27 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sylwester w tym mieście zawsze smakował tak samo - mieszanką taniego szampana, spalin i desperackiej nadziei, że wraz z wybiciem północy świat w magiczny sposób stanie się lepszym miejscem. Lex nie wierzył w magię. Wierzył w twarde lądowania i w to, że jutro obudzi się z tym samym ciężarem w klatce piersiowej, niezależnie od tego, która cyfra zmieni się w kalendarzu.
Pod The Fifth Social Club podszedł po dwudziestej drugiej. Widział przez szybę, że personel już dawno zniknął, goniąc za swoimi planami i szampanem. Mimo to pchnął drzwi, które o dziwo ustąpiły. Nie miał nawet gwarancji, że ją tu dzisiaj spotka, a i tak przyszedł, bo po prostu nie chciał znowu siedzieć sam ze swoimi myślami. Nie wiedział, co właściwie chciał jej powiedzieć, ale odkąd ostatnio widział ją przy barze, nie potrafił odzyskać spokoju. Pod powiekami wciąż widział jej sylwetkę w obcisłej sukience i czuł zapach jej perfum, który tamtej nocy, gdy przyciągał ją do siebie, niemal odebrał mu rozum. Pamiętał dreszcz, jaki wywołało u niej bezczelne wplątanie palców w jej włosy i to, jak jej oddech przyspieszył, gdy musnął ustami jej szyję. Nie chciał wyjść na prześladowcę, ale ciało najwyraźniej pamiętało tamto gorąco lepiej niż zdrowy rozsądek i po prostu niosło go tam, gdzie spodziewał się ją zastać.
Wewnątrz panowała absolutna cisza, którą mącił jedynie szum lodówek. Maddie nie było przy barze. Dopiero nagły podmuch mroźnego powietrza sprawił, że Lex uniósł głowę. Drzwi na zaplecze, te prowadzące na dach, były lekko uchylone, wpuszczając do środka lodowaty przeciąg.
Oczywiście, że wspiął się na górę powolnym, niemal leniwym krokiem - nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. Dach był płaski, zasłany cienką warstwą brudnego śniegu. Od razu rzuciła mu się w oczy metalowa drabinka ewakuacyjna na bocznej ścianie - szybka droga ucieczki prosto na ulicę, gdyby ktoś go tutaj zamknął. Usiadł na samej krawędzi dachu, spuszczając nogi w przepaść ciemnej ulicy. Wyciągnął papierosa, osłonił płomień zapalniczki dłonią i zaciągnął się głęboko. Palił rzadko, właściwie wcale - jako sportowiec zbyt mocno szanował własne płuca i kondycję, nad którą pracował latami, ale dzisiaj, w tę durną, sylwestrową noc, potrzebował czegoś, co zajmie mu ręce i stłumi gonitwę myśli.
Nagle ciszę przeciął głośny łomot na schodach. Kiedy Lex obrócił głowę, zobaczył Maddie - stała tam z tą swoją zdezorientowaną buzią, jakby zupełnie nie spodziewała się zastać tu kogokolwiek, a już na pewno nie jego. Wypuścił kłąb dymu, który natychmiast rozmył się na mrozie, i powoli wstał.
- Bar zamknięty od godziny, Maddie. Nie powinnaś być już na jakiejś imprezie? - mruknął pod nosem, choć w duchu ucieszył się, że to ona znalazła go na dachu, a nie tamten bałwan, który pracuje w każdą środę.
Ledwie te słowa opuściły jego usta, poczuł ukłucie ironii. Prawda była taka, że ona mogła mu odpowiedzieć dokładnie tym samym - to ona tu pracowała i to on "nawiedził" jej dach. On był tylko intruzem, który wlazł na cudzą własność, bo nie potrafił wyrzucić barmanki z głowy. Ups.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rzucił niedopałek pod but, zgasił go zdecydowanym ruchem i ruszył w jej stronę. Zrobił to tak sprawnie i cicho, że zanim mrugnęła, on już wślizgnął się między nią a wyjście prowadzące na schody. Oparł się ramieniem o futrynę drzwi, blokując jej jedyną drogę powrotną do ciepłego wnętrza lokalu. Ostatnim razem to ona pękła pierwsza - po prostu uciekła z klubu, zostawiając go samego przy barze. Wygrał. W swojej głowie naprawdę był na wygranej pozycji, mimo że to on przylazł tu dziś za nią niczym ranny pies.
Pochylił się nieznacznie, skracając dystans do absolutnego minimum. Wbił wzrok prosto w jej oczy, szukając w nich tej samej mieszanki zaskoczenia i buntu, którą widział wcześniej przy barze.
- Cześć - powiedział cicho, niemal miękko, a w jego głosie nie było już ani grama cynizmu. Było tylko to samo duszne napięcie, które przerwali kilka dni temu.

Maddie Lennox
isiek
wszystko git jest
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
167 cm
barmanka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Dalej robi najlepsze drinki w mieście, ciągle nie ogarnia swojego życia i żeby było jej mało wplątała się w dziwną relację z Lexem bo brak jej rozrywki, o.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dzisiaj klub pracował zdecydowanie krócej niż powinien, sama Maddie nie rozumiała decyzji szefa, ale nie miała zamiaru się kłócić. Kolega barman, z którym miała to robić poszedł do domu bo blondynka stwierdziła, że może zrobić to sama i zdecydowanie sobie poradzi. Bo co było w tym tak trudnego.
Prawda była jednak zupełnie inna, postanowiła zostać w klubie bo było to zdecydowanie lepsze zajęcie niż siedzenie samej w domu, pewnie mogła bez problemu udać się na dowolną imprezę w mieście, ale nie czuła takiej potrzeby. Bo co miała świętować? Niczego nie osiągnęła, nic ciekawego nie zrobiła, nie miała być za co wdzięczna ani za co dziękować. Może była po prostu zmęczona? Zmęczona udawaniem, że miała wszystko pod kontrolą? Że wiedziała co robi? Możliwe.
Od kilku dni nie mogła też pozbyć się z głowy Lexa, który zdecydowanie naruszył jej granice, był jak drzazga w palcu, której za cholerę nie mogła się pozbyć. Na samą myśl o nim po jej ciele przechodziły ciarki, w dalszym ciągu czuła jego usta na swojej szyi i palce zaciskające się na biodrach. Zaprzątał jej głowę, jej myśli i podnosił ciśnienie nawet jeśli fizycznie go nie było. Aby się jakoś ogarnąć i uspokoić gonitwę myśli została w klubie, siedziała na zapleczu ogarniając szklanki, skrzynki i całą resztę kompletnie zapominając o czasie czy zegarku.
Drgnęła dopiero kiedy usłyszała jak ktoś otwiera drzwi i szybko dotarło do niej, że zapomniała o ich zamknięciu. Oczami wyobraźni już widziała grupę pijanych imprezowiczów, których nie będzie umiała stąd wykopać. Wzięła kilka głębszych oddechów i wyszła z zaplecza, stanęła za barem i się rozejrzała, ale nikogo nie dostrzegła. Wzrokiem przejechała po pustej sali i zatrzymała go dopiero na drzwiach, które prowadziły na dach, były otwarte, niemalże na szeroko.
- Świetnie, wręcz zajebiście. - mruknęła do siebie, cholera wie kto i co tam robił, przez chwilę chciała wyjść i kogoś tam zamknąć, ale ten pomysł szybko wypadł jej z głowy bo pomyślała, że jakiś pijak spadnie i się zabije, a potem będzie na nią.
Odłożyła telefon na blat ciemnego baru, wyszła za niego i skierowała się na górę, średnio jej się to podobało, nigdy nie była na tym dachu. Z każdym kolejnym schodkiem czuła jak nogi bardziej jej się trzęsą, cholera wie czy z zimna czy ze strachu, który powoli zalewał jej ciało.
Dotarła na miejsce, zrobiła krok do przodu i dostrzegła kogoś na krawędzi. Już miała otwierać usta i coś skomentować kiedy osobnik się odwrócił. Szybko rozpoznała osobę, był to Hall, a mina Maddie brzmiała "Jeszcze Ciebie mi tutaj brakowało"
Chciała odpowiedzieć na jego słowa, ale nim się spostrzegła zaraz znalazł się obok niej, zagrodził jej wyjście opierając się o framugę w taki sposób, że nawet jakby chciała to by się nie przecisnęła. Wzięła głęboki oddech licząc na to, że chłód jaki panował na dachu trochę uspokoi jej coraz bardziej rozszalałe nerwy i strach.
Jego pojawienie się nie zwiastowało niczego dobrego i już teraz wiedziała, że to będzie naprawdę długa noc, w głębi duszy modliła się aby jednak odpuścił, bo nie czuła się zbyt dobrze stojąc na dachu, na którym leżał śnieg i było ślisko.
