36 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005
The Binding of Castiglione della Pescaia
  Przez kilka kolejnyc dni nie wracał do tamtej rozmowy celowo. Unikał jej tak, jak unikał wszystkiego, czego nie potrafił zamknąć w jednoznacznej konkluzji. Problem polegał na tym, że ta cała rozmowa i tak wracała do niego. Nie w formie emocji, bo tych wciąż nie rozpoznawał u siebie w klasycznym sensie, ale jako zakłócenie w jego obwodach. Jako drobną zmianę w jego dotychczasowym sposobie myślenia, którego nie potrafił już całkowicie zignorować. Wcześniej wystarczało nazwać coś błędem i to, co do niego doprowadziło.
  A tym razem to coś leżał kilka metrów dalej, oddychał spokojnie i miał twarz Navi.
  Nie potrafił przestać myśleć o tym co powiedziała. Że zrobiłaby to znowu. Nie jako głupią prowokację rzuconą na przekór niemu, nie jako dramatyczną deklarację by uczynić to wszystko filmowym, tylko jakby to było coś oczywistego. Jakby to była informacja, imperatyw taki sam jak te, którymi posługiwał się on. To w tym wszystkim było najbardziej niepokojące, bo on nie miał możliwości ani by się z tym kłócić, ani faktycznie zapobiec. Ona po prostu postawiła go wyżej niż siebie, jakby to było całkowicie naturalne i nie wymagało uzasadnienia, którego on zawsze potrzebował.
  To nie był błąd w jej rozumieniu, ale nie potrafił przestać widzieć w tym błędu w swoim własnym systemie. Tyle że coraz częściej miał wrażenie, że ten system, który tak desperacko próbuje naprawić, by odzyskać porządek, nie leży po jej stronie. Gdyby chodziło tylko o jej impulsywność już dawno by ją odsunął i sobie z tym poradził. Tymczasem problem polegał na tym, że on reagował; ze jej decyzja nie odbiła się od niego jak od ściany, choć przecież skrajnie nielogiczna tylko zostawiła ślad, którego nie potrafił już zignorować tak po prostu.
  Nie lubił tego.
  Bardzo tego nie lubił.
  Nie lubił świadomości, że w jego działaniach pojawiła się zmienna, której wcześniej tam nie było, a jeszcze bardziej nie podobało mu się to, że ta zmienna nie osłabiała jego. Nie w sensie wywoływania chaosu czy utraty kontroli. Próbował to rozwiązać w inny sposób, izolując ją od siebie i siebie od niej, ale to nie dało niczego dobrego.
  A odczuwał głęboką potrzebę naprawę schematu, który nie zadziałał a który miał być jego odpowiedzialnością.
  Nie kochał jej.
  Nie w taki sposób, w jaki mogłaby sobie tego życzyć. Nie w sposób emocjonalny, bo po prostu nie potrafił nawet tego tak nazwać. Ale, jak jej mówił, stała się integralną częścią każdego jego dnia – a jej brak również odczuwał. I przez to, że jednak stała się jego częścią, tym glitchem, przez który jego myśli się dławiły, odczuwał głęboką potrzebę zapobieżenia wszystkiemu, co mogłoby postawić ją kolejny raz przed podjęciem decyzji tak skrajnie nielogicznej – a wręcz: głupiej – jak ta poprzednia.
  Jak rzucenie się przed odbezpieczoną broń, celem ochrony jego samego.
  Przed absurdalnym wyborem uzasadnionym słowami nie chciałam, abyś to był ty.
  I właśnie dlatego myśl o formalnym rozwiązaniu nie była ucieczką ani desperacją. Była konsekwencją w jego działaniach i konsekwencją w jego postanowieniach. Bo jeśli nie potrafił sprawić, by Navi przestała podejmować decyzje, które narażały ją na śmierć, jedynym sensownym wyjściem było sprawienie, by nie musiała ich podejmować sama. Nie przez zakazy, nie przez zamykanie jej w klatce, bo to było absolutne sprzeczne z tym, jak ją wcześniej układał – co też odbiło się buntem z jej strony. Jeśli już, to przez włączenie jej w jego własną strukturę, w której jej bezpieczeństwo nie będzie kwestią jednego wyboru, tylko czymś, co ta struktura zapewniała.
  Siedząc na krześle w drugim rogu pokoju, w którym spoczywała, już na kanapie, obracał w dłoniach jedyną część biżuterii, jaką kiedykolwiek na sobie nosił. Starą, złotą obrączkę, która nie była jedynie ładną i drogą błyskotką, a stanowiła jego przynależność. Przynależność do tej właśnie struktury, której potrzebował, aby lepiej zapobiegać błędom wobec i z ręki Navi.
  Podniósł spojrzenie z biżuterii na wnętrze pokoju, kiedy usłyszał pomniejszy ruch z naprzeciwka. Utkwił spojrzenie ciemnobłękitnych oczu w przebudzającej się sylwetce kobiety i tylko w ciszy analizował. Obserwował, jak wraca do jawy, zawieszając wzrok na każdej nieestetycznej, a jakże naturalnej zmianie w układzie jej włosów. Zdał sobie sprawę, że nawet ta nieestetyczność w niej była… estetyczna. Coś, co absolutnie mu nie przeszkadzało.
  — Ból dalej jest? — spytał, gdy zauważył, że ma na sobie jej uwagę.

Navi Yun
28 y/o
Welkom in Canada
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej głównym celem było jak najszybsze dojście do siebie.
Przez ostatnich kilka dni głównie spała, jadła i chodziła do łazienki. Pierwsze wstanie z łóżka było chwiejne, ale nie chciała, a także nie umiała zbyt długo bezczynnie leżeć. W końcu zawsze była za to karana, dlatego teraz miała po prostu wyrzuty sumienia, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Nawet jeśli miała do tego świetny powód. Dlatego też dość szybko postanowiła się podnosić i ruszać, aby jak najszybciej stać się samodzielną. Rana bolała, ale nie był to ból, którego nie mogłaby znieść. Akurat na niego była całkiem odporna.
