Była zła.
Kurwa jak ona była zła.
Aż ją nosiło.
Do tego stopnia, że wysiadła z pieprzonego samochodu pośrodku niczego i zatrzasnęła za sobą drzwi z hukiem, by zaraz potem ruszyć przed siebie. I gdzie ona miała zamiar dość? Na pewno nie dalej niż dziesięć metrów dalej, gdzie po chwili się zatrzymała i kopnęła w jakąś śnieżną zaspę. Świeży śnieg posypał się z samego czubka na jej koślawo zawiązany but, bo przecież
tak się śpieszyła, gdy wychodzili, że nawet porządnie nie zacisnęła sznurówek. I teraz płaciłą za to cenę, bo większość zimnego puchu wleciała jej prosto do środka w ułamku sekundy roztapiając się na cienkich skarpetkach. Aż syknęła. Chociaż ona była już tak rozgrzana — do jebanej czerwoności — że to może nawet dobrze? Może właśnie takiego ochłodzenia potrzebowała? Przez moment rozważała nawet, żeby wskoczyć cała do tego zasranego śniegu. Zakopać się w nim na kilka minut, a może na zawsze i jakoś ostudzić te buzujące w niej emocje.
Emocje, których sama nie rozumiała. Nie poznawała się takiej. Nie potrafiła pojąć, o co tak naprawdę jej chodziło i co w tym wszystkich tak bardzo ją wkurwiło, bo przecież nie chodziło o jakąś randomową laskę z klubu. Wiedziała, jaki jest. Znała go dobrze, jego zagrywki i sposób bycia. Oboje tacy byli — chowali emocje i prawdziwe
ja pod toną flirtu i dwuznaczności, czasami nawet w zwykłych rozmowach pozwalając ich
gorącej, dzikiej naturze przejąć inicjatywę, nawet jeśli nie było to podbite głębszymi intencjami. Nie mogła mu mieć tego za złe. I chyba tak naprawdę wcale nie miała.
Loca.
Dźwięk jego głosu w sekundę przebił się przez grubą barierę, jaką ustawiła pomiędzy własnymi myślami, a energiczne szarpnięcie, które momentalnie ustawiło ją z nim twarzą w twarz, sprowadziło na ziemię. Wbiła w niego ciemne spojrzenie, wciąż gniewne i ciskające piorunami, jednak wcale się nie odezwała. Pozwoliła mu mówić, podczas gdy ciało nawet nie drgnęło, gdy sięgnął do jej policzka. Ba, nawet odruchowo naparła na ciepłą dłoń, nieznacznie się do niej przyciskając
Nie miał racji.
Ufała mu. Ufała mu jak nikomu innemu na tym zasranym świecie. Tylko w tym przypadku, to zaufanie nie miało nic do rzeczy, bo tutaj kulała
komunikacja i sposób, w jaki Madox wypowiedział się w tej całej kwestii. Nie powiedział, że ona nie jest nikim ważnym i
może się pierdolić jak Nick Dalton, zamiast tego zakomunikował, że pewnie się w nim zakochała. A Pilar często bywała zero-jedynkowa i potrzebowała jasnego, prostego komunikatu. Nie szukała żartów, w momencie, gdy oczekiwała wyjaśnień lub zaprezentowania swojego stanowiska w sprawie. A Madox w tamtej chwili zamiast zapewnić jej spokój, wywołał jeszcze większy chaos. Kolejną cegiełke do jebanego stosu myśli i uczuć, których wciąż nie rozumiała. Które doprowadzały ją do jebanego szału.
Ja... nie wiem w ogóle dlaczego Ty nie widzisz, jak mi na Tobie zależy.