Podniosła spojrzenie na jego twarz, czując jego bliskość nie ruszyła się jednak, nie tylko dlatego, że wcale jej to nie przeszkadzało, bała się zrobić jakikolwiek ruch bo oczami wyobraźni widziała jak spierdala się z tego dachu na sam dół.
- Co ty tutaj robisz, Hall? Jak sam zauważyłeś bar zamknięty. - zapytała unosząc brew w górę. Nie miała ochoty na rozmowę ani przepychanki słowne, szczególnie tutaj.
Alexander Hall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
izzy
jak mi coś nie będzie pasować dam znać
27 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dostał to, czego chciał. Pragnął jej obecności i ją otrzymał, choć okoliczności były dalekie od idealnych. Stała przed nim, owinięta mroźnym powietrzem, a on… no właśnie, co teraz? Nie miał dalszego planu. Cała ta bezczelna pewność siebie, która gnała go na ten dach, wyparowała w zderzeniu z rzeczywistością. Chciał tylko być obok. Chciał sprawdzić, czy ona też czuje to dziwne przyciąganie, które nie pozwalało mu spać, ale teraz, gdy dzieliło ich zaledwie kilka kroków, poczuł się dziwnie obnażony. Niby była tylko zwykłą dziewczyną z baru, a jednak nie wiedział, co się z nim dzieje.
Zamierzał odpowiedzieć jej czymś bezczelnym, jakimś kąśliwym komentarzem o tym, że lubi włamywać się tam, gdzie go nie chcą, ale słowa zamarły mu jednak na ustach, gdy tylko przyjrzał się jej uważniej. Z tej odległości, mimo mroku, widział wszystko - nienaturalną sztywność jej ramion, to, jak kurczowo zaciskała dłonie i sposób, w jaki jej wzrok desperacko unikał krawędzi dachu. Czyżby się czegoś bała? Czyżby ją przestraszył? Czy może coś się stało? Ktoś inny jej coś zrobił? Cholera. Nie chciał, żeby przez niego czuła się źle. Odsunął się od framugi, ale nie po to, by ją wypuścić, lecz by odgrodzić ją własnym ciałem od pustki za jego plecami. Zmienił postawę - jego ramiona rozluźniły się, a prowokujący błysk w oczach zgasł, ustępując miejsca czemuś znacznie łagodniejszemu. Przez chwilę chciał wyciągnąć dłoń w jej stronę, ale stwierdził, że to zbyt poufałe zachowanie.
- Szukałem... - zawiesił głos. Ciebie szukałem. - ...ciszy. Wszystko okej?
W głowie Lexa natychmiast zaczęły krążyć pytania, których wcześniej sobie nie zadawał. Czy to tylko ten przeklęty dach i wysokość? A może dzisiaj w barze wydarzyło się coś, o czym nie wiedział? Może jakiś upierdliwy klient przekroczył granicę, albo w jej prywatnym życiu coś pękło dokładnie w momencie, gdy on postanowił urządzić sobie tutaj koczowisko? Ta nagła kruchość Maddie nie pasowała mu do obrazka dziewczyny, która potrafiła ustawić do pionu cały bar jednym spojrzeniem. To go drażniło - fakt, że nie wiedział, co się dzieje, i że być może to on był teraz ostatnią osobą, której potrzebowała do szczęścia. Wbił dłonie głęboko w kieszenie kurtki. To był ten moment, w którym normalnie skróciłby dystans, ale tym razem coś go powstrzymało. Jej spokój był zbyt kruchy, by go teraz testować.
- Wyglądasz, jakbyś nie do końca polubiła się z tym widokiem - mruknął, wskazując głową na panoramę miasta za jego plecami, której ona zdawała się nie zauważać. - Albo jakbyś miała po prostu cholernie ciężką zmianę. Mogłem pomyśleć, zanim wlazłem tu jak do siebie.
Zrobił wyraźny krok w bok, uwalniając przejście do drzwi. Przestał być przeszkodą, przestał ją osaczać, choć w środku aż go skręcało, żeby zapytać wprost, co jest nie tak.
- Wracaj do środka, Lennox. Ja zaraz znikam, nie będę ci psuł wieczoru siedzeniem na głowie - dodał, choć w głębi duszy wcale nie miał ochoty wychodzić. Pokonał dwa schodki w dół, po czym odwrócił się na pięcie. - Czekaj, zostawiłem zapalniczkę...
Wrócił na górę, sprawnie zgarnął zgubę i już miał rzucić blondynce jakieś ostatnie, szorstkie pożegnanie, gdy los uznał, że ta noc nie była jeszcze wystarczająco beznadziejna. Lex, pewny swojego kroku, postawił nogę na wyjątkowo zdradliwej plamie lodu przykrytej cienką warstwą puchu. Noga odjechała mu w ułamku sekundy.
Instynktownie szarpnął się, by złapać równowagę, ale zamiast stabilnej poręczy, jego dłoń trafiła na ramię Maddie. Szarpnął ją na tyle mocno, że ona, już i tak nieswoja i spięta, całkowicie straciła grunt pod nogami. W następnej sekundzie oboje, w akompaniamencie głośnego przekleństwa Lexa i stłumionego okrzyku dziewczyny, runęli na oblodzony beton dachu.
Lex, jako ten cięższy i bardziej "rozpędzony", wylądował plecami na twardym podłożu, a Maddie z impetem runęła prosto na niego, amortyzowana przez jego klatkę piersiową.
- Jasna... cholera... - wykrztusił Lex, gdy uderzenie o beton wycisnęło mu całe powietrze z płuc, a ból w obitych żebrach eksplodował na nowo ze zdwojoną siłą.
Leżeli tak przez chwilę w plątaninie kończyn, śniegu i ciężkich oddechów. Lex czuł ciężar Maddie na sobie i mróz betonu pod plecami, ale paradoksalnie ten upadek zrobił to, czego nie potrafiły słowa - całkowicie zresetował sytuację. Gdzieś obok, z brzękiem, potoczyła się nieszczęsna zapalniczka, która była powodem całego tego zamieszania.
Lex syknął z bólu, ale po chwili poczuł dziwne, absurdalne rozbawienie sytuacją i roześmiał się pod nosem.
- No i wróciliśmy do punktu wyjścia, Lennox - wykrztusił, ciągle się śmiejąc.
Spojrzał na nią z dołu, nie przejmując się pieczeniem w żebrach ani mrozem przenikającym przez kurtkę. W tym momencie, z nią leżącą mu na piersiach, dach przestał być miejscem ucieczki, a stał się jedynym punktem w mieście, w którym faktycznie chciał być w tę sylwestrową noc.
- Ej, zobacz, spadająca gwiazda - rzucił nagle cichszym głosem, wskazując głową gdzieś na czarne niebo nad nimi, choć wcale nie chciał odrywać wzroku od jej twarzy.

Maddie Lennox
isiek
wszystko git jest
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
167 cm
barmanka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Dalej robi najlepsze drinki w mieście, ciągle nie ogarnia swojego życia i żeby było jej mało wplątała się w dziwną relację z Lexem bo brak jej rozrywki, o.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie potrafiła myśleć o niczym innym niż wysokość na jakiej się znajdowała. Lodowaty podmuch wiatru, który rozwiewał jej rozpuszczone włosy i drażnił nagą skórę na ramionach sprawiał, że żołądek z każdą sekundą zaciskał się coraz bardziej. Nie umiała zebrać myśli, nie umiała się skupić nawet na własnym oddechu czy mimice twarzy, jej ciało reagowało zdecydowanie zbyt mocno niż powinno. Przez chwilę zapomniała nawet o istnieniu ciemnowłosego, nie widziała jego badawczego wzroku na sobie, nie dostrzegła też momentu, w którym łatwo można było wywnioskować, że w jego głowie pojawiło się milion pytań. Czuła się jak oderwana od rzeczywistości, własnej głowy i ciała. A to wszystko przez tą przeklętą wysokość. Drgnęła dopiero kiedy dostrzegła ruch, wzięła głęboki oddech i zamrugała kilka razy oczami tak jakby właśnie obudziła się z jakiegoś snu. Spojrzała na niego na nowo i dopiero teraz zobaczyła zmianę w jego postawie i spojrzeniu, które wydawało się być łagodniejsze.
- Tak, wszystko okej. - rzuciła, ale nie za bardzo wiedziała czy tymi słowami chciała przekonać jego czy siebie, tak czy siak wyszło jej to fatalnie. Nie umiała zapanować nad strachem, nie ruszyła się nawet o milimetr bo bała się, że krok jaki wykona będzie tym ostatnim. Gdyby ktoś jej zapytał skąd pojawił się u niej taki lęk nie umiałaby wskazać jednego konkretnego momentu albo sytuacji. Miała tak od zawsze. I nie raz starała się z tym walczyć, za każdym razem kończyło się to na kołataniu serca, paniką i mimowolnymi łzami, które płynęły z jej ciemnych oczu.
