxa zawsze było tak łatwo zastąpić, albo wymazać z pamięci, nikomu jego nie brakowało.
Odchrząknął, bo poczuł tego ogórka gdzieś w gardle, a kiedy Pilar sięgnęła do jego ręki, to na moment spuścił wzrok na jej dłoń. Dwa uderzenia serca, ledwo zdążyła musnąć kciukiem jego skórę, a on już siedział obok niej, bardzo blisko, tak, że ich biodra się stykały, oparł sobie tą jej dłoń na karku, a jego wylądowała na jej udzie.
-
Mi Ciebie też - powiedział odwracając się w jej kierunku. Ale wtedy z jej ust, których smak już znowu pojawił się w jego głowie, który zaczął już sobie wyobrażać, i które pewnie znowu chciał całować, w tej chwili, padło to pytanie
jak się czujesz. W pierwszym odruchu chciał powiedzieć to
git, tyle, nic więcej. W drugim chciał jej powiedzieć, że zepsuła cały klimat, nawet zabrał tą rękę z jej uda i oparł łokcie na kolanach, pochylił się do przodu, ale kiedy poczuł na karku jej paznokcie, gdy musnęła nimi jego skórę, to zamknął na moment oczy. Był z nią tak kompletnie szczery ten cały wyjazd, więc teraz też nie będzie jej kłamał, bo przecież on... kochał ją. I nie chciał jej kłamać, mimo, że nigdy nie umiał rozmawiać o tym jak się czuł. Mimo, że zawsze miał się czuć dobrze. Bo jak się gra to przecież nie można łapać jakiś dołów, bo przecież każdy taki dół oznacza słabość, a jednak tacy ludzie jak on sobie na słabość nie mogą pozwalać.
Podniósł na nią spojrzenie, te ciemne tęczówki wbijając w jej piękne, brązowe oczy, takie wyrozumiałe, ale nie oceniające. Nie litujące się nad nim, mimo wszystko.
-
Chujowo - zaczął bez ogródek -
cholerny Ticiano, po co on to powiedział - mruknął i mogła poczuć pod opuszkami palców, że znowu się spiął -
teraz wiesz co będzie Pilar? Festiwal litości nad Madoxem, jakaś kurwa wielka orkiestra świątecznego współczucia (czy coś tam kanadyjskiego) - pokręcił głową, bo on się wcale o to nie prosił i wcale tego nie chciał. Rosa go denerwowała i ktoś w końcu powinien utrzeć jej nosa, ale nie tak. Zwłaszcza, że teraz pewnie przy stole pojawiły się pytania, kto był tym chujem, który obracał Rosę. To wesele to była farsa, a jednak Madox wcale nie chciał go zepsuć. Naprawdę wolałby, żeby poszło na niego, a wtedy może nawet miałby trochę spokoju, bo nikt nie chciałby z nim rozmawiać, a on mógłby więcej czasu spędzić z Pilar, sam na sam. A teraz kurwa każdy będzie mu chciał powiedzieć, że jest mu przykro. Ale jemu już nie było wcale z tego powodu przykro, bo to było dziesięć lat temu. Kto to pamiętał? Już od tej pory tyle się wydarzyło, i nawet to jego serce znowu zabiło mocniej, do zupełnie kogoś innego i teraz też tak zabiło, kiedy Pilar była obok i kiedy czuł na skórze jej ciepły dotyk.
Już otworzył usta i jeszcze coś chciał powiedzieć, może, żeby jednak stąd uciekli, zanim to wszystko się zacznie, ale wtedy z tych wielkich podwójnych drzwi nad ich głowami wyszła Marie i zaczęła się rozglądać.
Madox zerwał się z tego stopnia jak oparzony, a zanim Pilar zdążyła zareagować, zanim zdążyła się obejrzeć, to już pociągnął ją za sobą z tych schodów w dół. Złapał ją za ramiona i wciągnął za jakiś krzak, i chociaż chciał to zrobić szybko, i naprawdę oni już po chwili chowali się za krzewem bugenwilli wijącym się po balustradzie, z intensywnie pomarańczowymi kwiatami, to Marie ich zauważyła.
-
Pilar musimy...! - zawołała, ale nie zdążyła dokończyć, bo Madox wyjrzał zza tego krzaka, stanął na dole schodów.
