'Cause you sure look like a failed drop...
Zaczerpnęła powolny, głęboki wdech i wypuściła go ze świstem przez usta, obserwując jak pod wpływem temperatury zamienia się w biały obłok pary na tle czystego, nocnego nieba i na krótki moment przesłania jej gwiazdy. G w i a z d y. Minął ponad rok, odkąd po raz ostatni odważyła się spoglądać w ich stronę tak swobodnie, bez tego nieprzyjemnego ucisku w piersi. Niemal zapomniała już, jakim zachwytem przepełniał ją zwykle ten widok...
Zamrugała, nie będąc jednak w stanie oderwać wzroku, nawet pomimo dotkliwego chłodu, który z każdą chwilą przenikał przez jej ubranie i coraz głębiej wgryzał się w jej skórę. Śnieg otaczał ją ze wszystkich stron, przykrywając jej rozłożone szeroko ramiona miękkim puchem. Niewielka zaspa zamortyzowała nieco upadek, ale Remy runęła na nią z impetem, który w pierwszej chwili wydusił z jej płuc całe powietrze. Potrzebowała niemal minuty, aby dojść do siebie, a kiedy dziwne otępienie wreszcie minęło, poruszyła ostrożnie palcami u rąk i stóp, aby upewnić się, że wciąż ma nad nimi pełną władzę. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że z jej funkcjami motorycznymi wszystko było w porządku. Blythe poczuła głęboką ulgę, a jednak z jakiegoś powodu nie potrafiła się zmusić, aby dźwignąć się do pionu.
Czas uciekał, a cisza wypełniająca plac zabaw przeciągała się, przynosząc jej ukojenie. Wszystko inne, poza bezdenną przestrzenią ponad jej głową, zdawało się tracić na znaczeniu im dłużej się jej przyglądała. Osiemnaście miesięcy, trzynaście dni i jakieś piętnaście godzin minęło, odkąd po raz ostatni czuła się w ten sposób, ale teraz, w tej konkretnej chwili, miała nieodparte wrażenie, jakby wreszcie wróciła do domu. Było w tym wszystkim coś zaskakująco magicznego, czemu nie była w stanie się oprzeć.
Remy przechyliła głowę i potarła policzkiem o kołnierz kurtki, gdy pieczenie na jej twarzy stało się nieznośne. Śnieg zdążył się rozpuścić; woda spłynęła w dół jej szczęki i dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Jej jeansy zaczynały przemakać, a skóra ponad jej krzyżem mrowiła od chłodu i Blythe podjęła pierwszą próbę ruchu. Uniosła kark, oderwała łopatki od ubitego śniegu, a potem opadła z powrotem i ciche sapnięcie opuściło jej zziębnięte usta. Tępy ból w okolicach pleców i żeber był nieprzyjemny, ale nie na tyle przytłaczający, aby nie mogła stanąć na nogi. Problem tkwił w niewidzialnym ciężarze, który zdawał się przygniatać ją do ziemi, jednocześnie okradając ją z sił. Zdecydowanie nie powinna się była wspinać w taką pogodę.
— Niech to — mruknęła i skrzywiła się, ale zanim jej myśli ruszyły w pogoń za narastającymi obawami, do jej uszu dotarł charakterystyczny odgłos kroków na śniegu.
Rems zamarła, nasłuchując i przez moment miała szczerą nadzieję, że pozostanie niezauważona, a intruz minie plac zabaw, pozwalając jej cierpieć w samotności... Kiedy jednak chrzęszczenie stało się głośniejsze zrozumiała, że pomimo pobożnych życzeń, prawdopodobnie została przyłapana.
Odchyliła głowę, a czapka osunęła się nisko na jej oczy, ale nie zrobiła nic, aby ją poprawić. Czekała w napięciu na rozwój wydarzeń, próbując zapanować nad zawstydzeniem, które uniosło swój jadowity łeb, dla kontrastu rozgrzewając ją od środka.
Michael Graham