- Widok jak widok, żadna rewelacja. Nie miałam ciężkiej zmiany, chcę po prostu stąd wyjść, jak najszybciej. - wypluła z siebie słowa niemalże z prędkością światła, ale były najbardziej szczerymi jakie do tej pory wypowiedziała w jego stronę. Naprawdę nie miała ochoty tutaj siedzieć i nie chodziło o sam klub tylko ten cholerny dach. Nie podobała jej się ta wysokość, nie podobało jej się, że tutaj była, było cholernie zimno i nie potrafiła odgonić od siebie myśli, że spadnie.
- Mogłeś, ale jak zwykle Ci nie wyszło i zrobiłeś to na co miałeś ochotę. - głos jej się zmienił, był bardziej ostry tak jakby trochę go opierdzielała za dziecinne zachowanie, tak też było. Gdyby mogła unieść ręcę i nimi jakoś ruszyć na pewno by go udusiła. Bo gdyby tutaj nie wlazł ona nie musiałaby wchodzić za nim.
Znów się ruszył, tym razem odgrodził jej wejście, a kiedy zobaczyła pierwszy stopień poczuła jak kamień spada jej z serca, wystarczyło zrobić kilka kroków aby zejść z tego cholernego dachu.
- Muszę zamknąć za nami te drzwi na klucz. - na wypadek gdybyś znów wpadł na taki genialny pomysł aby tutaj wrócić. - dodała w myślach, ręką machnęła aby poszedł przodem, zanim jednak ona się ruszyła ten zawrócił po zapalniczkę. Maddie wywróciła tylko oczami i czekała, dalej w tym samym miejscu nie ruszając się. Nie odważyła się jednak podążyć za nim swoim wzrokiem, patrzyła w klatkę schodową jakby była jej ostoją. I to był jednak błąd... Poczuła szarpnięcie, z jej gardła wyrwał się głośny krzyk i czuła jak leci, w jej głowie widziała jak leci z dachu, ale prawda była taka, że wylądowała na Hallu, a dokładniej na jego klatce piersiowej. Nieświadomie swoimi rękami złapała się za jego koszulkę tak mocno aż kłykcie jej zbielały. Czoło wkleiła w jego ciało, a oczy miała mocno zaciśnięte, serce podeszło jej do gardła przez co na kilka chwil zapomniała jak to jest oddychać.
Trochę zajęło zanim dotarły do niej jego słowa, krew tak mocno buzowała w jej żyłach, że zagłuszała to co mówił, poczuła tylko drganie jego klatki i domyśliła się, że się śmieje. Jej niestety do śmiechu nie było. Podniosła delikatnie swoją głowę i spojrzała na niego, nie była zadowolona, czuła jak policzki ją palą, a serce w dalszym ciągu nie potrafi się uspokoić.
- Poproś tą gwiazdę o rozum, chwila moment i byś nas zabił, Hall. Nie umiesz czytać? Na drzwiach pisze nie wchodzić to znaczy, że NIE WOLNO WCHODZIĆ. Tym bardziej, że dach jest oblodzony. Wiedziałam, że jesteś psychopatą, ale nie samobójcą. - gadała, dużo, bardzo dużo i bardzo szybko, zamikła w tym samym momencie jak głos zaczął się jej łamać. Chciała z niego zejść, chciała się ruszyć, ale nie potrafiła, tak samo jak nie umiała puścić jego koszulki, którą ściskała tak mocno jakby w razie co miała być jej ratunkiem.
Powoli wypuściła z usta powietrze, a potem zagryzła swoją dolną wargę chcąc tym samym opanować jej drżenie, jedyne na co się patrzyła to na jego twarz, bo chociaż miała ochotę go zabić to w tym momencie to była jedyna rzecz, która jako tako mogła ją uspokoić.
Alexander Hall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
izzy
jak mi coś nie będzie pasować dam znać
27 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyglądał się jej w milczeniu, a każda sekunda tej gęstej ciszy tylko utwierdzała go w przekonaniu, że Maddie Lennox właśnie toczyła ze sobą walkę, o której on nie miał pojęcia. Widział, jak mruga oczami, jakby próbowała odpędzić od siebie jakieś makabryczne obrazy, i jak desperacko próbuje złapać pion, choć jej ciało krzyczało coś zupełnie innego. Jej ciche „tak, wszystko okej” odbiło się echem od betonowej krawędzi dachu, brzmiąc tak fałszywie, że Lex aż drgnął. Normalnie pewnie skwitowałby to jakimś sarkastycznym komentarzem, ale widok jej szklanych oczu i tego, jak kurczowo trzymała się resztek opanowania, skutecznie go uciszył. Poczuł dziwne, nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej - nie od żeber, a od poczucia winy. To on ją tu ściągnął. To przez jego durny pomysł z koczowiskiem na dachu ona teraz stała tu, wyglądając, jakby za chwilę miała się rozsypać na kawałki.
- Jasne, Lennox. A ja jestem baletnicą - mruknął pod nosem, ale w jego głosie nie było drwiny. Była w nim jakaś dziwna, surowa troska, której sam u siebie nie lubił.
Mogłeś, ale jak zwykle Ci nie wyszło i zrobiłeś to na co miałeś ochotę.
W tym momencie Lex poczuł, jak jego ego dostaje solidnego pstryczka w nos i niespecjalnie mu się to spodobało. Zazwyczaj kobiety reagowały na jego obecność rumieńcami albo chociaż zaintrygowaniem, a Maddie… Maddie patrzyła na wejście do klatki schodowej z większym pożądaniem niż na niego. Ta jej nagła szorstkość i "opierdziel" za dziecinne zachowanie podziałały na niego otrzeźwiająco.
- Uuu, no i wróciła stara, dobra Lennox - mruknął, choć tym razem bez cienia złośliwości. - Krótko i na temat. Przyjąłem, bez odbioru.
Czuł bijący od niej chłód i to nie tylko ten wywołany mroźnym wiatrem. Rozumiał, że przekroczył granicę, której nie powinien ruszać - wlazł z butami w jej strefę komfortu, która najwyraźniej kończyła się dokładnie tam, gdzie zaczynała się barierka dachu. Fakt, że tak bardzo chciała stąd uciekać, sprawił, że poczuł się jak intruz we własnej fantazji o romantycznej, sylwestrowej ucieczce. Wszystko to przestało mieć jednak jakiekolwiek znaczenie zaledwie sekundę później, gdy poczuł, że traci grunt pod nogami. Świat wywinął koziołka, a on z hukiem wylądował na plecach, czując na sobie ciężar Maddie i lodowaty beton pod spodem.
Leżeli tak przez dłuższą chwilę w absolutnej ciszy, przerywanej jedynie ich rwącymi się oddechami i cichym brzękiem zapalniczki, która potoczyła się gdzieś w mrok. Lex czuł pod plecami przenikliwe zimno, a na klatce piersiowej - jej ciężar, ciepło i to, jak drżała. Widział tylko czubek jej głowy i czuł, jak jej palce wrzynają się w materiał jego koszulki, jakby próbowała wgnieść go w ten dach, byle tylko nie poczuć wysokości. Jego początkowy, absurdalny śmiech zgasł natychmiast, gdy tylko dotarły do niego jej słowa. Gadała jak najęta, wyrzucając z siebie oskarżenia z prędkością karabinu maszynowego, ale widział, że pod tą lawiną złości kryje się czyste przerażenie. Czuł, jak jej serce łopocze o jego mostek.
- Ale z ciebie wkurwiona kocica - skwitował, a jego głos stał się nagle zaskakująco niski i łagodny. - Oddychaj. Już po wszystkim. Nigdzie nie lecimy. Leżymy na środku dachu, masz pod sobą dobry metr betonu i mnie. Jesteś bezpieczna, obiecuję.
Zignorował pieczenie w boku, które pulsowało przy każdym głębszym wdechu. Powoli, dając jej czas na odzyskanie równowagi, uniósł dłoń i mocno uścisnął jej palce, służąc za kotwicę, gdy pomagał jej się podnieść. Chwilę później on również stanął na nogach, energicznie otrzepując spodnie i kurtkę z drobinek puchu oraz lodu. Jego oddech, wciąż szybki i rwący się, zamieniał się w gęste obłoki pary, które natychmiast rozwiewał lodowaty wiatr.
