33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

so how's this for an establishing shot?
Nieważne, jak bardzo doceniał kinematografię, czasami cieszył się, wychodząc wreszcie z kina. Ulgę tłumaczył sobie różnie – a to zmęczeniem, a to nietrafioną grupą docelową, a to błędem w poszczególnych strukturach scenariusza, szczególnie w filmach obyczajowych, momentami przekraczających granicę psychologizmu. Wolał prostszą grozę, prawda? Wolał przemoc, brutalność, w szczególności zaś wiele, wiele litrów krwi zalewających ekran po brutalnym morderstwie – im więcej, tym lepiej. Im brudniej, im bardziej obrzydliwie, tym lepiej się bawił.
Kłamstwa, wszędzie kłamstwa!
A co dopiero w filmach, które dramatyzują konkretne, rzekomo rzeczywiste wydarzenia. Niewiele osób to wiedziało, jednak kinematografia obyczajowa od zawsze reprezentowała to, czego nienawidził we współczesnym przemyśle filmowym. Dostrzegał tam niepotrzebną estetyzację cierpienia, nieudolną symulację głębi psychologicznej, a także brak kosztów emocjonalnych.
Grozę uważał za uczciwszą.
Nieważne więc, co oglądał, liczyło się to, co rzeczywiście widział. Przemoc, niejednokrotnie brutalna, wręcz obsceniczna, rzeczywiście była tym, co sobą uosabiała (w kategoriach moralnych, nie sensacyjnych). Oznaczała zapłatę, nieważne, czy słuszną, czy nie. Bohaterowie pokutowali za błąd, wyrządzoną krzywdę, nieodpowiednie wspomnienie, zamiast swoimi cierpieniami wywoływać jedynie chwilową uciechę publiczności.

***

Trochę niezadowolony, a trochę zmęczony stał niedaleko otwartych drzwi, skąd dostrzegał pustoszejącą powoli salę. Ludzie rozmawiali coraz głośniej, coraz pewniej, dyskutując zarówno o filmie, jak i o bardziej prowizorycznych tematach, takich jak pogoda czy sport. Jednak Beaulieu czuł się tutaj, w tym korytarzu, niczym w potrzasku. Często uciekał spojrzeniem gdzieś w bok, a to przyglądając się wygaszonemu ekranowi projekcyjnemu, a to odmalowanym niedawno ścianom, byleby jak najdalej od własnego rozmówcy. Z tym że utrudniało mu to unikanie innych. Co chwilę widział uśmiechy obcych ludzi, słyszał ich powitania, dlatego w którymś momencie pochylił głowę. Podwinięcie rękawów koszuli dawało mu przynajmniej minutę oddechu.
Znając ciebie, pewnie coś napiszesz, rozbierając cały film na czynniki pierwsze, zamiast zaufać temu, co czuli ludzie.
Theodore zmarszczył brwi, przelotnie zerkając na opieszałego, brzuchatego mężczyznę.
A co czuli ludzie? Film obiecywał coś innego, niż finalnie dostarczył. Przede wszystkim jest bardzo niespójny strukturalnie, a reżyser poszedł na łatwiznę. Co innego mógłbym napisać? – Przeczesał palcami krótkie włosy, po czym wcisnął dłonie w kieszenie spodni od garnituru. Prawdę mówiąc, jeszcze nie zdecydował się, czy rzeczywiście cokolwiek napisze. Zamiast obszernych materiałów do analiz, wyliczanych w zaproszeniu na premierę, w półtorej godziny dostał wyłącznie parę prowizorycznie powiązanych ze sobą scen. Po tym, co zobaczył, mógł stwierdzić jedno: całość jakoś funkcjonowała. (Słowo klucz: j a k o ś). Theodore potrzebował więcej niż jakoś, dlatego tego samego wymagał od innych. Zamiast zadowalać się jedynie paliatywami, w y m a g a ł.
To jest kino, a kino działa na emocjach. Nie wiem, jak innym, ale mnie się podobało.
Theodore lekko się skrzywił.
Logika świata przedstawionego zawiodła. Większość ujęć wprowadzających ucieka się jedynie do ładnych widoków, zamiast mówić coś więcej o bohaterach, motywach czy fabule. Gdzie tu prawda? To, co widziałem, określiłbym raczej jako podaną na tacy instrukcję przeżywania, nie emocję samą w sobie.
Odwracając wzrok, omyłkowo zerknął na niską, ciemnowłosą kobietę.
Cholera...

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
Welkom in Canada
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i need no introduction
so welcome to the greatest show
outfit
Amerykańskie kino nigdy nie trafiało w jej gusta.
Heroiczne opowieści o bohaterach małych lub dużych, niejednokrotnie wypełnione niesmaczną ilością efektów specjalnych i głośną muzyką nadającą się jedynie do składanek epic music mix 2025 miały ogromne rzesze fanów również na Kanadyjskiej ziemi - ale Santorini nigdy nie była jedną z nich. To nie tak, że nie oglądała filmów wcale - jak każdy, po wycieńczającym dniu czasem trafiała na kanapę swojego małego mieszkania i serfowała po kanałach, szukając dla siebie czegoś odmóżdżającego, czegoś p r o s t e g o. Zdarzało jej się przyjmować rekomendacje znajomych, którzy z uporem usiłowali wcisnąć jej filmy rzekomo zmieniające życia i dawno temu pogodziła się już ze świadomością, że nic zobaczonego na ekranie nie było w stanie tego osiągnąć.
Sztukę trzeba było p o c z u ć.
