-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzała na Evinę spod przymrużonych powiek, choć wzrok miała jeszcze nieco nieobecny. Sunęła dłońmi po nagich ramionach, czując pod palcami znajome wypukłości żeber, a potem objęła ją mocno w pasie i przechyliła głowę, przyglądając się uważnie twarzy narzeczonej.
— Czyżby? — zapytała cicho, gdy padło wyznanie. Ona też tęskniła, może nawet bardziej, niż była gotowa przyznać. I choć mogło się wydawać, że wcześniejsze milczenie zostało przykryte bliskością, że wszystko rozmyło się w dotyku i oddechu, prawda była inna. Seks nie był rozwiązaniem na wszystkie problemy świata. Mógł być, ale w rzeczywistości dawał tylko złudzenie, że wszystko znowu było na swoim miejscu. — Wiesz, że wystarczyło ze mną porozmawiać? — uniosła brwi i odgarnęła jej kosmyk włosów za ucho, po czy przysunęła się jeszcze bliżej i musnęła ustami linię żuchwy. — Jesteś taka uparta, że czasem mam ochotę cię udusić — mruknęła, przygryzając skórę na szyi, na której pozostawiła ukrwiony ślad.
Zaylee wcale nie była lepsza. Przez większość czasu unikała Swanson, chociaż robiła to głównie dlatego, że ta nie inicjowała konwersacji. Miała prawo czuć się urażona i oczekiwać wyjaśnień. Może też przeprosin? Sama już nie wiedziała. Na pewno potrzebowała normalności, ale bez udawania, że nic się nie wydarzyło, bo to nie dawało jej spokoju.
— To i tak cię nie ominie — poinformowała lojalnie. — Koniec z zamiataniem wszystkiego pod dywan — dodała stanowczo, ponownie spoglądając w niebieskie tęczówki, które tak dobrze znała i których tak jej brakowało.
W trakcie tych cichych dni Miller miała dużo czasu, żeby przemyśleć niektóre rzeczy. Uświadomiła sobie, że czegokolwiek nie próbowałaby zrobić, nie odwiedzie Eviny od pomysłu wywabienia Blythe'a. Mogła jedynie użyć swoich analitycznych umiejętności i dopilnować, żeby wszystko poszło zgodnie z planem . A przede wszystkim zadbać o jej bezpieczeństwo. Zrozumiała, że im mocniej naciskała, tym bardziej narzeczona szła w zaparte. Trudno było wyperswadować jej z głowy cokolwiek, co i tak już dawno zdołała sobie ubzdurać.
Ale czy Zaylee nie była w gruncie rzeczy dokładnie taka sama? Czy ona również nie brnęła ślepo w swoje racje, uparcie ignorując to, że każdy kolejny krok może prowadzić prosto do katastrofy? Miała tę samą skłonność do zaciskania zębów i pchania spraw dalej, nie zważając na skutki. Właśnie dlatego były do siebie tak cholernie podobne. Dwie osoby o identycznie (i czasami idiotycznie) twardych kręgosłupach, tej samej nieustępliwości i obsesyjnej potrzebie postawienia na swoim.
I chyba właśnie dlatego potrafiły stworzyć związek. Nie dlatego, że było im łatwo, ale dlatego, że rozumiały się aż za dobrze. Widziały w sobie nawzajem to samo ryzyko i ten sam potencjał do autodestrukcji. W innym układzie, z kimś mniej odpornym albo bardziej ugodowym, prędzej czy później któraś z nich po prostu pierdolnęłaby tym wszystkim w pizdu. Z różnych powodów. Z czystej frustracji, z poczucia niezrozumienia albo po prostu z braku przestrzeni na własne demony.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Uwielbiała to spojrzenie, którym obdarzała ją narzeczona. Momentalnie zaczynała się relaksować, będąc świadomą tego, że obie otrzymały upragnione spełnienie. Kojący dotyk dłoni, które sunęły po jej ciele, eksplorując je powoli centymetr po centymetrze również pomagał jej rozluźnić spięte mięśnie.