Każdego dnia jednak była silniejsza. Jej organizm się regenerował. Starała się jeść tyle ile mogła, chociaż apetyt i tak miała kiepski, ale z tego co opowiadał lekarz, rana goiła się w porządku, a ona po prostu potrzebowała czasu. Z tego co powiedział, jej ciało szybko uzupełni stracone płyny, ale pełna odbudowa czerwonych krwinek i stężenia hemoglobiny mogła trwać tygodnie, jak nie dłużej. Wymagało to wsparcia diety bogatej w żelazo oraz witaminę C, a także oczywiście odpowiedniego nawodnienia, aby mogła uniknąć anemii pokrwotocznej.
Ale funkcjonować w miarę normalnie miała po tych kilku dniach. Maksymalnie do tygodnia.
Starała się skupiać na dojściu do siebie i nie poruszać zbyt wielu tematów, które mogłyby być niewygodne. Nie tylko dla niego. Sama też musiała przemyśleć pewne sprawy, a także zrozumieć własne myśli i odczucia, które były mocno skomplikowane. Z jednej strony były bardzo czytelne i oczywiste, ale z drugiej… ciężko jej było wyjaśnić to, co wzbudzał w niej Giovanni. Było w tym zbyt wiele sprzeczności, które przeplatały się w bardzo naturalny i gładki sposób.
Gdyby kiedyś miałaby powiedzieć o tym koleżankom na plotkach, to by im wieczoru nie starczyło.
Wiedziała z kim ma do czynienia. Może nie umiała się postawić w jego butach. Może nie wiedziała jak to jest „nie czuć”, ale wystarczało, że ona czuła. I wiedziała jak się czuła w stosunku do niego. Czy fakt, że Giovanni nie mógł czuć do niej nic na tyle określonego i silnego, co można by nazwać miłością coś zmieniał? Niewiele. Bo to rozchodziło się o jej uczucia. Jej przywiązanie. Jej bliżej nienazwaną sympatię, która kazała jej działać i go chronić.
Chyba też przywykła do tego, że w jej życiu nic nie było takie łatwe.
Tylko nie mogła pozbyć się tego dziwnego uczucia, które stało się bardziej wyczuwalne w ciągu tych ostatnich dni. I nie umiała go do końca określić.
Przebudziła się dość wcześnie. Na kanapie spędzała chcąc nie chcąc sporo czasu, ze względu na zalecenia, a przez to też odpoczywała jak nigdy wcześniej. Wysypiała się i chociaż nie budziła się w pełni sił, to tych każdego dnia przybywało coraz więcej.
Przeciągnęła się ostrożnie leżąc jeszcze w łóżku. Podniosła się do siadu na dłoniach i przeczesała palcami czarne, potargane po nocy włosy, aby chociaż częściowo je ułożyć. Był to ruch już wytrenowany, taki, który latami powtarzała, aby zawsze wyglądać dobrze.
Wtedy też poczuła na sobie spojrzenie, a jej oczom rzuciła się sylwetka siedząca na krześle. Dobrze jej znana sylwetka. Dokładnie ta sama, która od czasu postrzału, niezmiennie przy niej z jakiegoś powodu czuwała.
Ból dalej jest?
Tylko jak oddycham.
Nie taki duży — powiedziała zgodnie z prawdą. Wciąż odczuwała dyskomfort przy większych ruchach, ale rana będzie ją ciągnąć jeszcze przez jakiś czas. Gorsze dla niej były skutki utraty krwi, które w jej przypadku, pewnie będą odczuwalne jeszcze przez jakiś czas. — Długo tu siedzisz? — spytała, lokując na nim swoje spojrzenie. Z jednej strony zdawała się już przywyknąć do tego, że spędzał ostatnio sporo czasu w tym samym pomieszczeniu co ona, a jednak w dalszym ciągu było to dla niej zaskakujące.

Giovanni Salvatore
36 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Po jej odpowiedzi na temat osobliwego pytania o stan, które jej zadał, milczał, obserwując ją uważanie. Przechylił tylko delikatnie głowę, nie spuszczając z niej analizującego, badawczego spojrzenia, sprawiając wrażenie, jak gdyby chciał zweryfikować jej odpowiedź – na ile była ona szczera, a na ile walecznym uporem i niechęcią do odpoczynku, głęboko zakorzenioną przez wcześniejszą traumę i warunki w małżeństwie. Nie skomentował jednak jej słów, co oznaczać mogło, że zaakceptował jej odpowiedź – lub po prostu wszelkie wątpliwości zachował dla siebie.
  Na jej pytanie spojrzał na stary zegar ścienny, który tykał głośno z każdą zliczaną sekundą. Wskazówki na cyferblacie wskazywały ledwie parę minut po godzinie ósmej, a zaglądające zza niedociągniętej zasłony delikatne światło słoneczne, podpowiadało, że jest to godzinna poranna.
  — Ponad dwie godziny — odpowiedział faktem, nie rozciągając tego dalej. Kolejne dwie godziny, które przekazał na poczet rozważań nad swoją własną, i tak popełnioną decyzją.
  Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do tej bezpośredniości, która wkradła się między nich wskutek wydarzeń. Nie pasowała mu, a jednocześnie nie próbował jej korygować, zostawiając zgrzyt nienaruszonym. Nie chodziło o zmianę w układzie i hierarchii, bo Navi nie miała być kimś niżej. Od początku chodziło o potrzebny dystans między nimi w relacji, który zdołał gdzieś wsiąknąć.
  — Przyniosłem śniadanie, musisz zjeść — odezwał się, z kolejnym praktycznym stwierdzeniem, poprzedzonym swoim własnym, wcześniejszym działaniem. Nie było w tym wszystkim – w kupnie jedzenia, które później jej przyniósł – czystej troski, a zachowanie pewnego schematu, który mu pozostawił lekarz. Zalecenia tego, co Navi powinna jeść, czego nie, aby jak najszybciej doszła do siebie. A on to po prostu realizował. Logicznie tłumacząc, że sama nie byłaby w stanie jeszcze wyjść na zewnątrz, by się zaopatrzyć w coś świeżego – nie mówiąc już o tym, że w takim stanie po prostu byłoby to nierozsądne.
  Ta logika była mu potrzebna, by usprawiedliwiać swoje własne zachowanie przed samym sobą. Przypomnieniem, że chociaż sam Navi określił swoją słabością, mia debolezza, to na nieco innych warunkach. Nie była dla niego słabością w tym prostym, naiwnym znaczeniu, jakie ludzie przypisują temu słowu. Nie sprawiała, że tracił kontrolę, a przeciwnie – sprawiała, że potrzebował jej znacznie więcej. Więcej kontroli, więcej zabezpieczeń, więcej warstw ochronnych wokół czegoś, co do tej pory nie wymagało aż takiej uwagi.