Jak skrzypienie teatralnych desek wyłożonych tymczasową posadzką. Stukot uderzających o nią butów, wybijających się jak własne brzmienie orkiestrowej muzyki. Gorące, suche powietrze zostawiające na twarzach występujących niewidoczne pod scenicznym światłem rumieńce.
Była rozpieszczona. Zdawała sobie z tego sprawę. Od najmłodszych lat chłonęła występy na żywo przy akompaniamencie jej ojca upewniającego ją w przekonaniu, że tylko takie były wartościowe - że tylko na takie warto było poświęcać swój niezwykle cenny czas. Była na tyle dojrzała i niezależna, że widziała w tym rozumowaniu przesadę.
I na tyle uparta w swoim wychowaniu, że podążała wytartymi schematami bezwiednie, łaknąc tego, co znajome.
Aż do dziś.
Lubiła premiery filmów. W jej rozumieniu bardziej chodziło w nich o czerwony dywan, dystyngowanych gości wysokiego szczebla i pokazywanie się, co bardzo lubiła robić - choć jedynie u czyjegoś boku. Santorini lubiła błyszczeć na scenie i uwieszona ramienia kogoś, kto dostrzegał w niej ładną dekorację - a ona w nim szansę na odrobinę życia, do którego przywykła nim brutalna rzeczywistość ją z niego wyrwała. Akceptując zaproszenie na kolejny pokaz, wystroiła się nie z myślą o ciemności kinowej sali, a tym, co miało nadejść później.
I teraz, tkwiąc z kieliszkiem szampana w ręku w pięknym i jasnym foyer, wciąż nosiła ciężar tego, co zobaczyła, na swoich barkach.
Nigdy nie zapamiętywała tytułów - teraz jednak z uwagą poszukiwała ulotek czy plakatów, pragnąc go sobie przypomnieć. Dwie i pół godziny spędzone w mroku zwykle byłyby dla niej udręką, ale teraz nie spostrzegła nawet nadciągającego końca. Wryta w niewygodne, kinowe siedzenie spoglądała z zapartym tchem na spektakl jak gdyby został stworzony dla j e j oczu. I żadnych innych.
Sercem zaś była w innym miejscu, innym czasie, nieświadoma mężczyzny, którego dłoń ze znudzenia wodziła po jej kolanie, malując na nim niewidoczne znaki.
Urzeczona, tkwiła w swojej bańce zachwytu - tej samej, którymi tak gardziła na tych przyjęciach, uśmiechając się, potakując nawet, jeśli kompletnie nie czuła się ich częścią. Zachłyśnięta tym nowoodkrytym uczuciem przynależności z uwagą przysłuchiwała się toczonej obok rozmowie - aż wreszcie dostrzegła schowaną w jej środku łyżkę dziegciu.
- Uważam, że to odświeżające gdy reżyser nie prowadzi widza za rękę. Lubię docierać do własnych wniosków i interpretacji - odrzekła lekko, tonem osoby, która miała j a k i e k o l w i e k pojęcie o tym, co mówi - kłamstwo wszak było jej drugim językiem. Przeniosła swój wzrok na krytycznego mężczyznę, wodząc nim od jego eleganckiego stroju aż po twarz o przystojnych rysach. - Czyżby miał pan problem z odnalezieniem prawdy, panie...?
Uśmiechnęła się przebiegle znad krawędzi kieliszka szampana, z którego uchyliła mały łyk.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore słuchał wyłącznie miękkiego, łagodnego głosu nieznajomej, zanim trochę niepewnie podniósł wzrok. Wszystko inne — echo nieokreślonych rozmów, stukot dziesiątek par obcasów, głośny śmiech — przestało się liczyć. Momentalnie odciął się od tego, co niepotrzebne, całą uwagę poświęcając kobiecie z upiętymi włosami. Chyba była ładna. Przynajmniej według współczesnych standardów piękności. Wyglądała na dość wysoką, szczupłą oraz schludną, a przez to — także naturalną.
Obserwował ciemnowłosą dłużej, niż robił to zazwyczaj z innymi ludźmi. Wędrował więc w milczeniu wzrokiem od ust o ładnym kształcie, poprzez mały nosek, aż po brązowe oczy, przedłużając chwilę milczenia, po chwili ściągnął jednak brwi. Nieprzyzwyczajony do interesujących, prowadzących do czegoś dyskusji, zarówno przedpremierowych, jak i popremierowych dość długo analizował to, co usłyszał.
Mam problem z nieprecyzyjnym językiem, nie z odnalezieniem prawdy — powiedział wreszcie ostrożnie, ale z namysłem, ważąc każde wypowiadane słowo. Odwrócił wzrok. — Reżyser prowadzi widza. Z a w s z e. Najważniejsze pytanie, jakie można zadać, to czy robi to poprzez strukturę, czy za pomocą skrótów emocjonalnych. Tutaj używa się sugestii z pozoru przypominających wolność interpretacji, niemniej jednak będących dość jednoznacznymi, w wyniku czego dochodzi do wystąpienia heurystyki afektu — powiedział. Odruchowo wyciągnął ręce z kieszeni, po czym dotknął lewego nadgarstka, pocierając skórę kciukiem. Reagował bardzo spokojnie. Bez gniewu, bez uśmiechu, bez gwałtownych ruchów. Po prostu odnalazł kobietę swoim wzrokiem, jakby sprawdzał (bądź upewniał się), czy wciąż słucha.
