Ta wódka w plastikowym kubeczku kupowana w metalowej budzie przy drodze pewnie niewiele różniła się od czystego spirytusu, może tym dodatkiem anyżu tylko, ale
sin aguardiente, no hay fiesta - bez aguardiente nie ma imprezy, więc może jednak zastąpi ona rum. Zresztą to też było jakieś nowe doświadczenie, tego alkoholu prosto z ulicy, tego smaku dzikiego Medellin na języku, a oni podczas tej wycieczki to właśnie na to stawiali, żeby doświadczać. Wszystkimi zmysłami.
-
Powiem, żeby schował tę rękę do lodu i zgłosił się w poniedziałek - odpowiedział od razu na
tego sprzedawcę z odstrzeloną ręką i nawet pokazał jej czubek języka. Żartował, ale jednak to, że teraz już oni są tylko dla siebie, przez ten czas, co im został potraktował bardzo poważnie. Tak poważnie, że on nawet znowu nie szukał swojego telefonu, a miał przecież pod nim być, ale chyba on został gdzieś w domu. Nieważne.
Ważne, że Madox miał poupychane po kieszeniach te kolumbijskie banknoty, bo miała być jeszcze taka zabawa, w które będą je dawać Marie na szczęście, no ale nie było. Za dużo się działo. A może była, ale oni ją przegapili? To też nieważne.
Ważna teraz była Pilar. A kiedy to powiedziała, że
jej dwa razy powtarzać nie trzeba, to Madox się uśmiechnął, szczerze. Bo oni pod tym względem byli identyczni, jedna iskierka, jedno słowo, jedna rzeczy, a oni już działali. Tylko czy to tak dobrze? Bo... kto ich powstrzyma?
No nikt właśnie.
I teraz też Pilar nie powstrzymała go, kiedy wiązał jej oczy, a na jej słowa, to przysunął policzek do jej twarzy, usta do ucha, tego nie pokiereszowanego.
-
Myślę, że jednak wtedy kierowała tobą ciekawość - coś w tym było, bo oni byli ciekawi siebie, chcieli się poznać, doświadczyć, ale nie tylko w ten sposób fizyczny, chociaż ten też był bajeczny, ale w zdecydowanie głębszy. I Madox też chciał ją poznać, zobaczyć, z dala od Emptiness, z dala od Toronto, na neutralnym gruncie. Szkoda tylko, że wcale nie przemyślał tego, że dla niego to nie będzie taki całkiem neutralny grunt, bo to był jego... dom?
I on się tutaj odkrył przed nią zdecydowanie bardziej niż chciał, niż zamierzał, tylko jeszcze nie wiedział, czy to dobrze, czy kompletnie, kompletnie źle.
Kiedy dotarli na ten taras widokowy, to chociaż Madox widział to tyle razy, chociaż jako gówniarze przyjeżdżali tu bardzo często, to też się zapatrzył. Na ten znajomy, piękny widok, który na przestrzeni tych dziesięciu lat odrobinę się zmienił, a jednak wciąż tak samo zapierał w piersi dech. W jego też zaparł, tak, że dopiero kiedy Pilar się do niego przytuliła, dopiero kiedy zamknął ją w mocny uścisku, to wypuścił to powietrze z płuc, prosto w jej kark, do którego przytulił szorstki policzek, żeby zaciągnąć się w płuca jej zapachem, innym zupełnie niż te znajome perfumy, ale chyba jeszcze lepszym, bo zdecydowanie dzikim, szpital, krew, aguardiente. Zmysły mogły oszaleć.
-
Czułem, że... - zaczął, ale zanim dokończył, to Pilar już się do niego odwróciła i już zamknęła mu usta, w tym czułym pocałunku. Chciał powiedzieć, że czuł, że jej się tutaj spodoba, ale teraz poczuł coś zupełnie innego. Znowu chciał ją do siebie przyciągnąć, i znowu chciał...
Dużo rzeczy chciał, ale z tyłu głowy była jedna taka myśl, że ona przecież prawie zginęła i Madox powinien dać jej chwilę spokoju, może już do końca wyjazdu? Odpocząć, zregenerować się.
Powinien, ale nie chciał. I w normalnych warunkach, gdyby tu już nie wchodziły jakieś uczucia z zupełnie innych kategorii, takich, które on wcale nie za dobrze znał, to by się tym wcale nie przejmował. Bo kiedy on się przejmował innymi?