  Nie traktował jej jako priorytet, ani jako cel, ale jako warunek własnej integralnościi, którego naruszenie powodowało natychmiastowe napięcie w jego obwodach. Jak gdyby coś w nim reagowało szybciej, niż pozwalał sam sboie pozwalał. Jakby jego organizm wyprzedzał umysł i działał absolutnie naturalnie w tej nienaturalności
A to było niepokojące. I to nie było dla niego uczucie, to był defekt, który nauczył się akceptować.
  Kiedy siedziała te kilka metrów od niego, wciąż widocznie osłabiona i wciąż blada, miał niepokojące wrażenie, że świat wraca na swoje miejsce; a jego porządek – do swojego układu. Przerażało go to, jednocześnie – fascynowało. Do pewnego etapu w swoim życiu był pewien, że nic nie będzie w stanie zachwiać jego systemu – bo był jak perfekcyjnie zaprogramowany układ, w którym nie było miejsca na błędy czy glitche.
  A potem do jego układu wślizgnęła się ona, a układ zerojedynkowy, na jakim zwykle się opierał, całe to oprogramowanie, zaczął z nią korelować i traktować jako swoją część.
  — Kiedy zjesz — zaczął, spoglądając odruchowo w kierunku przyniesionego jedzenia — będę chciał o czymś z tobą porozmawiać. — Nie był to dziecinny warunek i obietnica, które miały na celu w ogóle wymusić na niej spożycie posiłku, a założenie pewnego obowiązku, bez którego nie potrafiłby przejść dalej. Musiała jeść, aby odzyskiwać siły. Aby jej umysł też mógł lepiej działać, a przez to – myśleć i rozumieć.
  Podniósł się z krzesła, aby chwycić papierową torbę, w której zapakowane było śniadanie dla kobiety – zarówno jedzenie, jak i napój – a potem przeszedł przez pomieszczenie, skracając odległość między nimi do minimum, aby przekazać jej pakunek. Bez słowa później, wycofał się pod drzwi mieszkania.
  — Przyjdź, kiedy będziesz gotowa — powiedział, ostatecznie przechodząc do sąsiedniego pokoju.

Navi Yun
28 y/o
Welkom in Canada
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ponad dwie godziny.
Siedział tu bez słowa tyle czasu, bez żadnego większego powodu. Nie zamierzała jednak pytać dlaczego. Podświadomie i tak z jakiegoś powodu czuła się lepiej z faktem, że przy niej czuwał, chociaż z drugiej strony nie rozumiała do końca dlaczego. Gdyby był normalnym człowiekiem, mogłaby chociaż podejrzewać, że troszczy się o nią, bo mu na niej zależy. Bo może nie chodzi o jakiś cel, tylko o to, że nie była mu obojętna pod względem uczuciowym.
Ale to był Giovanni. On nie odczuwał w ten sam sposób.
Dalej nie rozumiała na jakiej zasadzie działał i pewnie jeszcze trochę by jej zajęło zrozumienie chociaż częściowo w jaki sposób pracował jego umysł. Dla samej siebie jednak wolała nie dopowiadać sobie niczego, aby zwyczajnie się nie zawieść. Nie oczekiwała przecież wielkiej, poetyckiej miłości. Magicznego przywiązania i bajecznej relacji. Nie była tak głupia i ślepa, aby twierdzić, że ona go zmieni. Że nagle ten oschły, zimny człowiek, stanie się uczuciowym księciem na białym koniu.
Nie był postacią Disneya, tylko wysłannikiem Piekła.
I mimo widocznych znaków, które mogłyby świadczyć o tym, że coś się zmienia, to chyba do końca nie wolała sama niczego nie interpretować. Przez ostatnie, mocno burzliwe wydarzenia, nie była już absolutnie niczego pewna.
Dziękuję, nie trzeba było — powiedziała, spoglądając w kierunku torby, która znajdowała się nie tak daleko niego.
Śniadanie. Przyniósł jej śniadanie. Normalnie mogłaby sama po nie podejść, a przynajmniej tak jej się wydawało. Mogła już chodzić i robiła to tak często, jak mogła, bo zbrzydło jej już leżenie w łóżku mimo zaleceń lekarza. Miała dość sił, by się samodzielnie przemieszczać, by robić coraz więcej rzeczy. Anemię będzie leczyć jeszcze spory kawałek czasu, ale po tych kilku dniach przestała być chociaż cieniem samej siebie.
Nie patrzyła na ten gest pod względem emocjonalnym, a bardziej stricte zadaniowym. To był pewien schemat. Nie było w nim czułości w tym klasycznym, ludzkim znaczeniu. Nie było troski wyrażonej dotykiem, ani miękkim spojrzeniem. Zamiast tego był porządek. Słynna kontrola i powtarzalność. W pewnym stopniu zaczynała to rozumieć.
A przynajmniej tak jej się wydawało.
Brew jej drgnęła wyżej w zaciekawieniu na jego słowa.
O czym? — spytała. Z jednej strony się chyba domyślała o czym chciał porozmawiać. Jakby nie było, nie dokończyli rozmowy sprzed kilku dni. Burzliwy temat przeprowadzki, który został przerwany przez postrzał.
Bo przecież o co innego mogło chodzić, jeśli inne tematy miały zostać zakończone?
Podążyła za nim spojrzeniem, gdy przynosił jej papierową torbę ze śniadaniem. Przejęła ją w obie ręce, przytakując głową na jego słowa. Bez słowa odprowadziła go do drzwi, a gdy wyszedł, odetchnęła ciężej pod nosem, starając się uporządkować przy tym własne myśli i bicie serca, które znowu się mocniej uruchomiło, gdy zmniejszył dystans między nimi. Od czasu incydentu w tamtym pokoju, to zawsze był ten sam impuls - strach przeplatany z sympatią i ekscytacją.
Chyba naprawdę miała w sobie coś z masochistki.
