Wcale nie podobał mu się pomysł spędzenia nocy w innym miejscu. A jeszcze mnie, jakby to miało być
kilka dni. Nie czuł się z tym komfortowo i nowe miejsce nie zapewni mu ani odrobiny poczucia bezpieczeństwa, ani nawet nie miał na to funduszy. Skromna wypłata, jaką dostawał na stacji benzynowej wystarczyła na pokrycie podstawowych potrzeb i czasem zaoszczędzenie dosłownie kilkudziesięciu dolarów, które i tak za kilka miesięcy musiał wydać na coś mniej lub bardziej niespodziewanego. Życie Jacoba Browna pod względem ekonomicznym (czy w ogóle jakimkolwiek innym) ani trochę nie przypominało życia Davida Monroe. Chciał odpyskować, wytknąć tej heterze cokolwiek, co by mu ślina na język przyniosła, naprawdę. Ale w jakimś niewyjaśnionym odruchu instynktu samozachowawczego ugryzł się w język. Mocno. Aż poczuł w ustach metaliczny posmak krwi, co jednocześnie otrzeźwiło miotający się umysł i rozjuszyło dodatkowo.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał świadomość słuszności takiego postępowania. Mickey miała rację i przyznanie jej tego nawet tylko w głowie, przysparzało Jake'owi ogrom irytacji.
Wziął szybki, ciepły prysznic. Nie czuł, jak bardzo jego ciało jest wychłodzone, dopóki strumień wody nie zaczął spływać równomiernie po skórze. Gniew i strach trzymały go w tak głębokim stresie, że nie zauważał efektów spocenia po wysiłku i przemoczenia przez deszcz. Jeśli nie nabawi się przez to przeziębienia, to uzna to za ogromny łut szczęścia.
Spakował kilka podstawowych rzeczy do plecaka, zapierając się już w ten sposób, że opuszczenie mieszkania na dłużej niż jedna noc będzie koniecznością. Jedna para ubrań na zmianę, ładowarka do telefonu, szczoteczka do zębów. Schował wysłużony laptop do szafki pod telewizorem, chyba tylko po to, żeby w razie ponownego włamania nie kusił. Z przyzwyczajenia, nie zastanawiając się nad sensem tego co robi, zostawił wszystko tak, jakby wychodził znowu na kilka godzin, każdy szczegół, który dzisiaj wzbudził jego podejrzenia o "wizycie".
Zaciągnął na głowę kaptur czarnej bluzy, zanim wyszedł na chłodne powietrze. Zapiął kurtkę i wbijając dłonie w kieszenie, chowając głowę w uniesionych nieco ramionach, wyszedł z budynku. Zatrzymał się gwałtownie na jej słowa, jakby były jakąś nagle wyrastającą ścianą, której nie zauważył. Poczuł, jak obfity rumieniec złości i różnicy temperatur rozlewa się po szyi i policzkach, częściowo ukrywany przez brodę. Boże, jak on jej nie znosił! Miał strasznie infantylną ochotę popchną ją, żeby przewróciła się na motor i najlepiej razem z tym motorem na ziemię.
-
Masz taką fantazję, czy co? - Odwarknął to z wyraźnym zakłopotaniem ukrywanym pod złością, odwrócił się na pięcie i ruszył chodnikiem przed siebie. Nie wiedział gdzie miałby iść,
nie chciał nigdzie iść, ale cofnięcie się do mieszkania i stanie w miejscu byłoby w tej chwili jak zaakceptowanie przegranej. A tego by nie zdzierżył.
Mickey I. Gilmore