Wewnętrzna walka między tym, co profesjonalne, a tym, co pociągające, bo przecież zakazane. To intensywne spojrzenie nie dawało mu spokoju. W jednej chwili – świadomie czy nie – rozpętał ten cały gorąc na własne życzenie. Jeszcze nie dopuszczał do siebie myśli, że tak naprawdę cholernie mu się podobał. Rodzaj adrenaliny, której nie czuł od dawna; nie związanej z pracą, a czystymi uczuciami, z którymi wcześniej czy później przestałby walczyć. Wbrew sobie i swoim chorym przekonaniom, że odciął się grubym murem od tego, kim był kiedyś. Bzdura.
Coraz częściej łapał się na tym, że przy niej ta zawzięcie skrywana część Percy'ego wyrywała się na zewnątrz. Ku wolności, szaleństwu; potrafił się nimi cieszyć, dopóki nie sprawił, że ludzie zaczęli go postrzegać wyłącznie jako poważnego i skutecznego mecenasa Gardnera. Czuł, że ona mogłaby to wszystko… zrozumieć. Zaakceptować.
przecież też
by mogła.
Wciąż się nie odsuwał, nawet wtedy, gdy przysunęła się o kolejne pół kroku. Drzwi do gabinetu, na które wcześniej zerkał z niepokojem, przestały mieć znaczenie. Z ciekawością lustrował jej jasne oczy, próbując odczytać z nich to, czego od niego chciała. Czego właściwie on chciał od niej?
„Czasami myślę, że powinnam zostać ukarana”.
Mimowolny półuśmiech rozsunął jego usta, układając je w niejednoznaczny grymas. Nie pomyślał bynajmniej o karze pozbawienia wolności. Wtedy wzrok Gardnera ponownie padł na krótszy kosmyk włosów, który jak na złość, non stop pchał się na gładki policzek. Znowu do niego sięgnął, tym razem pewnym ruchem zakładając pasmo za ucho Astrid.
— To skrucha, panno Finch, czy masoch-… — rzucił gardłowo, zanim przerwał mu głośny dźwięk telefonu na biurku, przywracając do rzeczywistości.
Skrzywił się, wcale nie chcąc tego przerywać; ostatecznie podszedł do stołu, opierając się o niego pośladkami. Złapał za słuchawkę, upijając w międzyczasie łyk alkoholu. Po krótkim „tak?” wsłuchał się w głos sekretarki, która wyjaśniała mu właśnie jakąś palącą się sytuację. Starał się skupić, ale był zbyt rozkojarzony.
— Podeślij mi adres na maila — mruknął tylko, nie spuszczając wzroku z Astrid.
No i nici z wolnego wieczoru.
— Muszę gdzieś podjechać — powiedział, odkładając słuchawkę. — Idealnie pod wypitą właśnie whisky. — Ironicznie. Spojrzał na swoją prawie pustą już szklankę, a potem na dziewczynę. — Czegoś jeszcze potrzebujesz… przed piątkiem? Mów śmiało. — Posłał jej pytające spojrzenie. W jego głosie wybrzmiała znajoma, wabiąca nutka – dokładnie ta, która pojawiała się, gdy czegoś oczekiwał; czegoś chciał. Nie dla niej rzecz jasna, dla s i e b i e.