Gdy została sama, zjadła śniadanie, które jej przyniósł i nawet się nieco oporządziła. Przeszła spokojnym krokiem do łazienki, obmyła się i przebrała z pidżamy w coś innego. Coś w miarę normalnego, ale luźnego. Ułożyła włosy, przynajmniej na domowe warunki, bo nawet teraz odczuwała potrzebę wyglądania estetycznie. Nie była człowiekiem, który chodził w powyciąganych dresach i z kołtunami na głowie.
W ten sposób dawała sobie chociaż małą część jej codzienności.
Nie trwało to długo. Wszystko miała już na tyle wyuczone, że ogarnięcie się zajmowało krótką chwilę. Nawet jak była osłabiona. I gdy doprowadziła się do porządku, przeszła ze swojej tymczasowej sypialni do pokoju obok, tam gdzie czekał na nią Giovanni.
Zapukała we framugę, informując go tym samym, że przyszła.
Zgaduję, że chodzi o temat sprzed kilku dni, aby wrócić do Kanady — zaczęła, postępując kilka kroków w jego stronę, ale wciąż zachowując odpowiednią odległość od jego osoby. Szybko nauczyła się, aby nie pchać palców między drzwi.


Giovanni Salvatore
36 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Zamknął za sobą drzwi i przeszedł kilka kroków w głąb pomieszczenia, zatrzymując się przy oknie; jego myśli porządkowały się same, bez potrzeby korekty, bo decyzja zapadła wcześniej i nie podlegała już rewizji.
  Dotychczasowy układ okazał się niewystarczający, skoro w jego ramach możliwe było powtórzenie sytuacji, w której Navi została zmuszona do podjęcia wyboru obarczonego nieakceptowalnym ryzykiem – takim jak poprzednio, a skoro tak, to problem nie leżał w jej zachowaniu, tylko w strukturze, która miała to ryzyko neutralizować.
  Poprzednia była błędna.
  Izolacja nie zadziałała, dystans nie zadziałał, próby ograniczania zmiennych działały, ale nie tak, jak by sobie tego życzył, co oznaczało, że jedyną sensowną modyfikacją było włączenie jej w system, który nie opierał się na jednorazowych decyzjach ani na jej zdolności do podporządkowania się zakazom.
  W jego system. Taki, który dałby jej ochronę.
  Nie interesowało go, czy nazwie to nadmierną ingerencją, bo skuteczność była ważniejsza niż interpretacja, a odpowiedzialność nie polegała na pozostawianiu przestrzeni na błędy, tylko na ich eliminacji. Jeśli miało dojść do rozmowy, musiała odbyć się w warunkach, w których jej stan pozwalał na pełne zrozumienie konsekwencji, dlatego jedzenie i odpoczynek nie były zwyczajną uprzejmością tylko koniecznum warunkiem technicznym dalszych ustaleń.
  Małżeństwo. Brzmiało ciężko, jeśli przywiązywało się do tego jakikolwiek sentyment. Nigdy nie widział siebie związanego formalnie z kobietą, nawet nie przez fakt, że nie czuł, ale przez prognozowany brak konieczności spowinowacenia. Ale nie potrafił przewidzieć wszystkiego.
  Zwłaszcza tego, co się działo w jego własnym systemie. Tego, co się stało, tego co się zmieniło. Tego, co się w nim przesunęło, robiąc miejsce na coś nowego, co wkrótce stało się integralną częścią jego konstrukcji.
  Odwrócił się w stronę drzwi, gdy usłyszał pukanie, a później skrzypnięcie drzwi, obwieszczające przybycie nowej osoby.
  Gdy weszła, spojrzał na nią kontrolnie, jak gdyby samym wzrokiem próbował ocenić, czy faktycznie zjadła i czy jej organizm funkcjonował jak należy – na tyle, na ile mógł po tych kilku dniach od otarcia się o śmierć. Zanim nie uznał, że wyglądała dobrze, a to znaczy: nie w sposób alarmujący swoim odchyleniem od normy, milczał. Dopiero po chwili podjął:
  — Poniekąd. — Przemieścił się powoli po pokoju, nie spuszczając z niej spojrzenia. — To co było, nie funkcjonuje jak należy. Odsunięcie cię było błędem mojego rachunku; jesteś w tym wszystkim głębiej, niż planowałem i niewiele rozwiązań będzie działało dobrze. — Nie odpowiadało mu to, że była zaangażowana w sprawy, w które nawet nie powinna być. I to nie tylko dlatego, że wściubiała nos w nieswoje sprawy.
  — Jesteś moim słabym punktem, Navi — przyznał otwarcie, choć bez romantycznego ciężaru. Jako stwierdzenie oczywistego. — Nie mając cię przy sobie narażam nie tylko ciebie, ale też siebie. — Logiczny rachunek, którego dało się spodziewać. Musiało chodzić przede wszystkim o niego, bo to on grał w niebezpieczną grę od lat. Ale teraz pojawiły się nowe zmienne, które należałoby uwzględnić. — A ta decyzja sprzed kilku dni? Tak samo nielogiczna co i bezsensowna. I jak mówiłem – to się już nie powtórzy. — Bo postanowił zmienić kilka rzeczy.
  Była jego słabym punktem, a takie się wycinało w miarę możliwości. Jak niszczejącą tkankę, która mogła doprowadzić do rozsypania się całego układu. Ale on nie potrafił – już był tego świadom i było to absolutnie frustrujące. Nie mógł też odseparować, bo to jak wystawianie się pod nóż.
  Musiał mieć ją blisko. Dla własnego bezpieczeństwa. I dla jej bezpieczeństwa, które stało się wkomponowane w jego układ. Czymś, o co także dbał już odruchem – mało romantycznym i filmowym.
  — Więc chcę, żebyś wróciła ze mną do Kanady. I więcej — zrobił krótką pauzę, nie dla dramatyzmu. Dla ostatniego, szybkiego rachunku, który – jak przewidywał – nie przyniósł żadnego odmiennego wyniku. Zbliżył się, zatrzymując się na tej niewidzialnej granicy, między jej komfortem, a odruchowym wycofaniem. Spojrzał na nią, unosząc delikatnie podbródek. — Chcę, abyś mnie poślubiła.

Navi Yun
28 y/o
Welkom in Canada
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie wiedziała czego się spodziewać, chociaż w pewnym sensie domyślała się o co może chodzić. A przynajmniej tak jej się wydawało. Bo o co innego mógł chcieć z nią porozmawiać? Poza tym, że uważała, że źle zrobiła, gdy przyjmowała strzał na siebie, to wcześniej poruszyli temat jej ewentualnej przeprowadzki, aby była bliżej. W tym samym kraju. I w tym samym mieście.