- Wiem - odpowiedziała i westchnęła błogo, gdy tylko usta Zaylee musnęły skórę jej żuchwy. - Ale jakoś... Nie potrafię, a fakt, że jeszcze żyję najlepiej świadczy o tym jak mnie kochasz.
Uśmiechnęła się nawet zaczepnie, ale zaraz jej gardło opuścił słaby jęk, gdy poczuła jak koronerka przygryza skórę na jej szyi. Bezwiednie zacisnęła mocniej dłonie na bokach kobiety, wbijając paznokcie w jej talię i przesuwając nimi w górę jej żeber.
Obie były naprawdę kiepskie, kiedy chodziło o komunikację. Zwłaszcza, gdy chodziło o uczucia chociaż na tym etapie związku powinny mieć to już dawno opanowane. Niestety, można było je uznać za swoiste kaleki emocjonalne, które nie potrafiły się odpowiednio wysłowić oraz odsłonić ze swoimi słabościami czy popełnianymi błędami.
- Dobrze. Jak sobie życzysz - odpowiedziała, ujmując jeszcze we własne palce szczękę Zaylee, aby unieść jej twarz i móc raz jeszcze spojrzeć jej w oczy.
Za każdym razem, gdy były tak blisko miała wrażenie, że zatraca się w niej. Pochłaniał ją ciepły brąz tęczówek, w których niejednokrotnie widziała odbijającą się miłość oraz uwielbienie. Zresztą sama chyba patrzyła na nią w podobny sposób.
Nie mogły całkowicie odpuścić rozmowy. W końcu będą musiały ją podjąć. Na razie jednak mogły jeszcze na chwilę nie przejmować się tym wszystkim. Jeszcze jeden pocałunek skradziony z warg koronerki był wszystkim na czym chciała się skupić.
Były do siebie tak cholernie podobne. Działały pod podobnymi impulsami. Analizowały wszystko pod każdym możliwym kątem, ale z ich dwójki to Evina zdawała się bardziej skora do ryzyka, a to wydawało jej się opłacać w momencie, gdy zyskałaby możliwość przymknięcia mężczyzny, który mógł zagrażać im jeszcze przez długi czas. Na razie nie pragnęła niczego innego...
Emocje zdawały się zniknąć przynajmniej na chwilę. Były tylko one i ta pełna czułości chwila w kuchni, która mogła trwać tak długo jak tylko tego chciały.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Właśnie dlatego tak kurewsko bała się, że mogłaby ją stracić. Ta myśl ściskała jej krtań mocniej niż czyjakolwiek dłoń. Bez Eviny nie miała pojęcia, kim była. Jakby jej tożsamość istniała tylko w odbiciu tych oczu i w głosie, który potrafił ją uspokoić albo rozbić na kawałki jednym zdaniem. Właściwie nie do końca pamiętała, jak wyglądał jej świat bez niej. Wspomnienia tamtej Miller zacierały się z każdym dniem, a to, co przetrwało, i tak krążyło głównie wokół pracy. Swanson była jedynym elementem chaosu, na który Zaylee sobie pozwalała. Jedyną słabością, której nie próbowała naprawić ani wyplenić. I jedynym powodem, dla którego wciąż wierzyła, że poza sekcjami zwłok istnieje coś jeszcze — coś, co boli równie mocno, jak daje sens.
Odwzajemniła muśnięcie ust i pociągnęła narzeczoną za włosy, jednocześnie zaczepnie zagryzając płatek jej ucha. Mogłyby trwać w tym stanie bez końca, ale Zaylee za dobrze znała narzeczoną, żeby wiedzieć, że jeśli nie odbędą tej rozmowy teraz, to znów odłożą ją na wieczne nigdy. Nie było lepszego momentu niż teraz, kiedy odreagowały i czuły się spełnione. Dlatego zwinnie wyswobodziła się z jej objęć i cisnęła w nią koszulką, którą znalazła pod nogami. Wzrokiem zlokalizowała również swoją bluzkę, którą naciągnęła przez głowę oraz bieliznę. O resztę garderoby nie dbała. Zresztą i tak nie potrafiła jej znaleźć.
Odsunęła jedno krzesło przy stole i wskazała na nie zapraszającym gestem, po czym sama zajęła miejsce po przeciwstawnej stronie.