Nigdy.
A nią się przejmował, jakoś tak zdecydowanie za bardzo. Usiadł obok i podparł się z tyłu ręką i chociaż spojrzeniem wciąż wracał do twarzy Pilar, to jeszcze przez chwilę błądził nim po tym widoku. Dopiero kiedy zdała mu to pytanie,
czy żałuje, że wyjechał, jego ciemne tęczówki spoczęły na jej twarzy.
-
Nie - odpowiedział od razu. Uwielbiał Medellin, bo było dzikie, tak jak jego temperament, ale gdyby tu został, to już pewnie dawno by nie żył. Jak on przez trzy dni już prawie zginął, pobił się kilka razy i zadarł z mafią, to przez dziesięć lat... Zrobiłby to wszystko dziesięć tysięcy razy może? A tyle szczęście to nawet on nie miał.
-
Lubię to miejsce, ale to w Toronto jest moje miejsce, wiesz... w Emptiness - wyjaśnił jej, bo chociaż rzeczywiście tutaj miał ten swój dom, rodzinę, dobre wspomnienia, to Emptiness budował od zera, włożył w ten klub wszystko co miał, ostatnie pieniądze, serce, walczył o niego bardziej niż o cokolwiek innego w życiu. Nie wymieniłby go na nic... Chyba.
Przez chwilę patrzył na nią, aż w końcu szturchnął jej kolano tym swoim, które też ugiął.
-
Żeby mnie zajebali? Przez trzy dni mój własny kuzyn i wuj chcieli... To ja już wolę Toronto, Pilar - chciał trochę zażartować, ale... no taka była prawda, Madox nie miałby tutaj łatwego życia, przecież jeszcze była Rosa, jeszcze był Alvaro. W Toronto też nie miał, ale... już się do niego przyzwyczaił, już się tego nauczył, egzystowania miedzy tymi dwoma światami i całkiem nieźle mu to przecież wychodziło. Chociaż czuł w kościach, w każdej komórce ciała, że sprawy się skomplikują, za sprawa tej brunetki, która siedziała tak blisko. Tylko czy Madox się takimi rzeczami przejmował?
Nigdy.
Na te słowa, że
za nim tu tęsknią, wzruszył ramionami. On też czasem tęsknił za tym miejscem, na początku, za znajomymi twarzami, ale tęsknota to było takie uczucie, którego Madox starał się nie przeżywać. Może dlatego on tak cały czas parł na przód, żeby nie rozpamiętywać przeszłości? Żeby o niej nie myśleć, nie tęsknić.
I dopiero kiedy Pilar powiedziała to, że
ona też będzie tęsknić, to przeniósł na nią spojrzenie z tej całej panoramy.
-
Za Medellin? Może kiedyś tu... - i już chciał powiedzieć, że może tu wrócą, za dziesięć lat na przykład. Tylko, że kiedy na nią spojrzał, to od razu dostrzegł, że ona wcale nie mówiła o Medellin. I po plecach przeszedł mu taki nieprzyjemny dreszcz, bardzo nieprzyjemny. Tylko, że to był Madox, a on się nigdy nie poddawał, nigdy. I on z każdej sytuacji znajdował jakieś wyjście, bo dla niego... nie było rzeczy nie do przeskoczenia. Nie było czegoś takiego, że nie da się. Bo on zawsze gotowy był walczyć, do skutku, bez poddawania się. Chciał jej coś powiedzieć, jakieś
damy radę, jakieś
zobaczymy, jakieś...
będzie kurwa dobrze. Tylko on jej tutaj w ogóle nie okłamywał, a każde to stwierdzenie takim by było. Bo może być cholernie ciężko, tak, że w pewnym momencie pojawi się ta myśl, nie damy rady. Bo oni tego nie zobaczą, nie przylecą do Torrono i się to wszystko nagle wyklaruje, oni muszą to wyczuć, to sprawdzić, na ile można sobie pozwolić, doświadczyć na własnej skórze. Bo może nie mogą w tej chwili na nic? A to dobrze... Zdecydowanie tak nie będzie. Ale u nich przecież nigdy nie było. Całe życie walka. Więc może powinien jej powiedzieć, że
będzie bez zmian? Może to by było jakieś najbardziej prawdziwe.