Różne wnioski widzów — kontynuował — biorą się z błędów fabularnych, dlatego to wcale nie jest możliwość docierania do własnych wniosków i interpretacji. To raczej niedopowiedzenie. A ja wolę, kiedy film jest uczciwy wobec własnych założeń — wytłumaczył. Poczuł ciężar, czuł się tak, jakby coś jeszcze powinien zrobić. Dodać coś więcej? Uśmiechnąć się? Wycofać? Która z tych możliwości była tą właściwą?
Wciąż odcinał się od coraz głośniejszego otoczenia — odgłosów tłuczonego szkła, zamykanych oraz otwieranych drzwi. Dostrzegał za dużo rozpraszających zmiennych. Wcześniejszy uśmiech nieznajomej odnotował z opóźnieniem, dlatego tym razem o wiele wcześniej podniósł wzrok. Sekundę, może dwie poświęcił liczeniu swoich oddechów.
To jest nasz krytyk.
Brzuchaty mężczyzna, zaskakująco dumny, klepnął Beaulieu po barku.
Theodore automatycznie, niemal niezauważalnie zesztywniał.
Starał się ocenić, czy wypada strącić niechcianą dłoń, czy zignorować fakt nieprzyjemnego dotyku.
"N a s z"...
Piszę dla siebie — sprostował spokojnym tonem. — Theodore. Theodore Beaulieu.
Powiedział to trochę jakby dopiero teraz, dopiero po wyartykułowaniu poprzedniej myśl, przypomniał sobie o odpowiedniej kolejności w interakcjach społecznych. Albo o czymś, co uważał za odpowiednią kolejność. Niestety, ale w trakcie tych dwóch godzin — nawiasem mówiąc dłużących mu się niemiłosiernie — nie nauczył się podstaw interakcji międzyludzkich. Ciągle więc przyglądał się ludziom, w szczególności zaś nieznajomej, trochę tak, jakby badawczo obserwując jej twarz, jednocześnie szukał instrukcji obsługi, czegoś takiego, co powie mu, w jaki sposób powinien się zachowywać.
Drgnął lekko, chcąc wyciągnąć rękę w ramach przywitania, zawahał się jednak. Gdyby mężczyzna w smokingu, zamiast przeciskać się między rozmawiającym gronem, przeszedł za, prawdopodobnie by to zrobił. Chwila jednak minęła, Theodore cofnął więc się, a potem poprawił podwinięty mankiet białej koszuli, zanim obie ręce wcisnął w kieszenie spodni od garnituru.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
Welkom in Canada
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na powierzchni, sama nie była pewna powodu, dla którego w ogóle wtrąciła się w konwersację nieznajomych. Przyjęcia tego typu nie stroniły od konfliktów i żarliwych dyskusji, w których Santorini nie czuła potrzeby brania udziału. Znacznie lepiej bawiła się obserwując te - niekiedy nasycone alkoholem - potyczki, na swój sposób nie zniżając się do ich poziomu. Włoska krew powinna malować ją jako kłótliwą samym pędzlem stereotypu, ale choć z łatwością odczuwała wściekłość buzującą w jej żyłach, wychowanie skutecznie wypleniło w niej potrzebę działania.
Nigdy nie pozwalała jej wziąć siebie we władanie - a już w szczególności nie w towarzystwie osób, których nie znała.
Coś jednak chowało się w tym filmie, co uzbroiło opinię mężczyzny w noże. Dotarły prosto do jej serca, godząc w nie jak obelga, którą wypowiedział na jej temat. Życie przedstawione na ekranie miało w sobie nutę nostalgii, której, jak jej się wydawało, inni nie mogli dostrzec, nie mogli jej poczuć. Było zbyt odległe od Kanadyjskiej codzienności, od atomowych rodzin o umownych, płytkich więzach i spotkań z przymusu.
W głębi duszy czuła, że ten film był dla niej czymś więcej. Echem wspomnień z innego życia, które wbita w kinowy fotel niemal była w stanie uchwycić - jak emocję na wywołanym zdjęciu w albumie, ślad, o którym się zapomniało.
A to oznaczało, że jego słowa godziły w n i ą.
- Wydaje mi się, że z nieprecyzyjnym językiem nie ma pan żadnego problemu - wyrwało jej się, w towarzystwie serdecznego uśmiechu - po tym, gdy potok słów z ust mężczyzny wleciał jednym jej uchem i w większości wyleciał drugim. Ekspert, przemknęło jej przez myśl, w ten sarkastyczny sposób, w którym oceniano kogoś, kto usiłował przeanalizować każdy, najdrobniejszy detal. Wyraz jej twarzy pozostawał niewinny, jakby skierowany w stronę mężczyzny przytyk w żaden sposób nie powstał w jej głowie świadomie. - Musi mi pan wybaczyć. Być może nawykłam do europejskiego kina.
Absolutnie nie nawykła, ale słowa mężczyzny niosły ze sobą coś, co w jej zżytej z fabułą filmu duszy wydawało się wyższością - więc odpowiedziała własną, w sposób, który robił większe wrażenie w Ameryce, ale w Kanadzie również dawał radę.
Brzuchaty mężczyzna wtargnął w jej pole widzenia, nim pół sekundy później wkroczył do ich konwersacji. Obdarzyła go uprzejmym uśmiechem, lecz nie umknął jej sposób, w jaki zmieniła się postura krytycznego widza. Jej głowa przekrzywiła się lekko, odruchowo, dostrzegając tę rysę - nie w obrazie, który prezentował, ale który sformułował się w jej głowie gdy ten obraził kino, które wpadło jej w oko.
Theodore Beaulieu.