Każde jego kolejne słowo wwiercało się w jej głowę, odbijając niekończącym się echem. Przecież
widziała. Widziała to aż za bardzo. Do tego stopnia, że aż nie mogła uwierzyć w to, z jaką łatwością on potrafił przełożyć
ich nad cokolwiek innego. Jak uczucie, jakim ją darzył robiło z niego kompletnego głupca, który kompletnie pogubił trzeźwe myślenie, złamał zasady i pojawił się pod jej domem z pierdoloną choinką, zabierając ją Bóg wie gdzie, tylko po to,
bo chciał spędzić z nią czas, pomimo wszelkich przeciwności. Bo to jego uczucie było gotowe spalić wszystko na swojej drodze, byle tylko dostać to, czego chciał. I Pilar mogła się przed tym bronić, ile tylko miała pokładów sił, ale przecież w środku podzielała tą miłość. Bo przecież oni wszystko dzielili na pół. Jedynie z tą różnicą, że on się temu kompletnie poddał, a ona wciąż walczyła z samą sobą. Ale to w żadnym stopniu nie umniejszało temu, co do niego czuła.
Kurwa.
—
Madox… — zaczęła chłodno, robiąc krok w jego kierunku, jeszcze sama nie do końca pewna, co dokładnie wyjdzie z jej ust. Tylko finalnie nie wyszło z nich nic więcej, bo wtedy on kompletnie postradał rozum i… wypierdolił swój telefon gdzieś w pole. Pilar zdążyła szeroko wywalić oczy i spojrzeć na niego jak na wariata.
—
Do reszty cię pojebało?! — krzyknęła, niwelując dzielącą ich odległość. Umieściła dłonie na jego kurtce, dokładnie na wysokości tatuażu lwa, a następnie pchnęła go mocno, jakby to miało sprawić, że się opamięta. —
Kto normalny tak robi? — warknęła, wskazując dłonią na miejsce, w którym wylądował jego telefon. A dokładniej na
zaspę, bo komórki z pewnością nie było widać z miejsca, w którym stali.
—
Myślisz, że wypierdolisz telefon w powietrze i to wszystko załatwi? — znowu go popchnęła, praktycznie od razu niwelując te pół kroku, które on automatycznie wykonał w tył pod wpływem jej siły. —
Że ja nie widzę, że ci zależy? — i znowu to samo. Czuła, jak serce wali mocno w piersi, a w całym ciele krąży niekontrolowany ogień, podczas gdy Pilar powoli wchodziła w charakterystyczną dla siebie fazę
eksplozji — momentu, w którym ulewa się jej do tego stopnia, że w końcu zaczyna wyrzucać z siebie wszystko, co tylko nawinie się na język. —
Że ci nie ufam? Że mi to jest wszystko obojętne? Że ta cała sytuacja nie skręca mnie kurwa do jebanego bólu? — ciskała kolejnymi pociskami, raz po raz, ciągle na niego napierając, aż gdzie po drodze zgubiła czapkę z pomponem. Cały ten czas spojrzenie miała zawieszone na jego szeroko otwartych, obłędnie czekoladowych oczach, tak intensywnie w nią wpatrzonych. —
Tak myślisz? — warknęła, tym razem wcale go nie popychając, a po prostu podchodząc do niego tak blisko, że ich kurtki ocierały się o siebie, podczas gdy dłonie Pilar zawędrowały w górę. Zacisnęła palce na grubym materiale i — tak dla odmiany — przyciągnęła go jeszcze bliżej, by jej następne słowa mogły osadzić się na jego pełnych, zaczerwienionych wargach i wypiekach na polikach. —
To gówno wiesz — rzuciła ostro, pozwalając tym trzem słowom wybrzmieć. Bo może one wcale nie brzmiało jakoś
pięknie, nie były idealnie ułożone, nie mówiły bezpośrednio jak bardzo jej zależało, jak mu ufała i jak kurewsko za nim tęskniła, ale były za to w pełni
jej — równie chaotyczne, nieposkładane i wyrzucone z siebie w przypływie chwili. Resztę musiał już wyczytać z jej oczu, które patrzyły na niego z prawdziwym ogniem, tęsknotą i
uczuciem, tak silnym, że cała aż drżała. Bo Pilar Stewart naprawdę była
loco. I chyba tylko Madox był równie pierdolnięty, by to zrozumieć.
Madox A. Noriega