Może faktycznie miała
specyficzne poczucie humoru. W końcu kto inny rzucał medyczne żarty na lewo i prawo, szczególnie takie, które tyczyły się randek na SORze i sepsy? Z pewnością nikt normalny. Bo może faktycznie Abigail Wallace była specyficzną kobietą — nigdy nie dążyła do bycia
najpiękniejszą w tłumie, nie chodziła w sukienkach, nie malowała się mocno, a szpilki zakładała jedynie na śluby i pogrzeby. Od
gorących ploteczek przy lampce wina zdecydowanie wolała pójść na piwo i zagrać w darta. Może przez to miała tak mało koleżanek? Częściej zadawała się z facetami, ale wcale nie ze względu na testosteron, a ich
prostotę użytkowania. Lubiła bezpośredniość i ceniła szczerość nad owijanie w bawełnę i skrywanie prawdy za dobrze dobranymi słowami.
I może właśnie to był jeden z powodów, dla których nieznajomy przy barze zyskał tak wiele jej uwagi — jego wypowiedzi były bez jakiegokolwiek filtra. Nie starał się jej zaimponować, nakreślić przekrzywioną rzeczywistość, w której mówiłby to, co tylko chciała usłyszeć. On prezentował rzeczy takie, jakimi były, a Wallace przyjmowała to wszystko z delikatnym uśmiechem na twarzy i błyskiem w oku.
—
O znak zodiaku pytam dopiero na drugiej randce — wzruszyła ramionami, przyglądając mu się uważnie. Sama ledwo wiedziała, jaki ma, więc nawet gdyby faktycznie podzielił się z nią tym faktem, z pewnością i tak nie miałaby pojęcia jaką przyszłość wróżyły im gwiazdy. No chyba, że zaraz odpaliliby jakiś zajebisty generator czytania znaków (albo przeczytali w Bravo).
Mało romantycznie, ale cholernie skuteczne. —
Poza tym romantyzm jest już przereklamowany — bo jak niby miał się to
skuteczności? Działanie zawsze miało większą moc niż tylko solidna gadka i planowanie. Podobnie z miłością — czym innym było mówić, a robić. I chociaż Abby nie miała dla niego pięknych, czułych słów, owianych romantyzmem, którymi mogłaby go oczarować, tak miała zamiar zaraz opatrzyć jego rany. A to akurat powodowało przeskoczenie nawet kilku etapów znajomości.
Zaśmiała się głośno, gdy tak zarzekał się, że swoimi słowami prosiła się o kłopoty, szczególnie w jego towarzystwie.
—
Dobrze, że mam nerwy ze stali — rzuciła luźno. Czy była to prawda? Niekoniecznie. Pierwsze kilka wizyt na intensywnej podczas praktyk kończyła w kiblu, wymiotując jak kot. Chociaż w przypadku uczuć może faktycznie nie szło jej najgorzej. Zazwyczaj nie przywiązywała się zbyt szybko, nie przeszkadzały jej jednorazowe przygody, a tym bardziej
kłopoty. Je lubiła niekiedy aż za bardzo. —
A na złamane serce zawsze mogę sobie przykleić plasterek — najlepiej taki kolorowy, z jakimś spongebobem albo innym spider-manem. Czy wyglądał na takiego, który łamał serce? Zdecydowanie. Przecież ci
od kłopotów zawsze mieli swoje za uszami. Ba, wystarczyło przyjrzeć się jego twarzy i wszystkim raną, które ją zdobiły by dość do szybkiego wniosku, że to spokojnych i cichych wcale nie należał. Do najbrzydszych zresztą też nie, więc powodzenie musiał mieć przednie.
Jak i temperament, który bardzo szybko zaczął z niego wychodzić, kiedy pijany facet popchnął ją prosto w jego ramiona. Wcale nie uszło jej uwadze, kiedy zacisnął dłoń w solidną pięść, która z pewnością już obiła w swoim życiu niejedną twarz, o czym świadczyła chociażby wciąż sącząca się z nich krew. Nie wspominając o ogniu w oczach, który w sekundę zapłonął z poirytowania.