Imię mężczyzny zawisło pomiędzy nimi gdy przedstawiający go mężczyzna - niosący na barkach aurę szalenie istotnego - skupił swoją uwagę na czymś innym. Dostrzegła niepewne drgnięcie dłoni krytyka filmowego, niejaką sztywność w tej prostej - dla niej - interakcji. Podpowiedziała jej, że, jak wielu artystów, prawdopodobnie nie posiadał łatwości obcowania z ludźmi pokroju tego, który wtargnął do ich rozmowy.
To z kolei sprawiło, że rozluźniła się nieco, czując się pewniej - nie na gruncie kinowym, ale społecznym.
Wyciągnęła dłoń w jego stronę, podchwytując ruch, który wygasł jak iskra, z której nie zdążył zrodzić się płomień.
- Elena Santorini - przedstawiła się krótko, rozbawienie mignęło na jej ustach. - Jeśli pana recenzja okaże się choćby w połowie tak ostra, jak słowa, nie liczyłabym na ponowne zaproszenie na tego typu przyjęcia.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Theodore wszystko dokładnie analizował, próbując stworzyć mentalną mapę tego, co prawdziwe, a co jedynie pozorne. Dostrzegł więc ledwie zauważalny uśmiech, nieodgadniony, być może w pełni odpowiadający temu, co mówiła, a być może wręcz przeciwnie — będący wyłącznie “trzymaniem fasonu”, “pozorami” bądź “dobrą miną do złej gry”. Reagowała szybko, niemal mechanicznie, bardziej odpowiadając sobie — s w o i m: słowom oraz myślom — niż temu, co rzeczywiście słyszała. Uśmiech przyszedł o sekundę za późno. Sprawiał wrażenie, ot, prawdopodobnie zwyczajnego, a być może w ogóle niepowiązanego w żaden sposób z tym, co powiedział.
Ściągnął brwi ni to w zaskoczeniu, ni to w ciekawości.
Nieważne, jak bardzo próbował, od zawsze miewał trudności ze zrozumieniem, czy ludzkie uśmiechy są przyjazne, kpiące, czy uprzejme. Całą uwagę poświęcał gestom oraz tonowi wypowiedzi. Błądził więc wzrokiem w górę i dół, w bok oraz z powrotem wzdłuż twarzy nieznajomej, w poszukiwaniu łatwych do zrozumienia struktur i wskazówek.
Przypisuje mi pani trudności z nieprecyzyjnym językiem, ale problem mam wyłącznie z nieprecyzyjnym językiem filmów — powiedział wprost. Czemu to robiła? Widocznie sprawiał takie wrażenie, ergo – gdzieś popełnił interpersonalny błąd. Ewidentnie powinien był zachować się inaczej, niekoniecznie rozumiał jednak, gdzie i dlaczego. Z ociąganiem podniósł prawą dłoń, drapiąc się w skroń. Jedną sekundę, dwie, a finalnie — trzy. Dopiero potem opuścił rękę, luźno zwieszając ramię wzdłuż wyprostowanego ciała.
Wciąż uważnie obserwował kobietę, nieudolnie szukając "instrukcji obsługi" przynajmniej tej jednej interakcji społecznej. Powoli pokiwał głową, widząc przed oczami ludzi, takich jak inni prawnicy, którzy to robią, kiedy "słuchają z wielkim zaangażowaniem". Jednocześnie to, co mówiła, rozkładał już na czynniki pierwsze — komentarz dotyczący “europejskiego kina”, szczególnie w połączeniu z romańskim nazwiskiem, częściowo tłumaczył opinię Eleny.
Rozumiem przyzwyczajenie do innych konwencji, niemniej jednak zapewniam — chociaż niejednokrotnie widział, jak ludzie w takich momentach mocno dotykają piersi w miejscu serca, uważał to za niefunkcjonalne — że oceniam film jedynie według struktury oraz spójności narracyjnej. Nigdy nie robię tego w oparciu o czyjekolwiek emocje.
Odgłosy przyjęcia coraz bardziej się intensyfikowały.
Cicha muzyka, zamiast rozluźniać, wbijała się Beaulieu w głowę niczym tysiące igieł w skórę. Rozpraszał się w s z y s t k i m: mężczyzną z naprzeciwka, wymieniającym się numerem telefonu z kobietą, ludźmi stukającymi się kieliszkami, a w szczególności opierającą się o ścianę półtora metra dalej dziewczyną śmiejącą się głośno, a potem dotykającą przedramienia rozmówcy.
Otoczenie stało się za głośne.
Theodore rozglądał się dookoła, próbując bezskutecznie nadążyć za bodźcami, aż wreszcie ze zrezygnowaniem zerknął na ciemnowłosą kobietę — swoją rozmówczynię. Niezadowolony z braku oczywistych wskazówek, westchnął cicho, jeszcze raz pocierając kciukiem niewytatuowane, lewe przedramię, po czym uścisnął wyciągniętą dłoń. Trochę mocno, bez wyczucia, jednak ten prosty gest pozwolil mu chociaż na chwilę oderwać się od zbyt głośnego otoczenia.
Rozumiem także, skąd biorą się pani wnioski, ale prawdę mówiąc… — trochę niecierpliwie przeczesał palcami włosy, próbując odnaleźć zagubioną myśl — …wcale nie zależało mi na tym przyjęciu. Chciałem jedynie obejrzeć, a potem przeanalizować film reklamowany jako “dzieło obiecującego reżysera młodego pokolenia”. Wcale nie chciałem uczestniczyć w towarzyskich konwenansach — powiedział bez nut ironii oraz gniewu, po czym dodał: — Jeżeli nie zostanę ponownie zaproszony, nie widzę w tym problemu.