Kiedy sięgnęła do jego ręki, i najpierw poczuł na niej jej ciepłe wargi, a później zęby, to wywrócił teatralnie oczami.
-
Powinnaś nosić na szyi jakaś tabliczkę, z ostrzeżeniem, że ten egzemplarz gryzie - rzucił, ale potem sam się do niej pochylił i uszczypał ją zębami w ramię. Już jego usta znalazły się tak blisko tych jej, że mogła na swoich wargach poczuć, to bijące od niego ciepło, a on nawet poczuł tę anyżówkę, jej smak, ale wtedy jego spojrzenie zawisło gdzieś w oddali za jej plecami.
-
O kurwa... - rzucił i zaraz wstał, żeby podejść do przepaści bliżej, zatrzymać się na jej krawędzi. Odwrócił się do niej z jakimś takim błyskiem w oku.
-
Pilar daj mi swój but - kiedy Stewart spojrzała na niego dziwnie to on już kucał obok niej, przesunął palcami po jej nagiej łydce, a później sam sobie zdjął tę szpilkę. Swojego buta też zdjął, a później związał je razem sznurówką tworząc taki bumerang, i kiedy Pilar popatrzyła na niego, jakby oszalał, to wyciągnął do niej rękę. A gdy już znalazła się obok niego na brzegu tego tarasu, to oparł jej głowę na ramieniu, żeby odpowiednio ją nakierować i wskazać jej ręką coś na drzewie.
-
Widzisz te buty? - i rzeczywiście tam wisiały dwa związane ze sobą sznurówkami trampki, jeden mały i czerwony, a jeden większy czarny -
to Ticiano i Marie - wyjaśnił jej, a kiedy się tak rozejrzeli to tych butów wisiało tam na drzewach dużo więcej -
jak byliśmy gnojami, to był taki przesąd, że jak zawisną na drzewie, to to jest wspólny krok w przód... Oni się na niego zbierali dziesięć lat - stwierdził. Nawet chciał dodać, że on wtedy tego swojego buta i Rosy to wyjebał gdzieś hen, hen, ale postanowił jednak już nie wracać do tej Rosy. Bo teraz już trzymał ten swój but i szpilkę Pilar.
-
Trzymaj kciuki - rzucił tylko, a później się zamachnął i rzucił i o ile ten but najpierw wpadł na drzewo, to potem się z niego teatralnie spierdolił, łamiąc po drodze kilka gałązek i zrzucając jakieś inne buty. Czyli tak bardzo w ich stylu. Rozpierdolić drzewo i jeszcze zniszczyć coś po drodze, jakiś może całkiem kochający się związek.
Madox aż syknął i spojrzał w dół, a później na Pilar.
-
Jeszcze jedna szansa... - i podał jej swój but. Może ona będzie miała więcej szczęścia?
Tylko, że zaraz się okazało, że wcale nie.
A Pilar po tym aguardiente to tak się zamachnęła, że Madox musiał ją złapać za rękę, żeby nie spadła z tego klifu, a te buty, którymi rzucała, to poleciały w zupełnie w innym kierunku i wylądowały na dachu altanki za ich plecami. Noriega parsknął głośnym śmiechem, który zaraz stłumił w jej szyi, kiedy tak ją do siebie przyciągnął. Przez chwilę patrzył w kierunku tej altanki.
-
Dobra, chuj, idę po nie - rzucił zaraz. Bo wystarczyła chwila, żeby on to sobie obmyślił, jak wejść na ten dach altanki. Bo przecież dla niego nie było jakiś rzeczy niemożliwych. Podszedł do tej drewnianej konstrukcji i wszedł na ławkę, zawiesił się na jakiejś belce, żeby sprawdzić, czy wytrzyma jego ciężar. A później to już tu się złapał, tu się wybił i podciągnął, a po chwili to już był na tym dachu. Przeszedł po nim i zatrzymał się na brzegu wieszając sobie na szyi te ich związane buty.
-
Nie byłaś jedyna Pilar - zawołał, ale zamiast do niej zejść, to położył się na dachu i wyciągnął do niej rękę w dół, bo przecież ona na pewno chciała to zobaczyć, ile tutaj jest butów.
A może nie chciała?
Pilar Stewart