-
Pół godziny Marie, daj znam pół godziny, bo musimy... porozmawiać - rzucił, i chociaż Marie wcale nie wyglądała na przekonaną, to jednak skinęła głową z jakimś cichym
dobrze na ustach. Pół godziny to niewiele, ale musiało im wystarczyć. Chociaż Madox to wcale nie chciał już z Pilar rozmawiać. Z domu zaczęli wysypywać się też inni goście i nawet Ticiano, który jednak wcale nie miał odwagi zawołać Noriegi, ale to bardzo dobrze, bo Madox już ciągnął Pilar w kierunku tej bardziej dzikiej części ogrodu, nie tej pięknie wystrojonej i przygotowanej na to wielkie, kolumbijskie wesele, nie tej, gdzie między drzewami wisiały lampki, gdzie trawa była równo przycięta jak od linijki, gdzie rozłożyli parkiet do tańców i scenę dla orkiestry.
A tej trochę zarośniętej, gdzie pojedyncze źdźbła trawy sięgały do kolan, gdzie był jakiś ziołowy ogródek, a przede wszystkim gdzieś w centrum, to wielkie, stare drzewo mango, z rozłożystymi gałęziami, które dawały cień i odrobinę prywatności też. To tutaj chowali się przed ciotką z kuzynami, tutaj była ich baza.
A on dzisiaj schował się tutaj z Pilar, chociaż na to pół godziny. Oparł ją o gruby, chropowaty pień, w powietrzu unosił się zapach żywicy, ale też słodyczy, bo drzewo uginało się od owoców, niektóre z nich już dojrzały, inne wciąż były zielone. Trochę tych owoców też leżało już pod ich stopami, przylatywały do nich pszczoły i kolibry, i teraz tylko ten dźwięk pracujących owadów dało się słyszeć. I może tych ich serc, które znowu zabiły jakoś szybciej. A to Madoxa, to wyrwało do niej jak szalone, kiedy wreszcie pochylił głowę w jej kierunku i kiedy w końcu mógł wargami musnąć te jej ciepłe, rozchylone zmysłowo usta. Przez chwilę całował ją miękko, smakując i delektując się tym smakiem, który miał w głowie od samego rana. Ręką przesunął po jej nagiej skórze na brzuchu i wsunął ją pod tę jej
swoją koszulę.
Pewnie by się do niej dobierał dalej, ale wtedy za jego plecami spadło z drzewa to dojrzałe mango i złamało kilka gałązek, a Madox się obejrzał. Oderwał od niej, trochę niechętnie, ale jednak zrobił krok w kierunku tego owocu, żeby kucnąć i go podnieść.
-
Tutaj zawsze chowaliśmy się przed ciotką i objadaliśmy mango, a później nikt nie chciał jeść obiadu - rzucił i powiódł wzrokiem dookoła, a później wrócił oparł się ramieniem obok niej o ten pień. Podał jej to niezbyt urodziwe, bo małe i trochę pomarszczone mango na wyciągniętej dłoni, zupełnie tak jak wczoraj jej dawał to swoje serce, tą swoją miłość, też nie taką najwspanialszą i najlepszą na świecie, ale jednak prawdziwą. Tak samo to mango mimo swoich wad pachniało tak intensywnie, tak słodko, że mogła to poczuć. A po chwili mogła też poczuć palce Madoxa na swojej żuchwie, zacisnął je pewnie, chociaż starał się delikatnie, i uniósł jej głowę do góry, swoją też odchylił do tyłu, żeby spojrzeć pomiędzy te gałęzie, na których miejscami widoczne były owoce, a miejscami jeszcze kwiaty.
-
Zamknij oczy - polecił jej i chociaż zamiar był zupełnie inny, to kiedy zamknęła te oczy, kiedy znowu rozchyliła zmysłowo usta w jakimś takim błogostanie, to on przysunął się do niej i znowu ją pocałował. Krótko, ale zaczepnie przygryzając jej wargę. Kiedy otworzyła oczy, żeby na niego spojrzeć, to pokręcił głową, bo jednak nie o to mu chodziło.