Brzuchaty mężczyzna, dotychczas głównie przysłuchujący się rozmowie, lekko poczerwieniał. Ludzie czerwienieją: albo w zawstydzeniu, albo w złości — tyle wiedział. A widząc mocno zaciśniętą szczękę, w szczególności zaś drgające mięśnie, o wiele bardziej prawdopodobna wydawała się druga możliwość.
No, Theo, zawsze taki poważny. Gdyby mógł, przegapiłby najlepszą imprezę — powiedział, po czym teatralnie pokręcił głową, wymownie przyglądając się Elenie. Theodore odwrócił wzrok, trochę niepewny, trochę zmęczony, niecierpliwie poprawiając rękaw koszuli opinający się na wytatuowanym przedramieniu.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
Welkom in Canada
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santorini nie posiadała instrukcji obsługi.
Nawet dla wykwalifikowanego rozmówcy, obracającego się w towarzyskich kręgach każdego dnia i nacechowanego stosowną spostrzegawczością, Elena stanowiła trudny orzech do zgryzienia. Czym innym było wkroczyć do świata subtelności i społecznych sygnałów w młodym wieku lub dorosłości, czym innym było nim nasiąknąć za młodu. W miejscach takich jak to, ludzie zakładali maski, by później, w domowym zaciszu, zdjąć je i zaprezentować się bliskim w szczerości.
W jej domu masek nie zdejmowało się nigdy.
Widziała ich migoczące powierzchnie na twarzy własnej matki, dostosowującej własne emocje do nastroju ojca. Dostrzegała ich twarde, kamienne fasady na spiętych obliczach mężczyzn w jej rodzinie, biorących udział w rodzinnych tradycjach gdy ich umysły tkwiły w zupełnie innych miejscach. Prawdziwe oblicze stało się dla niej czymś cennym, czymś, czego pokazywanie było niemal g r z e s z n e. Niewiele osób w Toronto znało ją na tyle dobrze, by móc dostrzec obecność maski na jej twarzy, nie mówiąc o odczytaniu tego, co chowało się po drugiej stronie.
Jeśli Beaulieu poszukiwał mapy, prowadzącej do prawdziwego znaczenia jej słów czy mimiki, równie dobrze mógł targnąć się na odnalezienie Atlantydy.
- Być może tego elementu brakuje w pańskiej ocenie - odparła po krótkiej chwili zastanowienia, która wyzuła jej głos ze złośliwości. - Emocji.
Pierwsze słowa, które usłyszała z jego ust, tworzyły w jej głowie obraz człowieka zbyt pewnego siebie, zbyt skorego do negatywnej oceny być może dla wzniesienia własnej wartości ponad wszystkich innych. Gdy jednak przypatrywała się jego zachowaniu, gdy wsłuchiwała się w to, co miał jej do powiedzenia, zaczynała odnosić wrażenie, że jej pierwsza ocena była błędna.
- A jednak wciąż pan tu jest - zauważyła, nieco dyplomatycznie, czując na sobie spojrzenie zaczerwienionego mężczyzny. Odwróciła ku niemu wzrok, nawiązując pewną nić porozumienia, przez którą natychmiast dodała: - Szkoda byłoby ominąć tak wspaniałe przyjęcie.
Jej wzrok szybko jednak powrócił do tajemniczego krytyka filmowego, który wydawał się wcale jej podejścia nie podzielać - co też nie przeszkadzało jej w wypowiadaniu zdania, które miało udobruchać drugiego mężczyznę.
- Nie przepada pan za towarzyskimi konwenansami? - zagadnęła, kręcąc kieliszkiem szampana w dłoni i patrząc, jak alkohol rozbija się o jego ścianki. - Czy zwyczajnie jesteśmy nieodpowiednim towarzystwem? - dodała niewinnie, ale jej usta wygięły się w figlarnym uśmiechu.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

Pochylił lekko głowę w bok, nieznacznie, ale mimo wszystko zauważalnie, jakby chcąc przekonać się, czy w takiej — bądź co bądź nowej — perspektywie dostrzeże więcej. Często to robił. Często rozglądał się dookoła, przeczesując jednocześnie umysł, widoczne znaki oraz nabytą wiedzę książkową, w poszukiwaniu lepiej działających narzędzi. Bez skrupułów wymieniał wówczas to, co zamiast się sprawdzać, jedynie zawodziło i nagle okazywało się w y b r a k o w a n e, w ten czy inny sposób.
N i e p o t r z e b n i e.
Bo badawcze przyglądanie się obcemu człowiekowi wprost w oczy, trochę uparte, a trochę (prawdopodobnie) nachalne, co — nawiasem mówiąc — skonstatował z ogromnym zaskoczeniem, tym razem prowadziło donikąd. Widział dobrze. Percypował to, co powinien — międzyludzki uśmiech, krótkie uściśnięcie dłoni, mrugnięcie oraz dłuższy śmiech. Owszem, widział mnóstwo kodów pozajęzykowych, niemniej jednak wciąż brakowało mu zmiennych, wzorców porównawczych, słowem — nieskomplikowanych algorytmów ułatwiających dekodowanie tych znaków. Większość zmian zarówno w mimice, jak i gestach, takich jak na przykład machinalne obracanie naczyniem, niewiele mu mówiło. Sugerowało raczej wiele możliwości. Natomiast wyciąganie wniosków, szczególnie bez posiadania w s z y s t k i c h faktów, uważał za niefunkcjonalne.
Jego myśli wciąż płynęły wartkim potokiem, rejestrując więcej, niż powinny.