W życiu by nie pomyślała, że…
Chcę, abyś mnie poślubiła.
Przez dłuższą chwilę nie była w stanie się odezwać. Małżeństwo nie mieściło się w żadnym z wcześniejszych scenariuszy, które kiedykolwiek układała w głowie. Nie pasowało do niego. Do jego sposobu myślenia. Do tej chłodnej architektury zasad, w której wszystko musiało mieć funkcję, sens i możliwość kontroli.
A jednak… ta propozycja brzmiała śmiertelnie poważnie.
Słucham? — Nie musiała się upewniać, że dobrze słyszała, ale to jedno słowo wyrwało się automatycznie.
Proponował jej małżeństwo. Giovanni Salvatore.
Spoglądała na niego, jakby właśnie powiedział coś ekstremalnie głupiego i niemożliwego, ale im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej była przekonana, że nie był to żart. Nie mówiąc o tym, że on nigdy nie żartował.
Nie łudziła się, że to przez coś tak trywialnego jak emocje czy uczucia. Nie zareagowała zapowietrzeniem i wzruszeniem. Nie uśmiechała się jak najszczęśliwsza kobieta na świecie, bo wiedziała, że to nie są oświadczyny z sympatii. To miał być kolejny krok w jego planie. To musiało być coś, co dokładnie obmyślił. Przeanalizował wszystkie za oraz przeciw, i z jakiegoś powodu stwierdził, że małżeństwo będzie najlepszą opcją, aby mieć ją na oku.
I tego nie rozumiała.
Gdyby to były inne okoliczności, możliwe, że by się ucieszyła. To nie była jednak zwyczajna osoba. To nie była normalna sytuacja, gdzie kobieta, która jest długo w związku w pewnym momencie spodziewa się tego magicznego pytania na które odpowie „tak”. To było coś zupełnie innego. Uważał ją za słaby punkt, czyli chciał ją mieć na oku. Sposób na oddalenie jej od siebie skończył się niemal tragicznie, a bycie blisko było równie niefortunne. Dlaczego jednak oferował jej małżeństwo, kiedy mogła być przy nim tak samo, jak wcześniej? Dlaczego, skoro mógł ją po prostu zlikwidować, jak każdy niefortunny problem.
Miał dwie okazje. I żadnej nie wykorzystał z jakiegoś powodu.
Strategia. Stała za tym strategia i musiało się chować coś, czego nie rozumiała i o czym nie wiedziała. Już nawet nie chodziło o fakt, że przecież oficjalnie męża już miała. Żyjącego, zdrowego, siedzącego w Korei i zapewne pukającego kolejne dziwki, którym płacił. To nie on był w tym wszystkim problemem.
Dlaczego? — spytała.
Jedno słowo. Bez oskarżenia, bez ironii. Nie jak kobieta, która domaga się wyjaśnień, ale jak ktoś, kto musi zrozumieć, zanim zrobi kolejny krok. Bo to nie miała być normalna decyzja. Nie pytał się jej o to, co chciała zjeść dzisiaj wieczorem, tylko w swój charakterystyczny, surowy sposób prosił ją o rękę. Nie było bajkowo, ale jej życie nigdy takie nie było.
Ten moment nie był Disneyowską wersją oświadczyn. To był kolejny, starannie zaplanowany krok. Nie było tu uczuć i sentymentu. Nawet jeśli z jakiegoś, bliżej nieokreślonego powodu, jej serce przyspieszyło na chwilę, zanim go w pełni nie upomniała. Nie mogła sobie pozwolić na dopowiadanie historii i emocje, nie przy nim.
Nie mów mi, że dla bezpieczeństwa, bo potrafiłeś je zapewnić bez obrączek i nazwisk w dokumentach. — Wystarczyło, że z nim mieszkała. Dlaczego więc teraz musieli to zmienić na coś… o wiele poważniejszego?

Giovanni Salvatore
36 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Na pytanie dlaczego nie odpowiedział od razu. Obserwował ją uważnie, w głowie wszystko sobie układając. Obserwował ją, bo chciał wiedzieć co w niej siedziało i jaką reakcję wywołały na niej jego słowa. Poza oczywistym szokiem, do którego nie trzeba było mieć profesora z psychologii, aby go móc z pełnym przekonaniem założyć.
  Interesowało go coś innego. Czy to był sprzeciw, czy dezorientacja. Czy to napięcie, które dostrzegał w jej postawie, wynikało z poczucia zagrożenia, czy z próby nadania sensu czemuś, co wymykało się jej dotychczasowemu rozumieniu jego osoby. Nie cofnęła się, nie zamknęła, nie uruchomiła obrony w postaci ironii ani agresji; to zawężenie możliwych reakcji było istotne.
  Widział w niej coś, co sklasyfikował jako wysiłek, ale nie emocjonalny, a poznawczy. Próbowała prawdopodobnie dopasować nową informację do obrazu, który miała dotychczas i nie znajdowała za bardzo dla niej miejsca. I to nie była reakcja osoby, która czuła się osaczona; jeśli już, to była reakcja kogoś, kto próbuje zrozumieć, zanim podejmie decyzję.
  I właśnie to był problemem.
  Bo przecież on nie przedstawił jej propozycji do zrozumienia. Przedstawił rozwiązanie, które nie wymagało akceptacji emocjonalnej, tylko przyjęcia konsekwencji.
  Rozumiał to wszystko całkowicie. A jednocześnie nie rozumiał niczego.
  Kolejne jej słowa
  — Navi, myślisz o bezpieczeństwie jako o stanie, a ja myślę o nim jako o procesie. Ten proces zawiódł w momencie, w którym musiałaś podjąć decyzję, które życie jest ważniejsze. — Słowa te wypowiedział ze spokojem, ale bez analitycznego chłodu, który towarzyszył mu w większości wypowiedzi. — Co znaczy, że potrafiłem cię chronić, fakt, ale nie potrafiłem zapobiec sytuacji, w której zrobiłaś coś, czego nie powinnaś była robić. — Bo o tym, że podjęta przez niądecyzja była błędem postanowił już dawno temu. I poinformował ją o tym, aczkolwiek ona niezaprzeczalny i logiczny fakt po prostu wypierała. I twierdziła, że nie był to błąd.