- Dobra, spoko loko, Lennox. Już nas tu nie ma. Nie ma tego złego, przynajmniej wiemy, że grawitacja wciąż działa - mruknął, próbując przywołać na twarz swój zwyczajowy, lekki uśmiech, byle tylko odciągnąć jej myśli od tego, co czuła przed chwilą. - Wracamy do ciepła, zanim zamienimy się w sople.
Zrobił krok w stronę klatki schodowej i chwycił za klamkę, chcąc szerokim gestem zaprosić ją do środka, ale metal ani drgnął. Szarpnął raz, potem drugi, silniej, aż cała rama zadrżała, ale dźwięk, który usłyszał, nie pozostawiał złudzeń. Drzwi były zamknięte.
- Kurwa - wyrzucił z siebie Lex, opierając czoło o zimne drzwi. - Zatrzasnęły się. No po prostu genialnie.
Odwrócił się do niej, a jego wzrok natychmiast spoczął na jej nagich ramionach, które w tym mroźnym wietrze zaczynały już pokrywać się gęsią skórką. Maddie nie miała kurtki, a sylwestrowa noc nie zamierzała im odpuszczać. Bez słowa zaczął rozpinać własną kurtkę, mimo że sam miał pod spodem tylko bluzę.
- Bierz to, zanim zamarzniesz mi tu na śmierć - rzucił, zdejmując kurtkę i wyciągając ją w jej stronę. Wskazał na drzwi. - Jedno z nas musiało trącić je nogą, jak lecieliśmy na glebę.
Przez chwilę patrzył na nią z nadzieją, która powoli gasła w zderzeniu z rzeczywistością. Przeszukał nerwowo swoje kieszenie, choć doskonale wiedział, że nic tam nie znajdzie poza paczką fajek i nieszczęsną zapalniczką.
- Lennox, powiedz mi, że masz przy sobie klucze do tego wyjścia - spytał w końcu, a w jego głosie pobrzmiewała desperacka nuta. - Błagam, powiedz, że jesteś tą odpowiedzialną osobą w tym duecie i nie zostawiłaś ich w zamku od środka albo na barze. Bo jeśli ich nie masz, to mamy dwadzieścia kilka minut, żeby polubić się z tym mrozem, zanim całe miasto zacznie strzelać fajerwerkami.
Przesunął dłonią po karku, czując, jak mróz zaczyna kąsać go w ramiona teraz, gdy został w samej bluzie, ale ani przez chwilę nie pożałował oddania jej kurtki. Oparł się plecami o zaryglowane drzwi, patrząc na nią z mieszanką rezygnacji i tego swojego niezniszczalnego, zawadiackiego błysku w oku. Cisza między nimi, przerywana jedynie odległym basem muzyki dobiegającym gdzieś z oddali i świstem wiatru, stawała się coraz gęstsza.
- Plan B to drabinka techniczna, ale chyba nie dasz rady - wzruszył ramionami na koniec, po czym utkwił w niej wzrok.

Maddie Lennox
isiek
wszystko git jest
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
167 cm
barmanka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Dalej robi najlepsze drinki w mieście, ciągle nie ogarnia swojego życia i żeby było jej mało wplątała się w dziwną relację z Lexem bo brak jej rozrywki, o.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Były momenty, w których nie potrafiła udawać twardej, nie ważne jak bardzo by się starała ciało, a przede wszystkim oczy potrafiły ją zdradzić. Maddie to dziewczyna, która nie lubiła okazywać swoich słabości tego nauczył ją tata, że nie można pokazywać innym jak bardzo jest się słabym. Teraz, stojąc na tym dachu i wiedząc jak bardzo wysoko była nie umiała opanować drżenia własnego ciała i organów, które śmiało mogłyby tworzyć własną melodię.
Powinna trzymać nerwy na wodzy, szczególnie przy Hallu, który wcześniej czy później wykorzystałby to wszystko przeciwko niej, a ona nie lubiła dawać innym przewagi. Niestety była tylko człowiekiem, który coraz słabiej radził sobie we własnym życiu, własnym towarzystwie i z własnymi lękami.
- Nie mam ochoty na przepychanki słowne, Hall. - rzekła zgodnie z prawdą, bo aktualnie na czym jej zależało to żeby stąd wyjść, zejść, zamknąć drzwi i napić się drinka, albo wódki prosto z gwinta bo chyba tylko to opanuje jej ciało. Jeśli chciał walki słownej to mógł pomyśleć i nie wchodzić na ten cholery dach. I tak, aktualnie obwiniała go o to wszystko.
- Nie udawaj już takiej obrażonej baletnicy. - dodała po jego słowach, gdyby sytuacja była trochę inna to na pewno czerpała by radość z tego, że zagrała mu na nosie, ale jak wspomniała nie teraz, nie w tej chwili.
Czuła ciepło jego ciała kiedy leżała na nim, jego spokojny oddech nieznacznie unosił jej ciało i sprawiał, że mimowolnie zaczynała oddychać jak on. Niesamowicie ją wkurwił, ale teraz kiedy była tak blisko niego...był jak ostoja, jak coś bezpiecznego. Jego słowa były jak zaklęcie, zrobiła to co jej polecił, oddychała głęboko skupiając całą swoją energię na nim. Jego ciepła dłoń na tej jej, powoli puściła jego koszulkę i drgnęła, z jego pomocą podniosła się, stanęła na równe nogi upewniając się, że pod butami nie czuła lodu.
- Dobrze, że chociaż Tobie humor dopisuje, ale obiecuję Ci, że nie podaruję Ci tego pomysłu. Może nawet załatwię Ci lekcje czytania ze zrozumieniem. - rzuciła patrząc na niego, bo to był jedyny widok jaki w tym momencie chciała oglądać. Bała się też, że jeśli odwróci wzrok od niego i spojrzy gdzieś w bok to znów się wywróci, tym razem nie na niego a na dach i jakimś dziwnym cudem znajdzie się na krawędzi. A nie miała tak silnych rąk aby się utrzymać, no.
Stała i czekała kiedy uchyli drzwi aby mogła wparować do środka jako pierwsza, ale zamiast dźwięku skrzypienia to usłyszała jak się z nimi szarpie, raz, potem drugi i trzeci. Kiedy usłyszała, że drzwi się zacięły tym razem to ona parsknęła śmiechem, ale raczej był to paniczny śmiech niż taki zabawny.
- Nie jesteś wcale zabawny, nie żartuj sobie z tego. - odezwała się w końcu patrząc na niego z jakąś głupią nadzieją wymalowaną na twarzy. Ale im dłużej to robiła tym szybciej dochodziło do niej, że nie żartował.
Nie marudziła, nie udawała twardej dziewczyny czy buntowniczki, wzięła od niego kurtkę bo było jej naprawdę zimno, narzuciła ją sobie na ramiona i od razu poczuła jej ciężar, wsunęła ręce w za duże rękawy, czuła jak kurtka była jeszcze ciepła, czuła też zapach jego perfum, które pachniały zdecydowanie dobrze, szczególnie bez tej mieszanki alkoholu. Zignorowała też fakt, że wyglądała komicznie w jego wielkiej kurtce, ale ważne, że było ciepło, tak.
- Klucze? - zapytała zaskoczona, instynktownie rękami zaczęła dotykać swoich spodni, a raczej kieszeni. Nie miała ani kluczy ani nawet telefonu aby zadzwonić po szefa czy kogoś innego.
- Zostawiłam, zostawiłam je na barze, wraz z telefonem. - wymamrotała, roztrzepana była trochę tak, myślała, że ktoś się włamał (A WŁAMAŁ!!), nie myślała aby brać klucze, nie chciała też nikogo tutaj zamykać, a sądząc po tym w jakiej sytuacji się znaleźli powinna zamknąć te drzwi na dole i nawet nie fatygować się tutaj. Noc na mrozie może by go czegoś nauczyła.
Słysząc słowa o planie B spojrzała na jego twarz.
- Nie ma takiej opcji, wolę tutaj zamarznąć, nie wiemy w jakim stanie jest drabinka, czy nie jest uszkodzona, a jak któremu z nas noga się powinie? Nie ma takiej szansy. - znów gadała, oczywiście podzieliła się z nimi swoimi czarnymi scenariuszami, no bo nie chciała też patrzeć jak umiera, nie potrzebowała traumy, a potem koszmarów.
- Jesteś skończonym kretynem Hall, naprawdę. Trzeba nie mieć w sobie za grosz instynktu samozachowawczego aby włazić na dach w zimę, całe szczęście, że jest kurwa płaski. Bo gdyby był jakiś zakrzywiony to na pewno skończyli byśmy na dole, a potem w gazecie by pisali, że zdesperowana para popełniła samobójstwo w sylwestra. - całe szczęście, że gdzieś tam w oddali grała muzyka, bo głos Maddie roznosił się echem w powietrzu, tak samo jak jej wkurwienie, znów.