Teraz pragnął jedynie wyciszenia, takiego prawdziwego, na przykład wskoczenia w rozciągnięty dres, przypomnienia sobie ulubionego filmu z dwoma dużymi psami zajmującymi większą część kanapy — ale w odpowiedzi otrzymywał głośne rozmowy o niczym. Otoczenie, szczególnie niekończące się, głośne dźwięki, dysonowało ze spokojem Eleny. Wciąż dostrzegał w tym zachowaniu coś, przez co ciągle reformułował tak skrupulatnie zbierane wnioski. Wprawiało to mężczyznę w głęboką konsternację, wywołując tym samym jeszcze więcej pytań.
Rozumiał, co powiedziała, dlatego sądził — co także przyjął z niemałym zaskoczeniem — że prawdopodobnie wyraził się niejasno, nieprecyzyjnie, wciąż jednak nie zamierzał niczego sprostować.
Nie znam państwa na tyle, by móc to jednoznacznie ocenić — odpowiedział. szczerym, spokojnym tonem, mocnym i pewnym. Milczał dokładnie dwie sekundy, zachodząc w głowę, według których kryteriów powinien to ocenić? Nieważne, jak bardzo tego chciał, wątpił, czy istnieją rzetelne metody weryfikujące takie i podobne stwierdzenia. Jeżeli natomiast stwierdzenia nie da się ani potwierdzić, ani mu zaprzeczyć, wówczas hipoteza jest błędnie postawiona. A hipotezę błędną trzeba przeformułować.
Ludzie są, w moim odczuciu, zmienną, co najwyżej kontekstem życia, nie zaś celem samym w sobie — mówił dalej. Stojący nieopodal mężczyzna odetchnął przez nos, krótko, ale głośno, po czym zacisnął szczękę, co Theodore odnotował, ale nie przeanalizował. — Natomiast relacje, na przykład nawiązywane podczas takich spotkań, są nieistotne z punktu widzenia analiz filmowych.
Widząc ciekawą, rzadką reakcję, Theodore dokładnie jedną, a potem drugą krótką sekundę przyglądał się nieznajomemu mężczyźnie. Z łatwością dostrzegał zarówno rozbiegane spojrzenie, jak i krople potu na czole, co prawdopodobnie świadczyło o wytrąceniu z równowagi.
Ale cisza się przedłużała.
Trwała o pół sekundy dłużej niż zazwyczaj, a choć z początku uważał to za coś normalnego — ludzie często namyślali się, słysząc, co mówi, kręcąc czasem głową, a potem odchodząc — wreszcie ściągnął brwi. Teraz coś nieodwracalnie się zmieniło. Spojrzenie stojącego nieopodal mężczyzny, wędrujące dotychczas od jednego do drugiego rozmówcy, skupiało się wyłącznie na Elenie.
Theodore za późno usłyszał zmianę tonu.
Mimowolnie dotknął więc przegubu, mocno przesuwając palcami wzdłuż przedramienia, jakby osadzał się w rzeczywistości, po czym jeszcze raz poprawił rękaw. Podciągnął trochę wyżej biały, pognieciony materiał.
Kinematografia ponad ludzi, słyszałaś, Elena?
Wypowiedziane zdanie okazało się niefunkcjonalne.
N i e o p t y m a l n e.

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
Welkom in Canada
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzenia były nieodłącznym elementem jej życia.
W ich Włoskiej posiadłości pomimo mnogości pomieszczeń zwykle brakowało miejsca, które byłoby ich pozbawione. Jeśli nie członkowie rodziny, to zawsze wyczuwała obok obecność ogrodników, opiekunek, trenerów, pracowników jej ojca. Nauczyła się, że jej dłonie zawsze były obserwowane, a pewien rodzaj etykiety powinien być utrzymywany nawet za zamkniętymi drzwiami.
Później przyszedł balet.
Jej nauczyciele byli czujni, dostrzegali każdy, najmniejszy błąd. Spojrzenia widowni, o ironio, były znacznie łagodniejsze. Na deskach teatru miała świadomość tego, że większość osób na widowni nie dostrzeże żadnego jej błędu, że wszystko dla nich jest częścią występu, z góry zaplanowaną i ułożoną. Zawsze jednak występowała czując wzrok innych członków zespołu na swoich plecach, reżysera siedzącego na skrzydłach bądź ukrytego w mroku czarnej sali.
Przywykła też do spojrzeń mężczyzn. Długich i krótkich, obojętnych i pożądliwych. Zarówno tych, które znosiła na ulicy, próbując dostać się z punktu A do punktu B, jak i tych przeznaczonych do zadymionych wnętrz klubów i rozmazanej przestrzeni pod wpływem kilku drinków.
Rzadko kiedy jednak ktoś przyglądał jej się w t e n sposób.
W jego spojrzeniu nie chowało się pożądanie, ani też charakterystyczna dla mężczyzn w trakcie podboju, zimna kalkulacja cisnącego się na usta flirtu. Bealieu przyglądał jej się z ciekawością przypominającą jej kota, usiłującego pojąć niezrozumiałe machinacje człowieka samotnie tańczącego w środku nocy na środku salonu.
- Mój ojciec lubił mawiać, że ludzie to zasób, mogący wnieść coś do naszego życia lub to zabrać - odparła, bo jego oderwane od społecznych norm podejście przywiodło jej na myśl rozumowanie powszechne w jej rodzinie. Dotyczyło oczywiście jedynie osób z zewnątrz - nigdy w życiu kogoś, kto był powiązany z nimi krwią. - Nie powiedziałabym, by miał z tego powodu zbyt wielu fanów.