  Nie przesunął się w jej stronę, wciąż trwając na tej niewidocznej granicy między jej zwykłą czujnością, a całkowitym napięciem. Pamiętał, jak cofała się przed nim w mieszkaniu, po tym jak zjawił się po czasie ich rozłąki. Pauza, którą zostawił między nimi miała jednak taki ciężar, że nie zostawiała ona miejsca na odpowiedź.
  Bo było wiadome, wręcz wyczuwalne, że było coś więcej.
  — Co oznacza, że muszę być lepszy, skorygować się i wszystko dookoła, abyś była naprawdę bezpieczna, Navi. Czego już nie mogę zrobić sam. Musisz być absolutnie bezpieczna, a sam tego nie skoryguję. Potrzebuję cię we własnej strukturze, w nierozerwalnym i niezaprzeczalnym powiązaniu, które skutkować będzie twoją ochroną. — Splótł dłonie za sobą, prostując się na swoim miejscu. — Ochrona, o której mówiłaś, jest tylko doraźna. Moje nazwisko działa stale. Nawet wtedy, gdy mnie przy tobie nie ma. Nawet wtedy, gdy nie mogę zareagować. — Zmiana była cięższa, niż mogła sobie to wyobrażać. — Moje nazwisko niesie konsekwencje, Navi. Przestajesz być kimś, kogo można ruszyć bez wcześniejszego, odpowiedzialnego rachunku strat. — Przyjęcie jego nazwiska nie tylko włączało ją w strukturę, bo czyniło ją przede wszystkim jej widoczną częścią. Czymś, czego naruszenie nie byłoby już tylko problemem chwilowym i organizacyjnym, ale również osobistym. A to przesuwało granicę odpowiedzialności dalej. I chociaż wtedy stawała się oficjalnie interesująca w snutych przez wrogów strategiach, to jednocześnie stawała się nietykalna.
  Wypuścił cicho oddech, jakby na znak, że to wszystko, co potrzebował powiedzieć w ramach odpowiedzi na jej wcześniejsze dlaczego. Odpowiadał jednak w kierunku – dlaczego proponował jej małżeństwo, a nie dlaczego zależało mu na jej ochronie.
  Wydawało się to być oczywiste dla niego, biorąc pod uwagę ich wcześniejszą rozmowę w Kalabrii.

Navi Yun
28 y/o
Welkom in Canada
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naprawdę go słuchała. Chciała go słuchać. Chciała usłyszeć co miał jej do powiedzenia. To, że się nie zgadzali w pewnych kwestiach, albo nie mogli zrozumieć, to było jedno, ale chciała też wiedzieć co stało za jego intencjami. Bo nie robił niczego pod wpływem impulsu. Był zbyt poukładany, a jego umysł zbyt strategiczny, aby mogła go podejrzewać o niedociągnięcia.
Nie odzywała się, tylko lustrowała go spojrzeniem odkąd się odezwał. To, że z nękało go to, że nie mógł jej w pełni ochronić przed wydarzeniami jakie miały miejsce. Jakby żałował, że nie umiał temu zapobiec, lub tego nie przewidział. Że ucierpiała i prawie nie umarła. Jego pobudki dla jego samego mogły być oczywiste, ale dla niej takie nie były. Jego działania z pewnej strony miały w sobie sprzeczne komunikaty. Z jednej strony chciał ją zabić własnymi rękami za to, co się dowiedziała, groził jej i ostrzegał, a z drugiej…
Z drugiej był tu i zrobił wszystko, aby nie wykrwawiła się na ziemi.
Nie rozumiała tego. Pod względem emocji była zagubiona.
Nie przerywała mu, gdy mówił dalej. O tym, że musi być absolutnie bezpieczna. Coś w jej serduchu się kotłowało. Coś próbowało jej podpowiedzieć dlaczego zależało mu na tym, aby nic się jej nie stało. To jak mówił o tym, że jej potrzebował we własnej strukturze. To było w pewien sposób… wymowne, a z drugiej bardzo techniczne. Nie oczekiwała oczywiście niewiadomo jakich wyznań, bo to nie był ten człowiek. On nie czuł w ten sam sposób co ona. Jego serce nie biło szybciej z tych samych powodów. A jednak to jak mówił o niej, jako o integralnej części siebie sprawiało, że te sprzeczności, które widziała stawały się mniej ważne.
A może ona zaczynała może trochę lepiej go rozumieć?
Nie wiedziała jak wiele mogło zmienić jego nazwisko, ale mogła się domyślić. Był człowiekiem, który sporo znaczył w świecie biznesu, a patrząc po papierach, które zdołała przeczytać, to Giovanni Salvatore nie był przypadkowym popychadłem w tym nielegalnym imperium. Nie był człowiekiem od czarnej roboty, tylko kimś o wiele, wiele ważniejszym. Nie wiedziała wiele. Zapewne mały ułamek wszystkiego, ale wystarczyło, że wiedziała to. Czyli coś, czego nie powinna.
Coś, co sprawiło, że teraz mogła być na celowniku.
Rozumiem co daje twoje nazwisko. Tylko dalej nie rozumiem dlaczego chcesz mnie chronić — powiedziała, nie spuszczając z niego swojego spojrzenia.
Nawet na chwilę nie ruszała się z miejsca. Nie zmniejszała odległości między nimi, bo chociaż jej serce biło szybciej z jego względu, to dalej pamiętała jak niebezpiecznym człowiekiem był i do czego był zdolny. I chociaż ostatecznie nie pozwolił jej umrzeć, to wciąż pamiętała jak niewzruszoną miał rękę, gdy zaciskał ją na jej gardle.
Po tym co się wydarzyło w Kalabrii, myślałam, że „słabość” oznacza, że jestem twoim słabym ogniwem. Przeszkodą, którą najlepiej będzie odsunąć. Albo usunąć. — Tylko potem jego działania były sprzeczne z tym, co mówił. Miała prawo być nieco zagubiona. — Spodziewałam się, że powiesz mi teraz, abym wróciła do Kanady, bo tam będzie łatwiej mieć oko na to co powiem, co zrobię lub z kim się spotkam. To logiczne. Złamałam twoje zaufanie, więc to oczywiste, że mi nie ufasz. A mimo to oferujesz mi małżeństwo, bo chcesz mi zapewnić bezpieczeństwo — podsumowała, możliwe, że dla samej siebie, jakby powiedzenie tego na głos miało jej coś rozjaśnić. Problem w tym, że nic takiego nie miało miejsca. A może miało, tylko nie chciała wierzyć w to, co podpowiadało jej serce. — Dlaczego?