— Jaki jest plan? — zaczęła prosto z mostu, bez zbędnego owijania. — Z Blythem. Jaki jest plan? — powtórzyła, bo nie wierzyła, że w ciągu tych kilku dni jeszcze niczego nie zdołali ustalić ze Sloanem. — Nie będę ci mówić, że to idiotyczne, bo znasz moje stanowisko, ale muszę wiedzieć na czym stoimy. I co mogę zrobić, żeby ten kutas nie odstrzelił ci głowy — powiedziała dobitnie, co akurat było najistotniejszą kwestią. Liczyło się tylko to, żeby Evina wyszła z tej zasadzki bez szwanku. — Powiedz, a będziesz mogła zrobić ze mną co tylko, kurwa, zechcesz — dodała na zachętę. Musiała znaleźć jakiś sposób, żeby skłonić narzeczoną do rozmowy. A jeśli wizja tego, w jaki sposób mogłaby ją przelecieć, dlaczego Zaylee miałaby nie zastosować propozycji quid pro quo, w której skorzystają obie ze stron? Trzeba było jakoś sobie radzić, kiedy jedna ze stron była upośledzona emocjonalnie, a druga wierciła dziurę w brzuchu.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zamierzała pozwolić na to, aby cokolwiek miało się stać koronerce. Nie dopóki miała na to jakiś realny wpływ. Chociaż wiedziała, że powinna żyć dla niej to jednak w ostateczności była gotowa nawet zginąć byle tylko uchronić ją od podobnego losu. Wiedziała również, że Zaylee byłaby gotowa na podobne poświęcenie, co sprawiało, że za każdym razem w takich momentach występował pewien konflikt interesów. Żadna z nich nie chciała zgodzić się na to, aby ta druga samotnie się narażała.
Liczyła na coś więcej. Mimowolnie jęknęła na to nagłe pociągnięcie za włosy i odchyliła głowę w tył, aby dostosować się do chwytu oraz wyeksponować szyję, która jak przypuszczała, stanie się celem kolejnych pocałunków Miller, ale ta jedynie przygryzła płatek jej ucha i odsunęła się.
Evina poczuła ukłucie zawodu, gdy tylko koronerka wyswobodziła się z jej objęć i rzuciła w nią podniesioną z podłogi koszulką. Ta jedna krótka chwila była wystarczająca, aby na nowo zaczęła ogarniać ją wzbierająca fala podniecenia oraz pojawił się ucisk w podbrzuszu, ale zdawała sobie sprawę z tego, że narzeczona tak łatwo nie ulegnie.
Wciągnęła na siebie bluzkę i na razie nie przejmowała się szukaniem jakichkolwiek innych części garderoby. Choć może powinna, bo nawet usiadłszy na skraju krzesła, poczuła jak lepkie wciąż było jej ciało. Zdecydowanie po wszystkim będzie musiała wziąć prysznic.
- Aktualnie staramy się go namierzyć poprzez McMurphy'ego - odpowiedziała spokojnie, opierając się założonymi ramionami o blat stołu i pochylając się ku koronerce. - Badamy jego zniknięcie i liczymy na to, że pozwoli nam to w jakiś sposób zbliżyć się do Blythe'a.
Na razie nie mieli zbyt wielu możliwości, ale zamierzali wykorzystać wszystko, co było możliwe, aby w końcu wpaść na trop zabójcy, który zdawał się być coraz bliżej i stwarzać jeszcze większe zagrożenie niż kiedykolwiek. Westchnęła ciężko i spojrzała raz jeszcze na narzeczoną. Miała wrażenie, że nagle stała się dziesięć razy bardziej zmęczona.
- Oddałam klucze do chatki pod miastem. Smith ma się upewnić, że będzie tam bezpiecznie jeśli zdecydujemy się na prowokację. Gdybyśmy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia... - odpowiedziała i zabębniła palcami o stół, starając się jakoś przetworzyć tę próbę przekupstwa. - Nie podoba mi się to, ale jeśli tylko Blythe zagra zbyt ostro to postaramy się, aby uwierzył w to, że nas przestraszył.