Uśmiech zadrżał na jej ustach gdy widziała wściekłość czyhającą w oczach tego istotnego, grubego mężczyzny stojącego obok nich. Wiedziała doskonale, w jaki sposób rozumują ludzie tacy jak on. Z pewnością nie przeszkadzałyby mu słowa Theodore'a, gdyby wypowiedział je w ich rozmowie na osobności - ale przecież nie o to chodziło. Przedstawiając go ludziom, którzy byli wokół, przedstawił go jako swój zasób.
I zasób ten w żaden sposób nie podzielał wdzięczności za zaproszenie na to przyjęcie, nie przyjmował sojuszniczego stanowiska w towarzyskiej grze, która rozgrywała się wokół.
- Ten film był bardzo poruszający. Nie może mieć pan pretensji, że wszyscy jesteśmy nieco wyprowadzeni z równowagi - odpowiedziała łagodnie na przesycone ironią pytanie mężczyzny, nagle orientując się, że przypadkiem wtargnęła w stworzony przez niego konflikt - a przez dystansowanie się krytyka filmowego, choć konflikt dotyczył niego, jednocześnie w nim nie uczestniczył. - Panie Beaulieu... - dodała pośpiesznie, podnosząc ton głosu, pragnąc, by wyczuł, że nie powinien odpowiadać na te słowa - którym z pewnością by zaprzeczył.
Jakkolwiek patrzenie na to, jak pieni się mężczyzna obok nich było dla niej fascynujące, czuła, że nie jest w stanie z czystym sumieniem dalej na to pozwalać.
Ruszyła naprzód, wkraczając w przestrzeń osobistą filmowego krytyka, zaburzając jego bańkę, z której usiłował trzymać świat wokół na dystans. Wsunęła dłoń pod jego ramię, obracając go lekko w innym kierunku, z dala od osób, którym mógłby się dalej naprzykrzać.
- Jest ktoś, kogo wprost musi pan poznać... - skłamała, ruszając w stronę innego kąta pomieszczenia - powoli, lecz zdecydowanie.

Theodore S. Beaulieu
33 y/o
For good luck!
186 cm
niezależny krytyk filmowy w zaciszu własnego domu
Awatar użytkownika
the only peace is a place inside my mind, the only peace is the past rewind, 'cause all was well once upon a time.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjiprzeszły
czas narracjitrzecioosobowa
postać
autor

B l i s k o.
Choć dotychczas był gotów, by odpowiedzieć — z a p r z e c z y ć — tak teraz zacisnął usta w trochę węższą kreskę. Marszcząc brwi w ciekawości, w nieskończoność rozważał, czemu Santorini mówi o “napięciu”, o “wyprowadzeniu z równowagi”, skoro wyłącznie przedstawił własną opinię. Niepochlebną, owszem, niemniej jednak jedyną prawdziwą. Ciągle słyszał w myślach powtarzające się sformułowania, domagające się spisania, u w i e c z n i e n i a, tak czy inaczej. “Współczesna kinematografia często jedynie udaje analizę klasową”. “Większość nieporozumień pełni wyłącznie funkcję estetyczną, słowem — daleko im do realności”. “Brak dramatu”. “Intencją tego filmu jest jedynie cieszenie wzroku”. “Dostrzegam oczywiste interio operis, niezgodność tego, co próbowano przedstawić między wierszami, “między kadrami”, z tym, co rzeczywiście zobaczył widz”. Naprawdę niewiele brakowało, aby — chcąc nie chcąc (bardziej chyba nie chcąc) — to usłyszeli. Jeden głębszy oddech, umożliwiający mówienie, mówienie i mówienie prawie w nieskończoność, bo tyle zabrakło. 
Beaulieu reagował jednak w ułamkach sekund. 
B l i s k o.
Ubiegając tak potrzebne, wręcz tak n i e z b ę d n e, ochłonięcie w odpowiedzi na nieznajomy dotąd dotyk, zareagował w jedyny znajomy sposób, przywracający równowagę, a także kontrolę w niepewnych sytuacjach. Theodore zatrzymał się. Zamarł. Na chwilę przestał oddychać, tak, jakby w przeciągu paru sekund zapomniał, czy wcześniej trzeba zrobić wydech, czy wdech, czy cokolwiek innego. Mimowolnie usztywnił bark, ten sam, pod który wsunęła miękką, ciepłą dłoń. Małą i delikatną. Oparł się także mocniej, stając pewniej, jakby bardziej prosto. Przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto, będąc pewnym swojej racji, równie żarliwie obroni również własną przestrzeń osobistą, ale mimo to… 
Theodore d a ł się obrócić, robiąc coś, co robił naprawdę rzadko — świadomie oddał kontrolę nieznajomej. Odczuwał dyskomfort, niemniej jednak wyczuwał także celowość, pewność oraz płynność, swoistą naturalność gestu, umysł mimowolnie zakodował więc, jednocześnie zapamiętując, prostą w odbiorze informację: działanie celowe, nienapastliwe. Gdyby policzył do trzech — jeden, dwa, trzy — być może wyglądałoby to inaczej. Jednak jak dotąd to, co działo się dookoła, wzniecało o wiele więcej nienazwanych emocji niż dotychczas znosił — bliskich dezorientacji sensorycznej, przede wszystkim jednak nieprzewidywalności środowiskowej.
Theodore uważnie przyglądał się okrągłemu stołowi naprzeciwko, jednocześnie zastanawiając się, co powinien zrobić. Przysłuchiwał się słowom tak samo uważnie jak tonowi głosu. Dziwne. Najpierw działała, potem — s k ł a m a ł a, a teraz — chroniła…? Wreszcie oswajał się z tym, co działo się dookoła, wyciągając proste wnioski: a) reagowała zdecydowanie, nie agresywnie, b) prowadziła konsekwentnie, bez najmniejszego zawahania oraz c) wolała, by milczał, dlatego odsunęła się niemal natychmiast. Otrzymał więcej, niż mógł spodziewać się parę chwil temu — coś bliskiego instrukcji obsługi przynajmniej jednego gestu, jednej wypowiedzi. 