Zrobiła krok do przodu, bardzo ostrożnie, potem kolejny w jego stronę i jeszcze jeden, znalazła się tuż przed nim, trochę bliżej niż na wyciągnięcie ręki.
- Nie wiem co zrobisz, ale będziesz musiał mnie solidnie za to przeprosić, mnie i moją psychikę. Miałam spędzić ten wieczór spokojnie, a nie stać na dachu i telepać się jak przerażony zwierzak, nie mogę oderwać od Ciebie swojego spojrzenia bo boję się, że jak to zrobię to spadnę. Wolę zamarznąć na tym dachu niż zrobić kolejny krok. - w dupie miała tak szczerze co sobie o niej teraz pomyśli, nie miała siły już udawać, że wcale się nie boi, bała się jak małe dziecko. Cały czas patrzyła na jego twarz, bo mówiła prawdę, bała się spojrzeć gdzieś indziej. Może tymi słowami jego ego podrośnie, ale aktualnie nie martwiła się tym.
- A ty zamiast stać i patrzyć się na mnie jak ciele w malowane wrota powinieneś coś z tym zrobić. - wypomniała mu bo był przecież facetem, dżentelmenem może nie koniecznie, ale facetem na pewno.
- I pierwsze co powinieneś zrobić to... - przerwała i nawet pociągnęła nosem jak takie biedne dziecko. - mnie przytulić, bo się boję, bo jest mi zimno i Tobie pewnie też, a nie chcę być noworocznym sopelkiem lodu. - rzuciła w końcu i zaśmiała się, krótko, ale o dziwo wesoło, chociaż w oczach to powoli zbierały jej się łzy. Czuła jak kamień spada jej z serca, że w końcu głośno przyznała się do swojego strachu.
Teraz tylko stała czekając na jego ruch.
Alexander Hall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
izzy
jak mi coś nie będzie pasować dam znać
27 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy rzuciła, że nie ma ochoty na przepychanki, a potem nazwała go „obrażoną baletnicą”, Lex tylko zacisnął szczęki. W innych okolicznościach pewnie odbiłby piłeczkę czymś o primabalerinach, ale teraz czuł, że pod tą warstwą ironii Maddie po prostu się rozpada. I to, o ironio, rozpada się prosto w jego ramiona. Czuł też jej ciężar, gdy wciąż na nim leżała, i ten moment, w którym jej oddech zaczął się synchronizować z jego własnym. To było dziwne, intymne doznanie - być czyjąś „ostoją” w miejscu, które sam zamienił w pułapkę. Kiedy jej palce w końcu przestały kurczowo zaciskać się na jego koszulce, poczuł dziwną ulgę, ale i nagły chłód w miejscu, gdzie przed chwilą go dotykała.
- Spokojnie, trzymam cię - mruknął niskim głosem, kiedy pomagał jej wstać.
Jego dłoń, wciąż ciepła i pewna, mocno splatała się z jej dłonią, dopóki nie upewnił się, że Maddie stoi stabilnie na własnych nogach. Widział, jak bada czubkami butów oblodzoną nawierzchnię, jakby szukała potwierdzenia, że dach nagle nie zniknie jej spod stóp. Stał tuż przy niej, gotowy ją złapać przy najmniejszym zachwianiu, ignorując fakt, że sam wciąż czuł w kościach skutki ich twardego lądowania.
Westchnął. Lubił ją, choć gdyby ktoś zapytał go o to wprost, pewnie wyśmiałby to pytanie. Lubił ją za to, że nie potrafił jej zdominować. Większość ludzi po kilku jego tekstach albo go nienawidziła, albo mu ulegała. Maddie natomiast odbijała jego ataki z gracją, która go fascynowała. Była dla niego jak lustro - widział w niej tę samą desperacką potrzebę kontroli, którą sam maskował arogancją.
Dla Lexa fascynujące było to, że Maddie jest... "pęknięta" dokładnie w tych samych miejscach, co on. To, jak bardzo starała się ukryć lęk wysokości, przypominało mu jego własne walki o to, by nigdy nie pokazać, że mu zależy. Kiedy teraz stała przed nim, trzęsąc się z zimna i strachu, Lex nie czuł satysfakcji z jej słabości. Czuł dziwną, bolesną wręcz bliskość. Nie użalał się nad nią, wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że w tej chwili są jedynymi ludźmi na świecie, którzy naprawdę się rozumieją, nawet jeśli jedyne, co robią, to obrzucają się błotem. Przechylił głowę na bok, gdy tak słuchał jej słów o lekcjach czytania ze zrozumieniem i odesłaniu go do szkoły. W kąciku jego ust znowu pojawił się delikatny uśmiech To była jego Mads - nawet przerażona na śmierć, wciąż znajdowała siłę, by go pouczać.
- Obiecuję, Lennox, że jak tylko stąd zejdziemy, zapiszę się na kurs. Możesz nawet osobiście sprawdzać mi zadania domowe - rzucił pod nosem, ale jego wzrok był poważniejszy niż ton głosu. Obserwował, jak desperacko wpatruje się w jego twarz, jakby był jedyną kotwicą trzymającą ją przy ziemi. To spojrzenie...
Kiedy usłyszał jej paniczny śmiech po zatrzaśnięciu drzwi, poczuł nagłe ukłucie w żołądku. Jego bzdurny pomysł wejścia na dach przerodził się właśnie w nocny survival. Patrzył, jak Maddie przeszukuje kieszenie, jak wyrzuca z siebie informację o kluczach zostawionych na barze i nagle dotarło do niego, że ta dziewczyna, która tak bardzo nienawidzi pokazywać słabości, właśnie przyznaje się do bezradności.
Słysząc jej gwałtowny protest dotyczący drabinki, zamknął na chwilę oczy i wypuścił z płuc długi obłok pary. Wiedział, że to nie jest racjonalny opór przed technicznym stanem drabinki, tylko czysty, pierwotny lęk, który właśnie przejmował nad nią kontrolę.
- Maddie, spójrz na mnie - powiedział spokojnie, ignorując fakt, że wiatr stawał się coraz ostrzejszy. - Ta drabinka przetrwała tu pewnie więcej zim niż my oboje mamy lat, ale rozumiem. Nie zmuszę cię do tego. Jeśli mówisz, że nie ma opcji, to temat zamknięty.
W głębi duszy czuł jednak narastający niepokój. Jej wybuch o "zdesperowanej parze samobójców" i braku instynktu samozachowawczego przyjął na klatę bez słowa sprzeciwu. Stał tam, w samej bluzie, czując jak mróz zaczyna kąsać go w ramiona, ale jedyne, o czym myślał, to jak bardzo komicznie i jednocześnie uroczo wygląda w jego wielkiej kurtce. Zapach jego perfum na niej... to było coś, czego nie planował, a co uderzyło go mocniej niż mroźne powietrze.
Gdy Maddie zaczęła go wyzywać od kretynów, nie przerwał jej. Pozwolił jej wyrzucić z siebie ten cały nagromadzony jad, bo wiedział, że to jedyny sposób, by nie zemdlała z przerażenia. Wewnętrznie jednak każde jej słowo o „zdesperowanej parze” uderzało w niego dziwnie mocno. Nie dlatego, że czuł się winny - do tego był przyzwyczajony - ale dlatego, że wizja ich dwojga, odizolowanych od reszty świata na tym dachu, zaczynała mu się wydawać przerażająco realna.
- Wiem, że jestem kretynem, Maddie. Nie musisz mi tego przypominać co pięć minut, sam czuję ten "instynkt", a raczej jego brak - odezwał się w końcu, skracając dystans, gdy zrobiła te kilka niepewnych kroków w jego stronę. - I masz rację. Dach jest płaski. Grawitacja nas nie kocha, ale póki co trzyma nas na miejscu.
Kiedy pociągnęła nosem i w końcu wyrzuciła z siebie to proste, dziecięce niemal żądanie bliskości, Lex poczuł, jak coś w jego środku pęka. Ten krótki, wesoły śmiech przebijający się przez łzy był dla niego gorszy niż najgorsza awantura. Nie czuł satysfakcji, że ją „złamał”. Czuł tylko cholerną potrzebę, by natychmiast naprawić to, co zepsuł.
Zrobił ten ostatni krok, niwelując resztkę dystansu. Nie dbał o to, czy pod nogami ma beton, czy lód. Jednym, zdecydowanym, a jednocześnie niespodziewanie ostrożnym ruchem przyciągnął ją do siebie. Jego ramiona oplotły ją ciasno, niemal zamykając ją w szczelnym kokonie, chroniącym przed wiatrem i światem poniżej.