Niektóre szczegóły wciąż dopracowywali. Mieli na głowie zdecydowanie zbyt wiele, aby zająć się tym od początku do końca. Nie wiedzieli, co takiego Blythe miał w planach. Dostosowanie się do tego szaleńca było prawdziwym wyzwaniem.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Słuchając narzeczonej, starała się zachować neutralny wyraz twarzy, ale w środku drżała z niepokoju. Ta zorganizowana akcja nie przypadła jej do gustu pod żadnym względem. To było zbyt ryzykowne i podskórnie miała złe przeczucia związane z prowokacją. Plan opierał się głównie na upozorowaniu wzajemnej izolacji, na stworzeniu pozorów dystansu, tak aby Blythe uwierzył, że rzeczywiście udało mu się je zastraszyć i rozbić ich jedność. Miało to uśpić jego czujność, dać im chwilę oddechu i przewagę, której tak desperacko potrzebowały.
— Czyli, jeśli wszystko inne zawiedzie, dopiero w ostateczności pozwolimy, żeby myślał, że dopiął swego? — upewniła się, przetrawiając informacje. Przymknęła oczy i docisnęła palce do nasady nosa. To już nie była teoria ani luźna koncepcja, tylko realne zabezpieczenie na wypadek, gdyby wszystko wymknęło się spod kontroli i nie udało namierzyć się Blythe'a w inny sposób, zanim on wykona następny krok. — Rozumiem, co chcesz osiągnąć, Evina. Udajemy, że się izolujemy, pozwalamy Blythe’owi myśleć, że nas złamał. W teorii to brzmi sprytnie. Ale w rzeczywistości... — urwała i podniosła na nią ciemne oczy. Swanson musiała wiedzieć, co chciała powiedzieć. Obie wiedziały, że to aż prosiło się o kłopoty.
Jednak myślami była już kilka kroków dalej, analizując plan Eviny na własnych zasadach. Udawana izolacja nadal budziła w niej sprzeciw, ale jedno wiedziała na pewno — bierne czekanie nie wchodziło w grę.
— Jesteś pewna, że możemy ufać Smithowi? — dopytała ostrożnie. Owszem, facet pomógł uratować jej życie, kiedy została uprowadzona przez Caleba Fostera i za to należało mu się uznanie. Ale z drugiej strony bez większych oporów wysypał się z tego, co później działo się w kanałach. A to nie było coś, co dało się zbyć machnięciem ręki. Jaką miały gwarancję, że nie spierdoli, kiedy zrobi się naprawdę gorąco? Żadnej. Dlatego wolała mieć go na oku. — To on ma obserwować chatkę i interweniować, jeśli zajdzie taka potrzeba? — upewniła się, zapierając się łokciami o blat stołu. — Jeśli tak, to chcę tam być razem z nim — oznajmiła stanowczo. Widziała, jak na twarzy Eviny maluje się sprzeciw, jednak zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, Miller odruchowo podniosła dłoń w uciszającym geście. — Tak, wiem, co teraz powiesz. Że to ryzykowne. Że nie powinnam się wychylać. Że to zła decyzja. Ale postaw się na moim miejscu. Ty też nie siedziałabyś spokojnie, gdyby to mnie przyszło wystawić się na rzeź — jej głos stwardniał, ale nie było w nim agresji, raczej szczera determinacja.
Myśl o tym, że Swanson miałaby znaleźć się w niebezpieczeństwie, uruchamiała w niej serię obrazów, których wolała nie dopuszczać do świadomości. Nie chodziło o kontrolę ani o potrzebę bycia w centrum wydarzeń. Chodziło o to, że znała zbyt wiele scenariuszy, w których jeden drobny błąd kończył się tragedią. Zaylee wiedziała, że jeśli zostanie z tyłu, każda minuta będzie rozciągała się w nieskończoność. Że będzie analizować każdy możliwy wariant, każde opóźnienie i każdy brak kontaktu. A bezczynność bolała ją bardziej niż strach. Bycie na miejscu dawało jej iluzję wpływu. Możliwość zareagowania i wkroczenia w odpowiednim momencie. Jeśli coś miało pójść nie tak, wolała stanąć między zagrożeniem a Eviną, niż żyć ze świadomością, że mogła zrobić więcej, ale tego nie zrobiła.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była świadoma emocji, które należało trzymać na wodzy. W końcu chodziło o kwestie związane z ich bezpieczeństwem, a te nigdy nie potrafiły być obojętne. Nawet jeśli starały się zachowywać stoicki spokój i neutralny wyraz twarzy to znały się wystarczająco, aby zawsze dojrzeć choćby lekki ślad niepokoju. Wystarczyło jedno spojrzenie lub pozornie nic nie znaczący gest, aby odczytać to, co działo się w głowie Miller.