Wreszcie coś f u n k c j o n a l n e g o.
Theodore, nie wiedząc czemu, a zatem — bardzo niepodobnie do siebie, zamiast zaprotestować, grzecznie się odwrócił. Początkowo jedynie pozwalał się prowadzić, idąc przed siebie równym krokiem. Dopiero wtedy spóźnionym gestem zgiął łokieć, podobnie do tego, jak mężczyźni zazwyczaj trzymają kobietę “pod rękę”. Jednak Theodore dostrzegał tutaj jedynie pragmatyzm, swoistą kontrolę biomechaniczną służącą wyrównaniu kroków, odsunięciu się od gęsto ustawionych ludzi, a przede wszystkim — zmniejszeniu liczby rozpraszających zmiennych. Zamiast myśleć o głośnych śmiechach, rozmowach, tupaniu, a także będących zbyt blisko obcych, skupiał się wyłącznie na dotyku, który — o dziwo — okazał się n i e c i ą ż ą c y.
Skupiał się na b l i s k o ś c i.
Dopiero po paru sekundach, widząc przerzedzającą się w ludziach okolicę, spojrzał na dziewczynę ze ściągniętymi brwiami. Mimo to ani razu jej nie dotknął. 
Czy to było… kłamstwo?

Elena Santorini
Theo
what a dumb idea... do it!
27 y/o
Welkom in Canada
164 cm
primabalerina | The National Ballet of Canada
Awatar użytkownika
part me from my heart, my fate is sealed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jakaś jej cząstka spodziewała się innej reakcji - ta, która dostrzegła awersję mężczyzny do otaczającego go świata. W przypadku wszystkich innych na tym przyjęciu nie miała wątpliwości, że przyjęliby jej dotyk neutralnie - lub z przyjemnością. Beaulieu był jednak inny, specyficzny i jeśli miałaby wskazać kogoś, kto nietaktownie mógłby zrzucić jej rękę, byłby to on.
Wyczuła jego początkowe napięcie gdy ten prosty gest nadszedł niespodziewanie. Nie zważając na nie, posłała grzecznościowy uśmiech w stronę mężczyzn, których towarzystwo opuszczali - nim ruszyła w inną stronę, prowadząc ze sobą krytyka filmowego.
Wmieszanie się w tłum nie należało do rzeczy trudnych. Foyer kina nie było przystosowane do przyjęć tej skali - coś, co z pewnością było zaznaczone organizatorowi na wstępie, oraz kompletnie przez reżysera zignorowane. Im więcej osób, tym większy prestiż, nawet jeśli pomieszczenie pękało w szwach, ściany napierały i ludzkie oddechy mieszały się ze sobą w zbyt gęstym stężeniu.
Przez myśl przeszło jej, by wysunąć rękę spod jego ramienia, wyswobodzić mężczyznę gdy zagrożenie zniknęło z horyzontu. Odruch był jednak krótki, zbyt słaby, by postanowiła za nim podążyć. Jego towarzystwo wydawało się nienachalne, może wręcz mogłaby określić je jako przyjemne gdyby miała pewność, że i dla niego ich wspólna bliskość było czymś chcianym, a nie czymś, co tolerował z uwagi na jej wsparcie w boju. Wyczuwała emanujące z jego ciała ciepło, powietrze między nimi wypełnił subtelny zapach używanych przez mężczyzn perfum.
- Z pewnością znajdą się tu osoby, które powinien pan poznać - odrzuciła z początku, ale uśmiech na jej ustach i żartobliwy ton zdradzały, że w jej odpowiedzi nie było nic, co należało traktować na poważnie. - Ale ja uznałam, że przyda się panu ewakuacja.
Przystanęła w miejscu, które oferowało odrobinę oddechu - pod ścianą w kącie, przy której ułożono stoły z przekąskami. Jej wzrok prześlizgnął się po błyszczących paterach, na których catering pieczołowicie ułożył mikroskopijne kanapki i paszteciki. Ani Amerykanie, ani Kanadyjczycy w jej odczuciu nie znali się na jedzeniu i nie spodziewała się, że na przyjęciu takim jak to, znajdzie coś wartościowego dla siebie.
- Nie wygląda pan na zadowolonego z przyjęcia i ustaliliśmy już, że nieszczególnie pan za takimi rzeczami przepada - zauważyła, ignorując przekąski i zamiast tego dopijając do końca swojego szampana. Sięgnęła ręką, odkładając puste naczynie na tacę przechodzącego obok kelnera. Jej głowa nieśpiesznie skierowała się w stronę towarzyszącego jej mężczyzny, zadzierając w górę by mogła na niego spojrzeć pomimo obcasów, które miała na sobie. - Więc co pana tutaj przywiodło?
Wszyscy wokół zdawali się takie rzeczy kochać, może nawet bardziej niż film, którego mieli okazję doświadczyć. Zwykle należała do tego grona, rozkoszując się cichą muzyką, interesującym towarzystwem i nielimitowanym, drogim alkoholem. Tym razem jednak znalazła się poza bańką, w której zwykle rezydowała i samo przyjęcie okazało się dla niej mniej interesujące niż to, czego doświadczyła na sali kinowej.

Theodore S. Beaulieu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Revue Cinema”