Sekundy spędzone w oczekiwaniu na reakcję Lucasa wydawały się być jednymi z najdłuższych w jej życiu — cisza nie mogła trwać wiele więcej niż minutę, ale Indie mogłaby przysiąc, że siedzieli w niej już dużo, dużo dłużej. Nie miała pojęcia jakiej reakcji się spodziewać, więc w napięciu czekała na
coś — cokolwiek, słowo, gest, kurwa, nawet chociaż jakieś znaczące spojrzenie — co pomogłoby jej ustalić, co o tym wszystkim myślał. Spojrzenie niespokojnie błądziło po jego twarzy w poszukiwaniu jakichkolwiek odpowiedzi, podczas gdy cała reszta jej ciała, z wstrzymanym oddechem włącznie, mimowolnie zamarła w niepewności.
W myślach już wyprzedzała jego reakcję, próbując odgadnąć, co mogło chodzić mu teraz po głowie. Chuj go to obchodziło? Czy może jednak trochę tak? Pewnie niczego nie mogła tymi słowami naprawić, no chyba, że...? I czemu nic nie mówił? Miał tego wszystkiego serdecznie dosyć? Może chciał tak zwyczajnie kazać jej spierdalać, ale był na to zbyt uprzejmy?
O czym myślał i jakie słowa cisnęły mu się na usta, kiedy tak wwiercał w nią spojrzenie?
Z każdym kolejnym zadanym sobie pytaniem była coraz bliższa wyjścia z siebie — całą tą niepewność znosiła tak beznadziejnie, że już była niebezpiecznie bliska błagalnego poproszenia, żeby powiedział dosłownie
cokolwiek, ale nim zdążyła to zrobić, w końcu doczekała się reakcji.
W ogóle nie takiej, jakiej się spodziewała.
Finalnie nie odezwał się słowem, ale nie musiał tego robić — na wszelkie pytania i wątpliwości odpowiedziała jej jego bliskość, ta ułożona na policzku dłoń i muśnięcie palców, równie łagodne, co czułe.
I co nam po takich złamanych sercach? Jej zamiłowanie do adrenaliny znaczyło, że to charakterystyczne, wyjątkowe uczucie pędzącego serca nie było jej ani trochę obce, ale Indie zupełnie szczerze nie była w stanie przypomnieć sobie ostatniego razu, kiedy biło tak szybko i mocno jak teraz. Między ich twarzami zostały już dosłownie milimetry i z wszelkich pohamowań nie ostało się zupełnie nic, więc jedna z jej dłoni sama znalazła sobie miejsce na barku Lucasa; w palcach już miała materiał jego kurtki, o krok od pozbycia się tego pozostałego dystansu jednym, bezceremonialnym pociągnięciem, miała to zrobić, ale zdążyła tylko złapać, zanim...
Kurwa.
O kurwa.
Głos Bobby'ego momentalnie wyrwał ją z tego błogiego zapomnienia i natychmiast ściągnął z powrotem na ziemię. K u r w a m a ć. Wyprostowała się i odsunęła od Millera tak gwałtownie, że gdyby nie fakt, że siedziała, w najlepszym wypadku zatoczyłaby się o dobre trzy kroki, a w najgorszym całkiem straciła równowagę, bo spokojnie starczyłoby jej werwy i rozpędu na to, żeby w dwóch susach przefrunąć przez połowę tego pierdolonego patio.
—
Ta-a, noo, chora, chora w chuuuj — potwierdziła jak ostatnia debilka, kiwając głową. Było to mniej-więcej tak samo wiarygodne i przekonujące jak przeciętna obietnica rządu, a zbawił ją tylko i wyłącznie fakt, że Bobby był jeszcze bardziej załatwiony od nich — w pierwszej chwili ściągnął brwi zupełnie tak, jakby miał te słowa zakwestionować, ale albo uznał to za niewarte zachodu, albo był wystarczająco napierdolony aby jej uwierzyć, bo finalnie tego nie zrobił. Całe kurwa szczęście.
—
Aha. A Wy to w su-umie c... — podjął zamiast tego, ale nie miał szansy dokończyć myśli, bo już po pierwszych kilku słowach Indie stwierdziła, że trzeba było zainterweniować. Pilnie. Tak pilnie, że była gotowa na rzecz tej interwencji na chwilę odsunąć od siebie wszystko, co miało miejsce w ostatnich kilku minutach i próbować zachowywać się tak, jakby wcale nie targały nią teraz najbardziej skrajne emocje.
—
Bobby, mordo, kurwa, normalnie cały wieczór Cię nie widziałam, co tam? Chciałeś pecika? — wcięła mu się więc w słowo pierwszą lepszą rzeczą, która nasunęła się na myśl, przywołując go do siebie machnięciem ręki. —
Chodź, zapalisz se jednego ode mnie — zachęciła, zgarniając ze stołu swoją paczkę i robiąc wszystko, aby przypadkiem nie podnieść wzroku na Lucasa, na którego od pojawienia się Bobby'ego nie spojrzała nawet raz. Nie miała na to odwagi. —
Czerwone Lucky Strike, próbowałeś kiedyś? Nie? Nooo, szefie, do tego Twojego winka to będą jak znalazł, zachwycony będziesz, zobaczysz — bajdurzyła dalej, oczywiście tylko po to, żeby zapełnić ciszę i tym samym nie dać Bobby'emu szansy na jakiekolwiek pytania.
I działało, a Bobby był jej propozycją absolutnie oczarowany, może nawet trochę bardziej, niż by tego chciała — dotoczywszy się do stołu, ochoczo przyjął wyciągniętą w jego stronę paczkę i poczęstował się jednym z papierosów, po czym bez pytania zajął sobie miejsce tuż obok niej. Uznała to za ostateczny powód do tego, żeby się stąd ulotnić, zwłaszcza, że kurewsko potrzebowała przestrzeni na to, żeby przetworzyć to, co się właśnie prawie stało,
—
No, panowie — odezwała się znów, kładąc dłonie na stole i szykując się do tego, żeby wstać. Starczy już. —
Miller ma ognia, to już se poradź...
—
Hoo-oola, czekaj — zaprotestował Bobby, a żeby tego było mało, jeszcze zarzucił sobie na nią bez pytania ramię, tym samym skutecznie usadzając w miejscu. —
No weź, z nami nie z... — kolejne czknięcie —
nie zapalisz? Wee-eź jej powiedz, Lucas.
Lucas Miller