Mimo, że pijana, Indie była w jakimś stopniu świadoma tego, że zgadzając się na to wszystko robiła źle, ale ciężar poczucia winy był w swojej intensywności niczym w porównaniu do wszechogarniającej tęsknoty, która nią teraz władała. Każdy atom w jej ciele krzyczał o to, aby nie pozwolić Lucasowi odejść, nie zmarnować szansy na to, żeby jeszcze ten jeden, ostatni raz mieć go tylko dla siebie, nawet jeśli tylko na moment Nie mogła z niej nie skorzystać, nie wybaczyłaby sobie. Czy było to z jej strony samolubne? Bez dwóch zdań. Czy czyniło ją to złą osobą? Może, niewykluczone. Czy obawiała się konsekwencji, ogromnej skali spustoszenia, które w ich życiach mógł zasiać dzisiejszy wieczór? Owszem.
Czy którakolwiek z tych rzeczy mogłaby ją teraz powstrzymać?
Nie.
Chodź. Nie potrzebowała czasu na zastanowienie, a tym bardziej przestrzeni na możliwość spytania
dokąd, bo chuj ją to obchodziło — gdziekolwiek, dałaby mu się teraz zabrać dosłownie gdziekolwiek, więc pozwoliła pociągnąć się w stronę własnego domku i w górę po drewnianych schodkach. W takim amoku odnalezienie w kieszeniach klucza i otworzenie domku nie powinno należeć do najłatwiejszych zadań, ale jakimś cudem zrobiła to w ciągu kilku sekund, szokująco sprawnie, a gdy tylko zamek ustąpił, otworzyła drzwi na oścież jednym, stanowczym pchnięciem, prawie tak mocnym jak to, którym Lucas wepchnął ją do środka.
W niczym nie przeszkadzała jej ta cała niedelikatność, absolutnie. Zresztą, jak mogłaby, skoro sama w równie wygłodniały sposób odwzajemniała każdy śmiały pocałunek, gest i ruch? Bez jakichkolwiek skrupułów zaciskała palce na jego skórze i ubraniach, ciągle czując niedosyt i chcąc Lucasa bliżej, bardziej i mocniej, a sposób, w jaki ją całował, podpowiadał jej, że nie była w tym uczuciu sama. Wepchnięta do środka zdążyła tylko uczepić się materiału jego kurtki, tak, aby nie stracić równowagi, a jego bliskość pochłaniała ją tak bardzo, że ledwo zauważyła moment, w którym po dwóch wspólnych, chwiejnych krokach jej plecy zderzyły się z komodą. Nie spodziewała się tej wplecionej we włosy dłoni i szarpnięcia, ale ewidentnie nie miała nic przeciwko, wręcz przeciwnie — z jej rozchylonych ust momentalnie wyrwało się głośne westchnienie, a powieki przymknęły się mimowolnie z chwilą, w której zaczął zostawiać pocałunki wzdłuż wyeksponowanej szyi.
Czuła go nie tylko na swojej skórze, ale w całym ciele: w biegnącym wzdłuż pleców dreszczu ekscytacji, w mocnych, szybkich uderzeniach własnego serca, w przyspieszonym i nierównym oddechu, w mięśniach, które napinały się i rozluźniały pod wpływem jego dotyku. W sposobie, w jakim to ciało — ciało, którego nigdy przecież specjalnie nie lubiła, które częściej niż nie było niechcianym przypomnieniem o wszystkim, co spotkało ją w przeszłości — pod palcami Lucasa stawało się dobre,
właściwe, chciane; dokładnie takim, jakim było, nie takim, jak być powinno. I to może właśnie dlatego tak chętnie oddawała mu nad nim kontrolę, coś, co nigdy nie przychodziło jej z łatwością, a co teraz robiła bez najmniejszego oporu, zgodnie i ufnie, bez pytań, bez zwątpienia, bez obawy o to, że tymi najpilniej strzeżonymi częściami siebie dzieliła się z kimś niewłaściwym.
Choć wsunięta pod materiał bluzy dłoń była zimna, jego dotyk palił — muskające skórę opuszki palców zostawiały po sobie piekące żywym żarem ślady, przejmujące ciepło, które niczym niekontrolowany ogień rozprzestrzeniało się po całym ciele, doprowadzając zmysły do najprawdziwszego obłędu. Tak bardzo, że pierwszą, półświadomą reakcją Indie było kiwnięcie głowy, krótkie, instynktowne, na swój sposób ponaglające, jakby odruchowo chciała dać mu jeszcze jedno, finalne potwierdzenie, że
dokładnie tego chciała. Robiła wszystko, aby pozbawić się każdego zbędnego milimetra dystansu pomiędzy ciałami, a i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż nie miała go wystarczająco blisko, więc jedną ze swoich błądzących dotąd gdzieś po szyi i ramionach Lucasa dłoni zsunęła w dół, niżej, po to, żeby palcami zahaczyć o szlufki jego spodni i z ich pomocą przyciągnąć jego biodra do własnych.
Drugą zaś zatrzymała na jego policzku, czułym, ale stanowczym gestem ujmując jego brodę, przerywając składane przez niego pocałunki i unosząc ją nieznacznie tak, aby móc spojrzeć mu w oczy. I chociaż najchętniej skorzystałaby z tego po to, żeby zaraz zamknąć jego usta w kolejnym pewnym pocałunku, zrobiła to w innym celu — potrzebowała mieć pewność. Pewność, że nie tylko
chciał, ale że wiedział, co robił, że nie był to tylko głupi, pijacki zryw brawury, a świadomie podjęta decyzja.
—
Na pewno? — Wcale nie chciała zadawać tego pytania nerwowym szeptem, ryzykować, że miało być tym, co skłoni go do wycofania się, ale musiała. Jeśli sama nie potrafiła powiedzieć temu wszystkiemu
nie, to chociaż tyle mogła zrobić — dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę na to, żeby zrobił to za nią, za nich obojga.
Lucas Miller