-
Przepraszam, już się skupię... Zamknij oczy - poprosił raz jeszcze, a gdy teraz je zamknęła, to tylko przysunął policzek do jej twarzy, żeby powiedzieć jej ciszej do ucha -
słyszysz to bzyczenie? To pszczoły, ale to takie delikatne trzepotanie, inne niż bzyczenie - i jeśli dobrze się wsłuchała to mogła je usłyszeć, to bzyczenie pszczół, ale też leciutki trzepot skrzydeł, no i bicie jego serca. Bo Madox znowu jej pokazywał jakąś część swojego życia, taką przyjemną, taką błogą. Wspomnienie z dzieciństwa, ale takie dobre. Tych dobrych nie było wcale tak dużo. I znowu to serce w piersi waliło mu jakoś mocniej.
-
Zobacz - powiedział i wskazał jej jakiś błysk między gałęziami. Delikatną iskrę, a później kolejną. To kolorowe koliberki mieniły się w promieniach słońca i chociaż poruszały się bardzo szybko, to można było je zauważyć, kiedy wisiały przez tę chwilę w powietrzu zanim ponownie zanurkowały w rozłożystym kwiecie. Migały w słońcu jak klejnoty mieniąc się kolorami, błękitem, szmaragdem, złotem i turkusem. I kiedy Pilar tak się na nie zapatrzyła, to przez moment patrzył w jej twarz, już wcale nie na kolibry, ale w końcu sięgnął do jej policzka ręką, żeby oprzeć palce na jej gładkiej skórze i żeby spojrzała znowu na niego.
-
Nie patrz tak długo, bo ukradną Ci sny... - powiedział, a kiedy spojrzała na niego dziwnie, jakby mówił od rzeczy, to on znowu się uśmiechnął -
kolibry są szybkie i nieuchwytne i wierzy się, że jeśli się na nie zapatrzysz, to mogą ci coś zabrać... Myśl, szczęście, sen - mówił powoli, a te jego brązowe tęczówki znowu intensywnie wpatrzone były w jej piękne, duże, ciemne oczy -
ciotka Isabela nam to zawsze mówiła i straszyła koszmarami, w pewnym momencie, kiedy Tio miał te koszmary to myśleliśmy, że jest czarownicą i go zaczarowała - powiedział poważnie, ale zaraz parsknął śmiechem. Bo ciotka Isabela, to rzeczywiście miała w sobie coś z wiedźmy, ale z nimi chyba nie dało się inaczej, kiedy oni potrafili zbierać to niedojrzałe mango tylko po to, żeby rzucać nimi z muru w przechodniów i potem ciotki musiały za nich świecić oczami. A potem ciągnąć ich na siłę do kościoła wierząc, że się nawrócą.
-
Nie wierzę... - jego spojrzenie zatrzymało się gdzieś na jej włosach. Madox sięgnął ręką i wyjął z nich maleńkie, połyskujące piórko kolibra, położył je sobie na dłoni i wyciągnął ją do Pilar. Piórko było maleńkie, mieniło się różnymi kolorami, wyglądało jak coś nierealnego.
-
Ciotka Isabela mówiła też, że jak znajdziesz takie piórko kolibra, to będziesz mieć szczęście, kazała je trzymać przy sobie, wciąż mam takie jedno w portfelu - nosił je zawsze ze sobą, trochę wierzył, że przynosiło mu szczęście. Chociaż z drugiej strony, to takie gadanie, takie zabobony, a jednak... czasem przecież można szczęściu trochę pomóc, prawda?
-
To będzie Twoje Pilar - położył jej na ręce to mini piórko, ale chyba nie miała tutaj portfela, raczej na pewno, on też nie miał. Zastanowił się przez moment, zerknął w dół i wtedy coś mu wpadło do głowy. Zdjął z szyi jeden z tych swoich złotych łańcuszków, a miał ich chyba z pięć, każdy inny, a jednak wszystkie tak do siebie pasowały, pasowały też do niego. I ten akurat który zdjął był taki otwierany, w środku oczywiście pusty, bo co tam mógł nosić Madox? Włożył tam to piórko, zamknął go i nawet przez chwilę chciał go założyć na szyję Pilar, ale w końcu umieścił go w jej dłoni, zacisnął na nim jej palce, jeszcze wciąż był ciepły, nagrzany od jego gorącej skóry. Spojrzał jej znowu w oczy, błyszczące, piękne, otoczone kurtyną ciemnych rzęs.
-
Teraz możesz nosić je przy sobie... na szczęście - bo jej też niezaprzeczalnie było ono potrzebne. Im obojgu zresztą mogło się w życiu przydać trochę... szczęścia.
Pilar Stewart