Brew jej wyżej drgnęła, ale nie odpowiedziała.
To, że się nie odzywała przy matce to było niegrzeczne, tylko dlatego, że to była bardzo bezpieczna opcja. Od dziecka była przyzwyczajona do tego, że każda jej decyzja była oceniana. Co zje, jak stanie, jak trzyma łuk, jak odpowie komuś obcemu. Matka poprawiała ją nie tylko na treningu, ale też w codziennych sytuacjach. Jeśli córka mówiła coś „nieprecyzyjnie” albo „nie tak, jak trzeba”, rozmowa była przerywana i przejmowana przez osobę dorosłą. W końcu dziewczyna zrozumiała, że mówienie samodzielnie kończy się korektą albo niezadowoleniem.
Aż w końcu stało się to nawykiem.
Najpierw spojrzenie w stronę matki, szybka ocena jej reakcji, dopiero potem odpowiedź albo działanie. Skupienie i podporządkowanie czyniły mistrzynię, a spontaniczność była nieprofesjonalna. To nie tak, że Raven się bała. Ona po prostu odruchowo sprawdzała czy nie popełnia błędu, przez który później otrzyma upomnienie w domu.
To był już mechanizm wyuczony przez lata.
Gdy kobieta znikała, Raven w końcu mogła oddychać. Tak jak teraz.
—
To kobieta, która nie lubi tracić kontroli. — Bo chociaż częściowo oddawała ją innemu trenerowi, to i tak wolała trzymać rękę na pulsie. Chciała obserwować, kontrolować i słyszeć wszystkie uwagi. To była kobieta, która musiała być u góry i zawsze musiało być na jej. Jak nie w ten sposób, to inny. To był idealny przykład człowieka, który dążył do celu po trupach.
Zander miał być pierwszą osobą, która wygoniła ją z treningu.
Miła odmiana, gdy nie czuła tego toksycznego oddechu za plecami.
Zlustrowała go spojrzeniem z góry do dołu. Nie był stary, a przynajmniej nie wyglądał, ale zdecydowanie był starszy od niej oraz jej znajomych ze szkoły czy nawet z zawodów. W klasie juniorów był pewien przedział wiekowy i on się do niego nie zaliczał. Poza tym, była przyzwyczajona do tego, aby do trenerów, z szacunku, zwracać się per „pan”.
Przejście na „ty” było kolejną odmianą.
Dwie w ciągu jednego, zapoznawczego treningu. Niezły wynik. Jej matka zapewne nie byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw. Znowu.
—
Raven — odpowiedziała, wyciągając rękę w kierunku mężczyzny, aby się z nim zapoznać.
Nie miała większego problemu, aby przejść na relację mniej oficjalną, chociaż jak wiadomo, przyzwyczajona była do tego, aby przy wszystkich zachowywać się profesjonalnie. W końcu chodziło o jej wizerunek sportowy, a każdy trener miał mimo wszystko swoje nazwisko. To, że Zander nie brał udziału w zawodach, nie oznaczało, że go nie znano.
A każda opinia w internecie mogła się na niej odbić.
Prychnęła pod nosem gorzko na jego uwagę.
—
Osiemnaście w styczniu. Wystarczająco, żeby wiedzieć, kiedy lepiej mówić, a kiedy trzymać gębę na kłódkę, by nie oberwać rykoszetem — powiedziała, krzyżując ręce na piersi. On jeszcze nie wiedział, ale Raven żyła z matką od zawsze. Wiedziała już jak i kiedy się zachowywać. W przypadku kobiety, nie mogła dyskutować, nawet o tym, aby samemu jeździć na treningi. Wiele razy próbowała i potem się to na niej odbijało. Gdy coś chciała, potem kobieta robiła wszystko na opak, jakby na złość. Gdy było tak jak ona chciała, atmosfera była całkiem znośna.
Ale Zander tego nie wiedział. Jeśli zostanie na dłużej, to zapewne się dowie.
I sam zrezygnuje z tej roboty. Nikt nie wytrzymywał z jej matką.
Gdy usiadł, odruchowo zerknęła w stronę ławek, które znajdowały się po przeciwnej stronie. Mogli usiąść tam, ale… on wolał być na ziemi. Dołączyła do niego, siadając po turecku po przeciwnej stronie.
Jak wygląda twoja rutyna?
—
Wstaję o szóstej, jem szybko, zwykle to samo. Szkoła jest po drodze, więc robię minimum, żeby mieć spokój. — Minimum na czwórkę, bo mniej to wstyd. —
Po południu mam trening, najczęściej z matką za plecami albo według planu, który mi rozpisała. Rozgrzewka, technika, strzelanie. Ona zapisuje wyniki, błędy, generalnie wszystko. Zwykle robię około sześćdziesięciu strzałów, czasem więcej. Wieczorem analiza, przygotowanie sprzętu na następny dzień i sen. Każdy dzień wygląda podobnie. Jeśli coś się sypie, to cały plan też się sypie — wyjaśniła bez większego zaangażowania emocjonalnego, jakby na automacie. Wszystko miała wyliczone do minuty, a dzień miała dokładnie zaplanowany. I nie miała dni odpoczynku czy regeneracji. Nie mogła się obijać. Położyć na kanapie i pograć w głupią grę na Playstation. Nie mogła decydować o własnym, wolnym czasie.
Gdy miało się matkę „Total Control Freak”, to żyło się pod jej dyktandem.
—
Na treningu najpierw sprawdzam sprzęt, potem kontroluję strzały. Zakładam ochraniacze, potem kilka oddechów na wyciszenie, Rozgrzewka trwa około piętnastu minut. Potem zabieram się za strzelanie na krótkim dystansie, bez liczenia punktów. Kolejny jest trening główny po sześć strzałów na zmiennych dystansach. Tu już liczę punkty i notuję wyniki. Na koniec się rozciągam, a po wszystkim analizuję cały trening. — Proste.
Zander Morningstar