- Chodź tu... - wyszeptał tuż przy jej uchu, a jego dłoń spoczęła na tyle jej głowy, dociskając ją do swojego ramienia, by nie musiała już patrzeć na nic innego. - Trzymam cię. Słyszysz? Nie jesteś żadnym sopelkiem i nigdzie nie spadniesz. Obiecuję.
Stał tak z nią, pozwalając, by zapach jego własnych perfum zmieszał się z mroźnym powietrzem, i po raz pierwszy tej nocy przestał myśleć o tym, jak stąd zejść. Liczyło się tylko to, że Maddie przestała drżeć tak mocno, a on nagle poczuł, że bycie tym „cielakiem wpatrzonym w malowane wrota” to i tak najlepsza rola, jaką mógł dziś dostać.
Kiedy Maddie odpowiedziała na jego uścisk i wtuliła się w niego, niemal instynktownie pochylił głowę, chowając twarz w jej włosach. Pachniały zimnym powietrzem, barowym dymem i czymś jeszcze, co należało tylko do niej, a co sprawiało, że ten syfiasty dach wydawał mu się w tej sekundzie najlepszym miejscem na ziemi.
Wdychał ten zapach głęboko, czując, jak jego własne tętno powoli zwalnia, dostosowując się do jej rytmu. To było dziwne uczucie - nie było w tym dzisiaj taniego flirtu, nie było oparów whisky, które zwykle mąciły mu osąd. Był tylko on, ona i narastający huk gdzieś nad miastem.
Gdzieś w oddali, za gęstą zasłoną chmur, rozległy się pierwsze, przytłumione wybuchy. Nie wybiła jeszcze północ - to byli tylko ci niecierpliwi, którzy nie mogli doczekać się końca roku. Kolorowe rozbłyski na moment rozświetliły niebo, rzucając na twarz Maddie błękitną i purpurową poświatę. Lex poczuł nagły, irracjonalny ucisk w klatce piersiowej - taką durną, sentymentalną myśl, że mógłby jej już nigdy nie wypuszczać z objęć. Że ten mróz mógłby trwać wieczność, byle tylko miała powód, by tak kurczowo się go trzymać.
- Przepraszam - mruknął nagle wprost w jej włosy. To słowo rzadko opuszczało jego usta, więc miał nadzieję, że to doceni.

Maddie Lennox
isiek
wszystko git jest
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
167 cm
barmanka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Dalej robi najlepsze drinki w mieście, ciągle nie ogarnia swojego życia i żeby było jej mało wplątała się w dziwną relację z Lexem bo brak jej rozrywki, o.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Byli w dupie, głębokiej i ciemnej nie było sensu się oszukiwać. Zatrzaśnięcie się na dachu, w nocy i to jeszcze w Nowy Rok i taką chujową pogodę. Taka tragedia mogła spotkać tylko ich dwójkę, albo los robił sobie z nich świetne jaja i żarty albo chce im pokazać, że ta relacja wcale nie musi opierać się tylko na skakaniu sobie do gardeł.
Może byli do siebie bardziej podobni niż im się wydawało? Dwie zraniona dusze, noszące swój własny ciężar na plecach, pełne blizn i rozczarować, może mieli się spotkać aby uleczyć siebie nawzajem? A może po to aby wspólnie szli przez tą niedolę, którą potocznie nazywamy życiem? Piorun tam jeden wie, pewnie będzie czas aby się nad tym zastanowić trochę głębiej.
Atakowanie Lexa słownie to była jej obrona, coś co pozwala jej odwrócić myśli od tej beznadziejnej sytuacji, w której się znaleźli. Kiedy była dzieckiem ojciec jej zawsze powtarzał, że życie to staw, a ona nie może być małą rybką, musi być rekinem i aby przetrwać musi zaatakować pierwsza. I tak jej zostało, to jedna z niewielu lekcji jakie przyswoiła od starego Lennoxa.
- Sama będę udzielać Ci tych lekcji, za każdy błąd dostaniesz linijką po rękach. - mruknęła, szczerze? Nie powinna tak gadać bo wiedziała, że te niewinne słowa zmienią się lada moment w jakieś dziwne podteksty, ale jakoś to przeżyje, bardziej niż myśl, że pójdzie do jakiejś hot nauczycielki i zamiast się uczyć to będzie ją bajerował. I nie, wcale nie była zazdrosna, skąd! Po prostu martwiła się o poziom edukacji, tak, zdecydowanie.
- Może i ta drabinka ma miliony lat, ale przy naszym szczęściu to dzisiaj się rozwali. Tak samo jak drzwi się zatrzasnęły. - nie chciała się kłócić, cieszyła się, że dyskusja została zakończona, ale Maddie jak to Maddie jeszcze słowo musi wcisnąć i podzielić się swoimi błyskotliwymi myślami. Wiedziała jednak, że to było unikanie nieuniknionego, wcześniej czy później będzie trzeba wymyślić plan jak zejść z tego dachu. Bo temperatura ma spadać, wiatr wcale ich nie oszczędzał, o ile Hall po północy nie zamieni się w Hulka i nie wyrwie drzwi z zawiasów to chcąc nie chcąc będą musieli zejść tą drabinką. Lennox jednak na razie nie dopuszczała tego do swojej głowy.
Słysząc jego słowa zrobiło jej się trochę głupio, nie powinna go wyzywać, nie może wyżywać się na nim, nie był przecież jej workiem treningowym. Ona też popełniała błędy.
- Przepraszam, masz rację, po prostu... - zamilkła bo co miała mu powiedzieć? Że inaczej sobie nie może poradzić? Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego nie odgryzał jej się podobnymi słowami. I za to była mu bardzo wdzięczna, nie dobijał jej, a tym bardziej nie wykorzystywał jej strachu, zachowywał się jak...facet, któremu może i trochę zależy na dziewczynie.
Stała i czekała na jego ruch, w pierwszej kolejności pomyślała o tym, że ją wyśmieje, w drugiej, że powie, że ma się brać w garść i nie zachowywać się jak dziecko tylko wymyślić jakiś plan bo on nie ma zamiaru tu siedzieć i to w jej towarzystwie. Trzeciego powodu nie wymyśli bo zrobił dokładnie to o co go poprosiła, zmniejszył dystans do końca i objął ją swoim ramieniem przyciągając do własnej klatki piersiowej. Zamknął ją w szczelnym uścisku, a ona poczuła ulgę i to wielką ulgę, ale również też dziwne mrowienie w brzuchu, a wszystkie jej negatywne myśli kompletnie odpłynęły kiedy do jej uszu dotarły jego słowa. W odpowiedzi tylko delikatnie kiwnęła głową.
Swoimi rękami objęła jego pas tym samym dociskając się do niego jeszcze bardziej, o ile była taka możliwość bo miała wrażenie, że między nich nie można było już nic wcisnąć. Przymknęła swoje powieki i policzkiem oparła się o jego klatkę piersiową. Słyszała bicie jego serca, regularne i spokojne, tak samo jak oddech, był równy.
Czuła się bezpiecznie tak jakby jego ramiona były tym miejscem, którego potrzebowała i szukała od dawna, zapomniała jakie to uczucie było przyjemne i cholera, mogłaby w nich zostać. Złapała się też na tym, że nie przeszkadza jej to, że stała na dachu, kilkanaście metrów nad ziemią, bo wierzyła w jego obietnicę, nie wiedziała skąd, ale czuła, że przy nim naprawdę była bezpieczna i nie pozwoli aby stała jej się krzywda.
- Powiedziałabym, że nie masz za co, ale nie będę kłamać. - wymamrotała bardziej w jego klatę niż do niego, ale najpewniej doskonale ją słyszał, w jej głosie nie było jednak żadnej ironii ani wyrzutu, po prostu stwierdziła fakt.
Dotarł do niej pierwszy dźwięk puszczanych w niebo fajerwerek, ale nie miała zamiaru się od niego odsuwać, nie potrzebowała ich oglądać bo w tym momencie czerpała ile się da z ciepła jego ramion.
Nie wiedziała ile tak stali, nie miała telefonu, a czas zupełnie przestał się liczyć, wiedziała, że zbliżała się północ bo huki były coraz bardziej słyszalne, a ona widziała cień kolorowych świateł. Kilka chwil później zrobiło się naprawdę głośno i bardzo jasno, dopiero teraz odkleiła swój policzek od jego bluzy i uniosła delikatnie głowę wprost na jego twarz.
- Nie tak planowałam ten wieczór, ale jak już miałabym z kimś tutaj być to cieszę się, że z Tobą. - delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, a w oczach malowało się po prostu czyste ciepło, a głos ociekał szczerością, najprostszą i najczystszą.