Giovanni Salvatore
36 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
'Cause I'm the serpent, I'm the flame, the mortal world is scared to say my name.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Wysłuchał jej w milczeniu, już od pierwszych jej sylab wiedząc, jakiej odpowiedzi jej udzieli. Dalsza część jej wypowiedzi jedynie utkwiła go w przekonaniu, że to, co miał ułożone w głowie, było odpowiednie na ten moment i wyczerpałoby w pełni jej ciekawość.
  Bo nigdy przecież nie miał problemu z odpowiadaniem na pytania. Nie odmawiał komuś wiedzy, jeśli ta wiedza, była dla niego bezpieczna. Choć w tym przypadku – nie mógł mieć stuprocentowej pewności, że faktycznie bezpieczną była.
  — Gdybym miał nazwać cię wyłącznie słabym ogniwem – skłamałbym. A ja nie jestem kłamcą — wypowiedział to wyjątkowo chłodno, jeszcze zimniej niż zazwyczaj, gdy stwierdzał coś oczywistego. Brzmiało to tak, jakby przyznanie tego w całości było dla niego bardziej irytującym obowiązkiem, niż czymkolwiek z większym ciężarem emocjonalnym. — Zabiłem setki, nakarmiłem więcej narkomanów niż wszystkie największe koncerny farmaceutyczne razem wzięte, odbierałem dzieci rodzinom, żony mężom, niszczyłem całe pokolenia. Ale kłamstwo? Nigdy nie skłamałem. — Pokręcił krótko głową. — Cała reszta to przestępstwa przeciwko ludzkości — zauważył, bez żadnej emocji, zaraz dodając: — ale kłamstwo jest przestępstwem przeciwko samemu sobie. — A tych nie popełniał.
  Zawsze mówił prawdę. Nie zawsze całą, ale nigdy nie sięgał do tego, czym się brzydził. Lawirował między prawdą, jej częściami, wszystko skrupulatnie dobierając tak, aby zaspokoiło ludzką ciekawość i mogło zostać uznane za wiarygodną odpowiedź. Manipulował cudzą rzeczywistością, ale nigdy własną.
I tak teraz, w tym krótkim monologu, wyznał nie tylko swoje zasady, a także swoje ciężkie grzechy. Wyznał też, że nie była w tym wszystkim tylko słabością. Taką, którą powinien był wyelmininować.
  — Zanim cię poznałem, żadna z moich decyzji nie wymagała wahania. Było to proste – wszystko albo nic. Życie albo śmierć. Zdrada albo lojalność. Zasady były świętością. — Choć sposób jego analitycznego myślenia był złożony, to jednak zasady, którymi się kierował – całkiem proste. Brakowało jakiejkolwiek skali szarości, jakichkolwiek dywagacji na temat tego, czy powinien był coś zrobić. Zapadała po prostu decyzja – w oparciu o wcześniej ustalone, własne prawa.
  Do pewnego momentu.
  — Powinienem był cię zabić tamtego dnia – bo takie mam zasady. Ale nie potrafiłem. Ani wtedy, ani teraz. — Mógł przecież zostawić ją na pewną śmierć zaraz po tym, jak rzuciła się w odruchu, pozbawionym jakiejkolwiek logiki, aby przyjąć na siebie kulę, która była przeznaczona dla niego. Ale nie zrobił tego. Mimo, iż wiele wytycznych z jego własnego układu logiki przemawiało za tym, że powinien. Bo zachowała się głupio, bo sama tego chciała i dlatego, że już dawno powinna być martwa.
  — Gdy zdradziłaś moje zaufanie w Kalabrii powiedziałem ci, że nie potrafię kochać, ale potrafię chronić, dbać i słuchać. A to przecież dokładnie to samo. — Przechylił minimalnie głowę na bok, zawieszając głos na krótko. — Skoro nadal żyjesz, Navi — zaczął powoli, robiąc kolejną, krótką pauzę, jak gdyby chciał, by do konkluzji doszła samodzielnie — to znaczy, że nic się nie zmieniło.
  Gdyby istniała jakakolwiek wersja rzeczywistości, w której mógłby dokonać tej egzekucji to bez szarpnięcia tego wewnętrznego mechanizmu zrobiłby to. Bez zawahania i bez jakiegkolwiek śladu na psychice. Bo lubił prostotę i porządek: działanie następujące po zasadzie, wynik prowadzący do spójności jego własnego układu. Ale nie potrafił tego zrobić. On nie znosił braków w systemie, a tymczasem ona była największym błędem, jaki nie tylko wymknął się spod kontroli, ale zagnieździł się tam, gdzie nie powinno być miejsca na ingerencję.
  — Nie zostałbym wtedy z tobą ani minuty dłużej, gdybym naprawdę chciał odebrać ci życie — pociągnął dalej, nie zostawiając jeszcze w tym wszystkim miejsca na odpowiedź. Mówił, bo chciał, by miała absolutną pewność i przede wszystkim: żadnego miejsca na jakiekolwiek ale. — Nie wysłałbym cię tam, gdzie miałabyś być bezpieczna. Nie zadbałbym o pracę, dokumenty i dach nad głową. — Uniósł delikatnie brodę, pozwalając by gorzki, kpiący półuśmiech zagrał w kąciku jego warg. Problem tylko, że nie kpił z niej, a z samego siebie. — Nie potrafię cię zabić — przyznał sucho. Zbliżył się o ten jeden krok, który burzył granice, te same które wcześniej tak bardzo respektował. — A to jedyny dowód, jakiego potrzebuję, żeby wiedzieć, że jesteś dla mnie niebezpieczna bardziej niż ktokolwiek. Że jesteś poza moim systemem, że jesteś czymś innym, niż do tej pory znałem. Kimś, kogo pomimo oczywistej konkluzji, chcę wciąż słuchać, dbać i chronić.
