Ciekawy przypadek typowej słabości. Może dokładnie tak powinna go określać, ale miała świadomość tego, że Primose Quinn był dla niej kimś znacznie więcej.
Był kimś, kto wydobywał zarówno jej najlepsze jak i najgorsze cechy. Potrafiła pokazać mu oblicze, którego wielu nie znało - tę słodką i delikatną Riley, kochającą i opiekuńczą, kiedy trzeba. Równocześnie zamieniała się przy nim w kogoś, kim nie sądziła że kiedykolwiek się stanie - zaborczą
żmiją, która modliła się o jak najszybszy koniec jego małżeństwa z Florence.
Tylko po co?
Sama przecież nie miała najmniejszego zamiaru bawić się z nim w związek, a tym bardziej łudzić się, że zdołają stworzyć szczęśliwą rodzinę. Rzadko o tym rozmawiali, właściwie to prawie w ogóle, ale Prim doskonale znał jej stanowisko na ten temat. Davis się do tego po prostu nie nadawała. Musiał widzieć to wyraźnie, zresztą już nie raz przyznała to mu otwarcie.
Z jednej strony pragnęła jego szczęścia i życzyła jak najlepiej, a z drugiej strony ciężko było jej znieść myśl, że miałby to wszystko znaleźć u boku innej kobiety. Czemu tak bardzo była zazdrosna o każdą chwilę, którą spędzali osobno? O każde słowo, każde spojrzenie i dotyk jakie wymieniał z żoną, czy kimkolwiek innym? Czemu aż tak bardzo jej to przeszkadzało?
Typowa słabość. To tylko słabość.
—
Ale dramatyzujesz! Co najmniej jakbyś był już jedną nogą w grobie! — powiedziała i przygryzła wargę, jakby chciała powstrzymać się od śmiechu. Przez chwilę ta cała sytuacja wydała się jej zabawna, tak samo jak reakcje przyjaciela. Widząc jednak, nie tylko smutek na jego twarzy, ale też przerażenie, westchnęła i ukryła na moment twarz w dłoniach, zażenowana swoim zachowaniem.
—
Przepraszam, Prim. Po prostu to wszystko brzmi tak… nierealnie. Ja po prostu nie mogę cię stracić, to niemożliwe — zaśmiała się krótko i tym razem już gorzko, jakby powoli, ale bardzo boleśnie docierał do niej sens jej własnych słów. Do tej pory ciężko jej było wyobrazić sobie swój świat, w którym Primose miałby zostać na stałe, tym razem jednak - trudniejszym okazało się nagle zobaczenie wizji przyszłosci, w której miałoby go zabraknąć. Nie mogła dopuścić do tego, by to ponure wyobrażenie kiedykolwiek się ziściło.
—
Nie umrzesz. Nic ci się nie stanie. A wiesz dlaczego? — odezwała się pewnie i wstrzymała się od kolejnych słów, czekając aż mężczyzna na nią spojrzy —
Bo ci zabraniam, rozumiesz? Nie wolno ci umrzeć, Prim, bo tego nie zniosę. — może to dziecinne i niezwykle samolubne - to akurat nic nowego w zachowaniu Riley - jednak brzmiała tak, jakby mówiła całkowicie poważnie.
Widząc jak każde słowo, oddech i nawet najmniejszy ruch kosztują go więcej, niż chciałby przyznać, postanowiła nie tracić więcej czasu i nie przedłużać jego męczarni. Zabrała go taksówką do najbliższego szpitala i zgodnie z tym co obiecała mu jeszcze przed wyjściem - nie odstępowała go na krok prawie przez cały czas, chyba że było to absolutnie konieczne.
Lekarz, który zajął się mężczyzną, wkrótce ich uspokoił - poza niewielkim pęknięciem żebra, Primose nie odniósł poważniejszych wewnętrznych obrażeń. Po założeniu paru szwów, kilku badaniach i solidnej dawce środków przeciwbólowych, jakie mu zaserwowano, mógł wracać do mieszkania Davis, a właściwie to
uparł się, że wychodzi, choć doktor sugerował mu pozostanie tej nocy na obserwacji na oddziale. Riley odpuściła, chociaż wracali szybciej, niż by tego chciała. Nie była zadowolona i widać to było po sposobie w jaki ścisnęła usta, patrząc na niego. Martwiła się, chciała dopilnować, że wszystko na pewno będzie z nim w porządku. Z drugiej strony, znała jednak przyjaciela zbyt dobrze, by wiedzieć, że tym razem raczej z nim nie wygra. Wysłuchała zaleceń dyżurującego specjalisty, który ciągle zwracał się do niej per
pani Quinn (o dziwo nie wyprowadzała go z błędu) oraz zapewniła go, że osobiście będzie czuwać nad „mężem” i kontrolować jego stan.
Przez całą drogę powrotną zastanawiała się skąd brały się te przypuszczenia, że była jego żoną - przecież mogła być kimkolwiek! Przyjaciółką, siostrą, totalną nieznajomą! Czy naprawdę wyglądali i zachowywali się jak małżeństwo? W przeciwieństwie do niego, przecież nie nosiła obrączki. No, może nie licząc tej zawieszonej na naszyjniku… - tak, to pewnie to. Nieważne. Czemu właściwie Prim miał ją nadal na palcu?
Jeszcze pewnie do tego wróci. Przecież nie da jej to spokoju!
Był środek nocy, gdy znaleźli się znów w jej mieszkaniu i chociaż zmęczenie dawało się jej już powoli we znaki, to wiedziała, że prędko nie będzie jej dane zasnąć. Najpierw przypilnowała, żeby coś zjadł, potem pomogła mu przy kąpieli, a na koniec zabrała się za ponowne unieruchomienie pęknięcia na żebrach. Owijała jego klatkę piersiową i starała się być przy tym bardzo delikatna, równocześnie stwarzając na tyle mocny ucisk, by bandaż stanowił odpowiednie wsparcie dla naruszonych kości. Co jakiś czas zerkała na twarz Quinna, chcąc upewnić się, że oddycha spokojnie i nie krzywi się już przy każdym ruchu.
—
W porządku? — spytała cicho —
Zaraz kończę i będziesz mógł odpocząć.
Primose Quinn