- To ostateczność - potwierdziła, kiwając głową, aby uspokoić narzeczoną. - Wiem jaka jest stawka. Nie robiłabym ci tego, gdybym wiedziała, że jest inna opcja.
Dlatego właśnie zaproponowała takie rozwiązanie w pierwszej kolejności. Nie mieli wtedy kompletnie nic, a nie chciała dopuścić do tego, aby Blythe cały czas kręcił się gdzieś w tle i stanowił zagrożenie zarówno dla Zaylee jak i Sama. Była przekonana o tym, że nie chciał ich skrzywdzić fizycznie, ale nawet psychologiczny aspekt jego obecności był dla nich niezwykle obciążający.
- W rzeczywistości po prostu wystawiam mu się. Będzie chciał mnie dorwać. Chciał działać na własnych warunkach, ale jeśli poczuje, że naprawdę się go obawiam... Może zwabi go zapach tego, co weźmie za strach - wtrąciła, bo pracowała już wcześniej nad sprawą Blythe'a i wiedziała jakim typem człowieka był.
Przytaknęła głową na wzmiankę o Barneyu. Jeśli chodziło o podobne sprawy to ufała mu jak najbardziej. Nie była pewna, co zrobiłaby, gdyby chodziło o bardziej kontrowersyjne sprawy, ale póki chodziło o zapewnienie jej bezpieczeństwa to Smith wydawał się odpowiednim specjalistą.
- W tej kwestii tak. Robi zawsze to, co do niego należy. Czasem aż do przesady - odpowiedziała, bo doskonale wiedziała do czego piła Zaylee.
Może i Smith raz ją sprzedał przełożonym, ale wiedziała, że był jednym z najlepszych funkcjonariuszy. Zawsze wykonywał swoje obowiązki i był honorowy. Mogła się spodziewać tego, że nie utrzyma języka za zębami odnośnie tego jak to chciała ukatrupić Fostera, gdy tylko go dorwała.
Chciała zaprotestować, gdy tylko Miller powiedziała, że chce brać udział w tym wszystkim, ale zamilkła, widząc ja ta unosi dłoń. Pozwoliła jej się wypowiedzieć do końca i musiała przyznać, że musiała się zgodzić. Nie potrafiłaby siedzieć bezczynnie.
- Nie dasz mi powiedzieć, że to co innego - stwierdziła, bo znała ją już wystarczająco dobrze.
Swanson była przeszkolona. Naturalnie brała udział w różnego rodzaju akcjach, bo to było wpisane w jej zawód. W przeciwieństwie do koronerki, która powinna tkwić cały czas w prosektorium albo jeździć jedynie na miejsca zbrodni, aby dokonać tam oględzin ciała i zabrać je do swojej chłodni. Tylko, że ta konkretna koronerka chciała ciągle pchać się w sam środek wydarzeń.
- Dobrze wiesz, że mi się to nie podoba. Nie mam pojęcia jak miałoby to wyglądać - przyznała szczerze, ale na tym etapie praktycznie nie miała już sił na to, aby dalej się sprzeczać. Tym bardziej, że wyglądało na to iż powoli dochodziły do porozumienia.
Były przypadkiem beznadziejnym. Tego jednego mogła być pewna. Tak samo jak tego, że w końcu ugnie się skoro już Miller postanowiła uhonorować to, co zamierzali zrobić z prowadzącymi sprawę funkcjonariuszami.