  Wyprostował się, teraz też nie wycofując – by oddać jej dystans, który wcześniej uznał za bezpieczny dla niej, a teraz naruszył. Zamiast tego postąpił o jeszcze jeden krok w jej stronę, czujnie obserwując jej ciało, szukając w nich narastającego napięcia i gotowości do ucieczki.
  — Dostałaś swoją odpowiedź, Navi. — Zapytała dlaczego to wszystko robił, a on odpowiedział jej szerzej i szczerzej, niż kiedykolwiek by planował w takiej sytuacji. Choć istotnym jest wspomnieć, że nigdy podobnej sytuacji nie zakładał w swoich procedurach i algorytmach. — Pora więc na to, żebyś, ty zdradziła prawdę. Więc powiedz: boisz się tego kim jestem czy jednak tego, że nadal, mimo to, chcesz być moja?

Navi Yun
28 y/o
Welkom in Canada
162 cm
właścicielka tworzącej się restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dlaczego.
To było jedno, krótkie pytanie na które chciała znać odpowiedź. I nie wiedziała w zasadzie czego się spodziewać, ale gdzieś w środku czuła co chciałaby usłyszeć. Może podświadomie to wiedziała, bo jednak mimo sprzeczności, dostawała wiele znaków, które mogłyby sygnalizować jedno. Nie chciała jednak sobie dopowiadać, bo jako człowiek z uczuciami, które potrafiły być mocne, mogła interpretować jego zachowania w inny sposób, niż miały one znaczenie.
To mogło być zgubne. Dlatego wolała zapytać u źródła.
Słuchała go i nie przerywała, w milczeniu przyjmując do siebie wszystko to, co miał jej do powiedzenia. Żołądek jej się mimowolnie skurczył na wieść co nosił na barkach. Ile krwi oraz żyć miał na sumieniu. A jednak się nie cofnęła, bo podświadomie o tym wiedziała. Odkąd przeczytała część papierów, jakie znalazła na jego biurku, domyślała się do czego przykładał rękę. Stała w tym samym miejscu, nie spuszczając z niego spojrzenia, gdy oświadczał jej, że kłamstwo było w jego mniemaniu gorszym przewinieniem niż to, co wymienił.
I wierzyła mu. Giovanni był człowiekiem czynu. Nie rzucał słów na wiatr.
Gdy mówił dalej, jej serce mimowolnie zaczęło się ściskać. To jak przyznawał, że zmieniała jego zasady. To jak funkcjonował, w dodatku całkowicie nieświadomie. W końcu nigdy nie było jej intencją, aby jakkolwiek na niego wpływać. Nie chciała być tą kobietą, która „naprawia” drugą stronę. Ona w pełni ją akceptowała, ze wszystkimi wadami.
I to najwyraźniej wystarczało, aby poruszyć nienaruszalną warstwę w jego systemie.
Była jednak pewna, że tego dnia w Kalabrii wszystko się zmieniło. Spaliła za sobą mosty poprzez wejście do pomieszczenia w którym jej noga nigdy nie powinna postać. To, że jej nie zabił tamtego dnia, chociaż nie byłoby to dla niego żadnym wysiłkiem, to, że zapewnił jej normalne życie poza rezydencją, to że znowu nie pozwolił jej umrzeć…
Skoro nada żyjesz, Navi, to znaczy, że nic się nie zmieniło.
Serce mocniej się jej skurczyło.
Wierzyła mu, bo mimo tej burzy, która kotłowała się w niej od tamtego momentu. Mimo strachu i niepewności, czuła też coś jeszcze, co było całkowicie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Umysł podpowiadał, aby uciekać, odsunąć się i nie mieszać bardziej, niż dotychczas. Serce natomiast rozumiało. Ono go wytłumaczyło, pozwoliło wyjaśnić to, co wydawało się nielogiczne. Ignorowało całe to niebezpieczeństwo, które było z nim związane.
Bo Navi najwyraźniej lubiła igrać z ogniem. I lubiła być poparzona.
Nie cofała się, gdy zmniejszał odległość między nimi. Przez cały czas stała w tym samym miejscu, wlepiając w niego swoje ciemne tęczówki. Dał jej właśnie lepszą odpowiedź, niż mogłaby się spodziewać. Dał jej dokładnie to czego chciała. Wyjaśnił wszystkie wątpliwości i niezadane pytania, które krążyły jej po głowie.
Więcej nie potrzebowała.
..boisz się tego kim jestem czy jednak tego, że nadal, mimo to, chcesz być moja?
Przez chwilę nic nie mówiła. Po prostu lustrowała go wzrokiem, przez dwie, może trzy sekundy trawiąc informacje, którymi ją zalał. Szukała przy tym odpowiednich słów do odpowiedzi, nawet jeśli ta wręcz cisnęła jej się na usta.
Przeraża mnie to kim jesteś i do czego jesteś zdolny. Przeraża mnie to, co robisz. To, jak działa twój świat — zaczęła, postępując samej dwa spokojne kroki w jego kierunku. — Ale nie będę udawać, że ten strach mnie od ciebie odpycha. — Zatrzymała się, czując jak serce obija jej się o żebra, gdy poczuła jego przytłaczającą aurę na własnej skórze. — Wiem, kim jesteś. Wiem, że mogę się bać do końca życia. — I wiedziała, że nigdy nie będzie bezpieczna tak, jak była kiedyś. Chociaż czy ona tak naprawdę była kiedyś bezpieczna? Z Subinem przy boku i rodziną spiskującą za jej plecami? Co było gorsze - mafia i jej wrogowie, którzy mogliby ją uznać za doskonałe źródło informacji czy własny mąż oraz rodzina, którzy jej nie szanowali i traktowali jak przedmiot?
Zrobiła kolejne dwa kroki w jego kierunku, zatrzymując się przed nim, tym samym świadomie niwelując bezpieczną odległość do zera.
Ale i tak wybieram ciebie. — powiedziała, zadzierając wyżej brodę. Ostrożnie wyciągnęła rękę, którą ułożyła na jego karku. Przesunęła kciukiem po jego gorącej skórze, tym samym przekraczając ostatnią granicę. — Byłam i jestem twoja. — To się nie zmieniło, nawet na przestrzeni ostatnich miesięcy oraz wydarzeń, jakie miały miejsce. — Wyjdę za ciebie, Giovanni.


Giovanni Salvatore
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”