—
Wystarczy, że ktoś inny już przez ciebie latał — zauważyła, krótkim gestem wskazując na jego poharataną twarz. —
Zawsze chcesz każdego od razu napierdalać? — spytała bardziej z ciekawości niż złośliwości, chociaż osobiście brzydziła się przemocą. Wychodziła z założenia, że konflikty można było w bardzo prostu sposób załatwić poprzez
rozmowę i odpowiednie argumenty, jednak wiadomo, każdy był inny. Nie jej oceniać kto jakie miał sposoby. A już na pewno nie tego wieczoru, kiedy sama wlała w siebie solidną ilość alkoholu.
Może gdyby była trzeźwa, wcale nie zaciągałaby rannego faceta do kibla. Może. Ale był i to właśnie robiła. Plan był, by pójść do damskiego, jednak — ku zaskoczeniu absolutnie nikogo — był zajęty. Skończyli w męskim. Wyglądał zupełnie jak damski, z dodatkiem samotnego pisuaru gdzieś na drugim końcu pomieszczenia i obrzydliwego zapachu.
—
Gorzej niż w prosektorium — rzuciła bardziej do siebie niż do niego. Znała zapach trupów aż za dobrze, jednak i tak nijak miał się on do męskiej toalety. Nim jeszcze zabrała się za rozkładanie zabawek, podeszła do niewielkiego okna i sięgnęła do klamki, wcześniej podpierając się o zakurzony kaloryfer. —
Od razu lepiej — zaciągnęła się świeżym powietrzem i dopiero po tym spojrzała na chłopaka. W tym świetle jego twarz wyglądała jeszcze gorzej niż wcześniej — krew miała bardziej wyrazisty kolor, rana pod brwią okazała się o wiele głębsza, a pod oczami ujawniły się drobne sińce. Wallace jednak ani przez moment nie dała nic po sobie poznać. Wciąż niewzruszona podeszła bliżej, stając tuż przed nim.
—
Abby — przedstawiła się w końcu. —
Chociaż bezimienna też nie brzmi najgorzej — zawsze to lepsze niż
ej ty. Dziwnie było się mu przedstawić po tym wszystkim, co miało miejsce przy barze. Jakby zaczęli swoją znajomość od zupełnie innej strony, niż to się zazwyczaj odbywało. Czy jej to przeszkadzało? Absolutnie.
Wykonała krok w jego stronę, kompletnie niwelując dzielącą ich odległość, by po chwili wychylić się zza jego ciała i dostać się do umywalki. Przemyła dokładnie dłonie, chociaż marne resztki ubabranego mydła w kostce pozostawały wiele do życzenia.
Mamy swój prywatny SOR. I co teraz?
—
Teraz umyjemy ci te poodbijane łapy. To po pierwsze — stwierdziła i bez pytania sięgnęła do jego poobijanej dłoni. Nim wsadziła ją pod strumień chłodnej wody, przejechała delikatnie palcami wzdłuż rozwalonych knykci, przyglądając się im dokładniej. —
Nie ma tragedii — musnęła jego szorstką skórę jeszcze kilkakrotnie, a po chwili umieściła ją pod kranem, by oczyścić nadmiar krwi. Woda praktycznie od razu zmieniła kolor na jasno różowy. Abby dała chwilę temu procesowi, a następnie przetarła z
wyczuciem jego skórę, by pozbyć się również zaschniętych części.
—
Siadaj — szturchnęła go biodrem w kierunku zamkniętej muszli klozetowej tuż obok. Resztkami ręcznika papierowego odsączyła nadmiar wilgoci, a następnie wciąż przytrzymując jego dłoń, wolną ręką sięgnęła do apteczki. Wyciągnęła z niej płyn do dezynfekcji i spryskała, co jakiś czas spoglądając na twarz chłopaka.
—
Powiesz mi, co takiego robiłeś, że skończyłeś z takimi pamiątkami? — wydusiła w końcu, przecinając ciszę, w której wybrzmiewały jedynie ich przyspieszone oddechy. —
Czy to coś na zasadzie pierwszej zasady fight clubu? — bo może nie chciał mówić? No tylko Wallace tutaj tak ładnie się nim zajmowała, że chyba wypadało uchylić rąbka tajemnicy?
Alexander Hall