- Szczęśliwego nowego roku, Alex. - dodała zaskakując samą siebie, użyła jego imienia, nie nazwiska jak miała to w zwyczaju, ale lubiła ten dźwięk na swoim języku, brzmiał...dobrze. Patrzyła mu w oczy, w których odbijały się kolorowe światła, czuła jego ciepły oddech na swoich czerwonych od mrozu policzkach. Jego twarz, jego oczy są pierwszą rzeczą, którą zobaczyła w nowym roku i ten widok zdecydowanie zapamięta do końca, kto wie, może stanie się tym jej ulubionym.
Alexander Hall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
izzy
jak mi coś nie będzie pasować dam znać
27 y/o
WYJŚCIE Z PROGU
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dwie zranione dusze. Niby jak ogień i woda, a jednak wykute z tego samego, hartowanego w bólu kruszcu. Lex patrzył na Maddie i po raz kolejny nie widział w niej tylko pyskatej barmanki, ale kogoś, kto tak jak on, nauczył się, że świat to polowanie, na którym albo pożerasz, albo zostajesz pożarty. Wiedział, że ta jej zaciętość, te wszystkie ostre słowa to tylko kolce jeża - miały kłuć każdego, kto podszedł zbyt blisko, by nikt nie zauważył, jak bardzo pod spodem wszystko drży. Czuł to drżenie również w swojej klatce piersiowej i nie potrafił go zignorować w jej obecności. To było dziwne, niemal perwersyjne poczucie wspólnoty w tej beznadziejnej sytuacji. Byli w dupie - fakt; byli uwięzieni na dachu, gdy świat na dole świętował - fakt; ale paradoksalnie, to właśnie ten brak wyjścia sprawił, że nie chciał uciekać przed tym, co działo się między nimi.
Słysząc o linijce i lekcjach, zaśmiał się cicho, a ten dźwięk był niski, gardłowy i niebezpiecznie bliski jej ucha.
- Linijką po rękach, Lennox? Nie wiedziałem, że kręcą cię takie staroświeckie metody wychowawcze - mruknął, a jego dłoń, która spoczywała na jej talii, przesunęła się nieco wyżej, palcami kreśląc powolne linie na materiale kurtki. - Uważaj, bo jeszcze zacznę robić błędy z premedytacją. Będę najgorszym uczniem, jakiego miałaś, tylko po to, żebyś musiała poświęcać mi nadgodziny. Sam na sam.
Chwilę później już słuchał jej pesymistycznej wizji o rozpadającej się drabince z wyrazem twarzy, który był dziwną mieszanką rozbawienia i podziwu dla jej uporu. Nawet w tak napiętej chwili Maddie nie potrafiła odmówić sobie ostatniego słowa, tej małej szpileczki wbitej w ich wspólne „szczęście”.
- Lennox, przysięgam, że jeśli ta drabinka faktycznie runie, to tylko po to, żeby przyznać ci rację. Masz niesamowity dar przyciągania kłopotów, o których filozofom się nie śniło - mruknął, ale w jego głosie nie było już irytacji. Była tam tylko miękkość, która zaskoczyła nawet jego samego.
Zatrzymał na niej wzrok, a uśmiech na moment zgasł, zastąpiony przez nagły przypływ brutalnej szczerości. Bo przecież oboje wiedzieli, że to on był dzisiaj jej największym kłopotem. To on był tym problematycznym elementem układanki, człowiekiem, który wnosił chaos wszędzie tam, gdzie się pojawiał. Był chodzącą definicją kłopotów - facetem z bliznami, dziwną przeszłością i tendencją do pakowania się w sytuacje, od których rozsądni ludzie trzymali się z daleka.
Kiedy jednak usłyszał to ciche, wymamrotane „przepraszam”, poczuł, jak resztki jego obronnego pancerza ostatecznie lądują gdzieś na zaśnieżonym betonie dachu. Maddie Lennox właśnie odłożyła broń. Widział, jak milknie, jak gubi się w poszukiwaniu wyjaśnień, których on wcale nie potrzebował. Wiedział, że ten jej atak był tylko krzykiem przerażonego dziecka, które nauczyło się, że musi gryźć, żeby nie zostać ugryzionym.
- Hej... przestań - powiedział cicho, a jego dłoń powędrowała do jej policzka, kciukiem delikatnie gładząc skórę tuż pod okiem. - Nie musisz mi niczego tłumaczyć. Jeśli chcesz, żebym był twoim workiem treningowym, dopóki nie poczujesz się bezpieczniej, to niech tak będzie. Mam twardą skórę, wytrzymam więcej niż kilka twoich złośliwości.
Patrzył na nią i czuł, jak narasta w nim potrzeba, by faktycznie stać się dla niej tą barierą przed całym światem. Nie był Hulkiem, nie miał nadludzkiej siły, ale w tej sekundzie czuł, że gdyby musiał, wyrwałby te cholerne drzwi z zawiasów gołymi rękami.
Czuł, jak każdy mięsień w jego ciele, dotąd spięty i gotowy do walki z mrozem, nagle puszcza pod wpływem ciepła jej ciała. Kiedy Maddie objęła go w pasie i docisnęła się tak mocno, jakby chciała scalić ich w jedno, Alex poczuł coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż... Cholera.
Jej policzek na jego piersi palił go przez materiał bluzy mocniej niż mróz. Zdawał sobie sprawę, że słyszała jego serce. Wiedział, że ono już nie bije miarowo i spokojnie - przyśpieszyło, zdradzając go przed nią całkowicie. Nie próbował tego jednak maskować. Zamiast tego oparł podbródek na czubku jej głowy, zamykając oczy i wciągając głęboko zapach jej włosów.
Był problematycznym człowiekiem, o czym przypominał mu każdy siniak na jego klatce piersiowej, ale fakt, że Maddie - mimo całej swojej racjonalności i lęków - uznała go za swoją jedyną bezpieczną przystań, uderzył go mocniej niż jakikolwiek cios na ringu. To zaufanie było dla niego ciężarem, ale takim, który chciał nieść.
- Nie puszczaj - mruknął niemal niesłyszalnie, a jego dłonie na jej plecach zacisnęły się odrobinę mocniej, pilnując, by żadna szczelina nie wpuściła między nich zimnego powietrza.
Niebo nad nimi ostatecznie eksplodowało. Finałowa fala fajerwerków rozdarła granat nocy, zalewając dach kaskadami złota, szmaragdu i głębokiego purpury. Alex nie patrzył jednak w górę. Patrzył na Maddie, na to, jak światło odbija się w jej oczach, sprawiając, że wyglądała nierealnie, niemal magicznie w tym całym syfie, w którym utknęli. Uniósł głowę tylko na moment, by dostrzec między rozbłyskami kilka najjaśniejszych gwiazd, które zdawały się drwić z ziemskiego hałasu swoją wiecznością. Wdychał zapach jej włosów, czując, że ta chwila, ta trzeźwa, mroźna bliskość, znaczy dla niego więcej niż tysiące nocy spędzonych w głośnych barach.
Słysząc swoje imię wypowiedziane jej głosem - bez cienia złośliwości, bez dystansu, który zwykle narzucało nazwisko - Alex poczuł, jakby to jedno słowo miało większą moc niż wszystkie fajerwerki wybuchające właśnie nad ich głowami. Przez chwilę po prostu wpatrywał się w jej oczy, w których odbijał się kolorowy spektakl, czując, jak jego własne bariery, budowane latami z sarkazmu i chłodu, sypią się w drobny mak. Fakt, że nie skłamała w kwestii przeprosin, tylko go upewnił, że pod tą warstwą strachu wciąż jest tą samą bezczelnie szczera Maddie, którą tak bardzo zaczął lubić.
- Alex...? - powtórzył pod nosem, jakby smakował to, jak brzmi w jej obecności. Uśmiechnął się, ale nie był to ten jego zwyczajowy, pewny siebie półuśmieszek, tylko naprawdę szczery uśmiech. - Wiesz, Lennox... nikt nie wymawia mojego imienia tak, żeby brzmiało jak nagroda, a nie wyrok. Powinnaś to robić częściej.
Zacieśnił uścisk, ignorując fakt, że mróz zaczynał kąsać go coraz dotkliwiej. Trwali tak w milczeniu, patrząc w niebo, aż ostatnie echa wybuchów ucichły, zostawiając po sobie tylko dym i niesamowitą, noworoczną ciszę. Dopiero wtedy Alex odsunął się o milimetr, choć wciąż trzymał dłonie na jej ramionach. Spojrzał na jej czerwone od zimna policzki i oczy, w których powoli gasł paniczny lęk, zastąpiony tym nowym, kruchym zaufaniem.
