Nothing complicated.
Madox właściwie nie pił kawy, tylko taką po kolumbijsku, którą sam sobie robił w klubie. Nauczył kilka osób jak się ją parzy i to mu w zupełności wystarczało, ale dzisiaj wyszedł z Emptiness bez tego zastrzyku kofeiny, więc chciał, czy nie, to musiał wejść po drodze do jakiejś kawiarni.
Nie lubił tych miejsc, gdzie kolejki są ustawione pod same drzwi, a te kawy mają jakieś dziwne nazwy, które w ogóle mają mało wspólnego z kawą. Wybrał więc miejsce, które z zewnątrz wcale nie zachęcało, ale na google wyczytał, że mają nawet tę jego kawę po kolumbijsku.
Postał chwilę przy ladzie oczywiście wdając się w krótką rozmowę z baristą, pewnie na temat kawy, albo może Kolumbii, w której przecież Noriega był jakiś czas temu. Może nawet wypił tam taką kawę, albo dwie, chociaż on tam więcej wypił jednak rumu. W ogóle był zwolennikiem rumu, dlatego jeszcze pochylił się w kierunku dziewczyny, która mu tę kawę parzyła i zapytał, czy nie może mu do niej dolać trochę rumu, ale powiedziała, że nie, bo nie mają tutaj alkoholu. No szkoda, będzie musiał się zadowolić tą swoją kawką be żadnej wkładki. Wrzucił do puszki jakiś niewielki napiwek, bo kiedy już dostał papierowy kubeczek, to stwierdził, że kawa nie jest najgorsza, nie taka, jaką on sobie robi, ale niezła.
Odwrócił się na pięcie i miał stąd wyjść, lecieć dalej przed siebie, bo przecież Madox nigdy się nie zatrzymywał, gnał do przodu...
Tylko, że dzisiaj z tego jego pośpiechu wyszło to, że on z tym swoim kubkiem wpadł na jakąś blondynkę, na szczęście to Noriega miał jakieś takie wyczulone reakcje, że odskoczył, a tę kawę wylał... no właśnie prosto na swoją nową, kolorową koszulę, a nawet na kurtkę.
- Mierda, como caminas - kurwa, jak łazisz, mruknął po hiszpańsku. Ale może to i dobrze, bo może nie każdy go zrozumie, a on przecież zagregował trochę gwałtownie, ale Madox taki właśnie był, narwany.
Dopiero po chwili jego brązowe tęczówki przesunęły się po sylwetce kobiety, na która tak bezczelnie wlazł, tak, on na nią wlazł. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i przez chwilę to nie mógł uwierzyć w to co widzi, bo kogo jak kogo, ale jej się tutaj nie spodziewał. W ogóle nie spodziewał się, że jeszcze stanie twarzą w twarz z Beaumont. Przecież tak sprawnie jej unikał w klubie, w ogóle Toronto to takie duże miasto, mogli się mijać, z powodzeniem robili to przez tyle lat, a tu dzisiaj, proszę, stanęli przed sobą. Twarzą w twarz.
To jakiś świąteczny cud? A może jakiś żart od losu?
Madox obstawiał to drugie, bo w cuda to on wcale nie wierzył. Nawet obejrzał się przez ramię, jakby liczył, że zaraz ktoś mu powie, że to jakaś ukryta kamera. Ale wszystko biegło swoim normalnym torem, baristka parzyła kolejną kawę, a oni stali tak po środku, na przeciwko siebie, Noriega z tą kawą kapiąca z jego koszuli na podłogę.
- Anais... - zaczął, bo przecież doskonale pamiętał jej imię, ją, jakby widzieli się wczoraj, a nie kupę lat wstecz. Sięgnął do jakiegoś stolika obok nich, żeby wyrwać z serwetnika kilka chusteczek i wytrzeć nimi trochę tę kawę ze swojej koszuli, ale nie za wiele to dało. Jego brązowe oczy znowu spoczęły na twarzy blondynki.
- Kupę lat - powiedział powoli i zwinął te chusteczki, żeby wrzucić je do tego swojego kubka z niedopitą kawą. Bo jakoś stracił na nią ochotę, nawet się zamierzył, żeby wyminąć blondynkę i po prostu sobie iść, a jednak coś go powstrzymało, jakaś dzika ciekawość kazała mu stać w miejscu.
- Jak się masz? - zapytał przechylając na bok głowę, czy tak w ogóle mówi się do ludzi, których nie widziało się wieki? Madox nie wiedział, kompletnie nie wiedział co ma jej powiedzieć, a ta niezręczna atmosfera rosła z sekundy na sekundę.
Anais L. Beaumont