- Mogę porozmawiać o tym czy da się to jakoś załatwić... - powiedziała w końcu, ale specjalnie niczego jej nie obiecywała.
Nie chciała szczególnie forsować tego pomysłu. Czułaby się z nim źle. Wolała przenieść ciężar decyzyjny na kogoś innego.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— W porządku — skinęła głową, siląc się na spokojny ton. Nie chciała znów wyjść na furiatkę, kiedy w końcu zaczęły rozmawiać. Nic, co powiedziała Swanson nie brzmiało w pełni satysfakcjonująco, ale nie mogła w oczekiwać, że ta nagle porzuci sprawę, która dotyczyła jej bezpośrednio. To tak nie działało. — W takim razie zróbcie wszystko, żeby ta konieczność stała się jedynie alternatywną opcją — poprosiła i sięgnęła po jej dłoń. W rzeczywistości Miller wcale się nie łudziła. I choć chciała, aby inne sposoby były skuteczniejsze, to na razie nic nie wskazywało, aby Blythe zaczął gubić się we własnej grze. Nie mogły się oszukiwać, bo to on ciągle rozdawał karty.
Uśmiechnęła się pod nosem. Nie chodziło o pozostaniu przy swoich racjach, ale o to, że wreszcie doszły do sensownego porozumienia. Mogły współpracować i żadna nie musiała stać z boku. Na razie Zaylee zamierzała zająć się analizowaniem dokumentów, tak, jak na samym początku obiecał Sloan i mogła tylko cierpliwie czekać, aż pozwolą jej towarzyszyć Smithowi podczas obserwacji wspomnianej chatki.
Podniosła się z krzesła, podeszła do narzeczonej i usiadła usiadła na niej okrakiem, jednocześnie chwytając zębami za jej dolną wargę.
— Przysięgam, że jak coś ci się stanie, to sama cię zapierdolę — powiedziała poważnie. To nie była groźba rzucana na wiatr, tylko jedna z tych obietnic, których dotrzymuje się bez względu na konsekwencje. Skoro Swanson świadomie pakowała się w takie gówno, musiała na siebie uważać. To był jej zasrany obowiązek wobec samej siebie i wobec niej. — Chyba częściej powinnam stosować zasadę coś za coś, bo nagle zrobiłaś się strasznie wygadana — stwierdziła, otulając oddechem jej twarz.
Zamierzała dotrzymać danego słowa i pozwolić ukochanej zrobić z nią dokładnie to, o czym tylko marzyła, bez wycofywania się w połowie i bez stawiania murów w ostatniej chwili. Bo Zaylee można było zarzucić naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że była gołosłowna. Zwłaszcza w sprawach, które traktowała śmiertelnie poważnie. Tym bardziej że przekonanie Eviny do szczerej rozmowy zawsze graniczyło z cudem. Każde pytanie odbijało się od wymijających albo zdawkowych odpowiedzi, które finalnie niczego nie wyjaśniały. Tym razem było inaczej. Była to też jedna z nielicznych rozmów, które nie zakończyły się podniesionym głosem ze strony Miller ani upartym milczeniem ze strony Swanson. A jak na nie to już zajebisty progres.
Evina J. Swanson
-
Bet I could change your life
You could be my wife
Could get into a fight
I'll say, "You're right"
And you'll kiss me goodnight
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedział jak bardzo sprawa Blythe'a wykańczała psychicznie koronerkę. Dlatego chciała jak najszybciej ją skończyć, ale nie mogła jednocześnie ryzykować, że w związku z tym dopuści do tragedii, z którą Miller nie mogłaby żyć. W końcu związały się ze sobą za mocno. Na tym etapie nie potrafiły wyobrazić sobie jak to byłoby nie być razem...
- Taki jest plan - przytaknęła po prostu.
Na razie robili co mogli, a jak to się skończy... To już pokaże czas. Ze swojej strony mogła jedynie zapewniać narzeczoną o tym, że postara się zrobić, co w jej mocy, aby zakończyć wszystko jak najszybciej i w miarę możliwości bez narażania się na zbyt wielkie ryzyko, ale... Doskonale wiedziały, że życie ich nie rozpieszczało i wielce prawdopodobne, że jednak nie będą miały innego wyjścia.