- Maddie... posłuchaj - zaczął, a jego głos był niezwykle łagodny. Złapał jej dłonie i uniósł je do swoich ust, chuchając na nie ciepłym powietrzem. - Nie chcę przerywać tej chwili, bo gwiazdy wyglądają stąd nieźle, a ty w moim uścisku jeszcze lepiej... ale musimy pomyśleć o powrocie do żywych. Chcę, żebyś spróbowała mi zaufać jeszcze ten jeden raz. Chcesz chociaż spróbować podejść do tej drabinki? Zobaczyć, jak to wygląda? Obiecuję, że nie puszczę twojej ręki nawet na ułamek sekundy.
Obiecuję.

Maddie Lennox
isiek
wszystko git jest
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
167 cm
barmanka The Fifth Social Club
Awatar użytkownika
Dalej robi najlepsze drinki w mieście, ciągle nie ogarnia swojego życia i żeby było jej mało wplątała się w dziwną relację z Lexem bo brak jej rozrywki, o.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Gdyby kilka dni temu ktoś jej powiedział, że spędzi sylwestra w towarzystwie kogoś takiego jak Hall to wybuchła by śmiechem i kazała iść tej osobie oszukać mózgu bo ewidentnie czegoś brakowało. Byli z dwóch różnych światów, takich, które nie miały prawa istnieć obok siebie, a co dopiero się przecinać. Życie bywa jednak przewrotne i jak widać...spędzili ten nowy rok razem, może nie z własnej woli (chyba, że Lex celowo upadając kopnął nogą w drzwi aby się zatrzasnęły, może to był jego plan od samego początku bo lepiej mówić czynami niż słowami?!) ale jeśli dziewczyna miała być szczera to nie chciałaby być nigdzie indziej. Nawet jeśli umiera ze strachu i ostatnią osobą, którą miałaby widzieć przed upadkiem z dachu był Hall to wcale nie było tak źle, serio.
Jego ramiona, w których zamknięta była przed całym złem tego świata, jego ciepły oddech na jej twarzy i jego śmiech w jej uszach nie zamieniłaby tego na nic innego i tak myśl chyba zaczynała ją denerwować. Bo nie powinno jej zależeć, jej nigdy nie zależało bo kiedy takie coś zaczynało mieć miejsce wszyscy magicznie ją opuszczali. Ale co miała zrobić? Nie wiedziała ile jeszcze będzie umiała się opierać, te ich zagrywki, walki na spojrzenia i bliskość, powietrze za każdym razem iskrzyło kiedy tylko na siebie patrzyli. Nie chciała być tą, która spłonie pierwsza, ale na to się chyba zapowiadało.
- Kręci mnie zdecydowanie więcej...rzeczy. A jeśli chcesz żebym została z Tobą sam na sam to wystarczy ładnie poprosić, to się zastanowię. - w takiej sytuacji żarty może nie były na miejscu bo mieli na głowie trochę inne problemy, ale no nie mogła się powstrzymać. Słowa same opuszczały jej usta, tak jakby zaprogramowana była na to aby na każdą uszczypliwość odpowiedzieć mu dokładnie tym samym. Nie było to jednak takie sztuczne i naciągane, to miało swój własny vibe.
W odpowiedzi na jego kolejne słowa kiwnęła delikatnie głową.
- Wiem, jestem magnesem na kłopoty, dlatego właśnie z takim jednym stoję na dachu. Dobrze, że nie jestem jedną z tych Twoich fanek bo wtedy bym pomyślała, że jawnie mnie podrywacza, Hall. - tak jak w jego głosie tak i w jej nie było uszczypliwości, nie było wrednego tonu tylko coś zdecydowanie miękkiego, miłego i takiego może nawet niewinnego.
I gdyby potrafiła czytać w jego myślach zdecydowanie inaczej ułożyła by pewne zdania, użyła trochę innych słów, bo o ile zawsze lubiła wbijać ludziom szpilki tak dzisiaj nie chciała tego robić, szczególnie mężczyźnie który stał przed nią. Dzisiaj spojrzała na niego trochę inaczej, nie jak na kogoś o kim opowiadają historię, nie jak na kogoś kto trzęsie miastem i tego, którego boją się ludzie. Spojrzała na niego jak na człowieka, który potrafi współczuć, który ma w sobie jakieś dobro i potrafi być empatyczny. Przecież gdyby taki nie był to najzwyczajniej w świecie chwyciłby ją za mankiety i siłą pociągnął do tej drabinki.
Życie czasem zaskakuje, tak samo jak czasem potrafi zaskoczyć Alex, szczególnie pozytywnie.
Czuła jak przytula ją do siebie mocniej i zgodnie z jego cichą prośbą, którą ledwo udało jej się usłyszeć mocniej zacisnęła dłonie wokoło jego pasa.
Nie obchodziły ją huki i kolorowe światła, zdecydowanie lepiej oglądało jej się jego twarz, swoimi oczami wodziła od jego oczu, po nos, brodę i kości policzkowe, tak jakby starała się zapamiętać wszystko z tej jednej chwili, z jednego momentu bo nie miała pewności czy to nie był ostatni raz.
Jego uśmiech, tak bardzo szczery sprawił, że i na jej twarzy pojawił się taki sam. I kurwa...pierwszy raz na własne oczy widziała jak się uśmiechał. Gdyby nie to, że trzymał ją w swoich ramionach to najpewniej upadałby na ten dach jak wór ziemniaków. I cholera wie czy z zaskoczenia na ten widok czy dlatego, że żadna babka nie mogłaby się mu oprzeć.
- Nie przyzwyczajaj się, to tylko magia północy, jutro obudzisz się w tym samym świecie co wczoraj. - rzuciła rozbawiona, chociaż gdyby każde wypowiedzenie jego imienia miało wywoływać taki uśmiech na jego twarzy jak teraz, na pewno by się nad tym zastanowiła.
Dopiero teraz zrozumiała sens wypowiedzianych przez siebie słów, to była tylko magia północy albo kryzysowa sytuacja, w której się znaleźli, jej strach też miał na to wpływ. Wszystko co dzieje się na tym dachu, ich bliskość to tylko ta noc, jutro wszystko wróci do normy, a ta noc zostanie tylko wspomnieniem. Poczuła dziwne ukłucie w sercu, własny tok myślenia sprawiał jej...ból. To było dziwne.
Spojrzała na niego kiedy wypowiedział jej imię, skupiła się całkowicie na tym co mówił. Zacisnęła usta w wąską kreskę kiedy chwycił ją za dłonie i zbliżył do swojej twarzy starając się je ogrzać za pomocą własnego oddechu.
I w końcu nadszedł ten moment, którego chciała uniknąć. Doskonale wiedziała, że miał rację, że nie mogli tutaj zostać tylko dlatego, że się bała. Tutaj nie chodziło tylko o nią, poczuła dziwnego rodzaju uczucie, które mówiło jej, że musi zadbać o Alexa tak samo jak on teraz dba o nią. Nie mogła mu pozwolić na to aby tkwił tutaj tylko dlatego, że ona nie może zejść.
Spomiędzy jej warg wyrwało się ciche westchnienie, na chwilę przekręciła głowę gdzieś na bok, pewnie w miejsce, w którym była ta drabinka, a potem wróciła oczami do tych ciemnowłosego.
- Ufam Ci. - wypowiedziała tylko dwa słowa z taką pewnością siebie i mocą w głosie, cholera naprawdę mu ufała, wierzyła też w obietnicę, którą jej złożył.
- Przecież wiem, że musimy to zrobić bo drzwi magicznie się nie otworzą. I mam nadzieję, że chociaż tym razem nie miałam racji. - nie była pocieszona tym co mają zrobić, ale no nie spierdoli od tego, bo nie miała gdzie, tak.
- Jak przeżyjemy to stawiam drinka, ewentualnie butelkę bo nie wiem jak Ty, ale ja będę jej potrzebować. Wiesz...pod nami w dalszym ciągu jest pusty klub i żal nie skorzystać z dostępności baru. Ale dobra, o przyjemnościach będziemy rozmawiać potem, moje pierwsze pytanie brzmi: jak wysoko jesteśmy? Albo nie nie mów mi. - pewnie już zdążył zauważyć, że Maddie kiedy jest zestresowana lub wystraszona to gada, tym razem to czuła stres. Czuła jak ciśnienie jej rośnie, ale zaraz jednak skupiła swoje myśli na dotyku, który czuła w dalszym ciągu. Znów wzięła głęboki oddech.
- Jaki jest plan? - zapytała ze spokojem w głosie spoglądając na twarz Halla i czekając na jego bystry plan, bo liczyła, że jakiś ma. Ciekawe czy wcześniej sprawdzał czy drabinka np nie kończy się x metrów nad ziemią i będą musieli skakać? Maddie nie ma redbulla w kieszeni.
Alexander Hall
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
izzy
jak mi coś nie będzie pasować dam znać
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Fifth Social Club”