Nareszcie udało im się dojść do jakiegoś porozumienia. Zapewne mogłyby to osiągnąć dużo szybciej, ale padło zbyt wiele niepotrzebnych słów. Słów, za które wciąż nie przeprosiły i nie wyjaśniły ich odpowiednio. To jednak może nie było tak istotne jak powód całego tego konfliktu, który od kilku dni uwierał je pod skórą.
- Postaram się nie dać ci okazji - zamruczała i odruchowo wsunęła dłonie pod brzeg koszulki narzeczonej, aby ułożyć dłonie na miękkiej skórze jej talii.
Potrzebowała tego jednego pocałunku jak tlenu. Musiała zniwelować dzielącą je odległość. Przesunąć językiem po dolnej wardze koronerki i pocałować ją tak jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Właśnie tego teraz pragnęła.
- Tak uważasz? - zapytała, jeszcze odsuwając się na chwilę, aby móc spojrzeć raz jeszcze w te ciemne oczy, które wydawały jej się zawsze niezwykle hipnotyzujące.
Szczerze powiedziawszy to zapomniała o tym. Chciała już wcześniej zbyć to wszystko, bo nie o to jej chodziło. To nie miała być szczera rozmowa w zamian za wymarzony seks. Nie myślała o tym wszystkim ani przez chwilę. Po prostu była już za bardzo zmęczona. Poddała się i to właśnie przez to niejako postanowiła przystać na warunki, które chciała postawić jej Zaylee. Zresztą obie zdążyły zapewne od tego czasu już co najmniej kilkanaście razy przemyśleć wszystkie swoje opcje.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Narastające zmęczenie odbijało się nie tylko na ich samopoczuciu, ale też na relacji. Mogłoby się wydawać, że razem są silniejsze, że wspólnota pozwoli im unieść wszystk, jednak niejednokrotnie przekonały się o tym, że nawet najtrwalsze więzi mają swoje granice. Każda z nich niosła własny lęk, własne wątpliwości i własny próg wytrzymałości. W pewnej chwili zamiast więc dawać sobie oparcie, zaczęły naskakiwać na siebie, raniąc się podłymi, nieprzemyślanymi słowami. Emocje wymykały się spod kontroli, a frustracja znajdowała ujście tam, gdzie bolało najbardziej. Paradoksalnie nie wynikało to z obojętności czy złości, lecz z obawy i troski.
Miller odwzajemniła pocałunek. Przez chwilę trwała w objęciach narzeczonej, aż w końcu zsunęła się z jej kolan i chwyciła za rękę, podciągając do góry.
— Nie wiem — odparła, bo może faktycznie jej metoda wcale nie była aż tak skuteczna, tylko to Evina była cholernie zmęczona zaistniałą sytuacją. — Zawsze warto próbować — wzruszyła lekko ramionami, bo przecież nawet nie nie łudziła, że nigdy więcej się nie pokłócą. Ani w to, że nagle Swanson stanie się najbardziej wygadaną kobietą świata. Może następnym razem mała zachęta nie okaże się taką najgorszą opcją.
— Chodźmy pod prysznic — zadecydowała, ruszając korytarzem w stronę schodów. — A później do łóżka. Ostatnie noce były beznadziejne — mruknęła, splatając palce dłoni z palcami ukochanej. Co z tego, że fizycznie spały obok siebie, jak mentalnie każda z nich była gdzie indziej.
Mimo wszystko Zaylee była dumna, że żadna z nich nie złamała złotej zasady nieuciekania z sypialni w sytuacjach kryzysowych. Choć niewątpliwie obie miały na to ochotę, a także realne możliwości, żadna się na to nie zdecydowała. Wystarczyłoby przenieść się do innego pokoju albo po prostu nie wrócić na noc z komisariatu. Ten pozornie drobny gest miał jednak większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Był dowodem na to, że darzyły się wystarczająco dużym szacunkiem i troską, aby nie dokładać tej drugiej kolejnych zmartwień. Nawet wtedy, gdy same ledwo radziły sobie z emocjami.