- chodźmy na imprezę Moira; będzie fajnie Moira; nie nawalimy się, obiecuje.. takiego chuja! – mamrotała cicho, koiła uporczywy ból głowy, przylegając czołem do zimnej szyby, która na moment zdawała się być kojącym remedium na te nieprzyjemną dolegliwość; no właśnie na moment, gdyż niezbyt zadowolony kierowca taksówki, który zabrał Moirę z meliny, gdzie odbywała się „impreza|, powoli zaczynał tego żałować. Frustracja tego człowieka nie była jej jednak zrozumiała, bo przecież nie zarzygała mu samochodu, a to iż pachniała wódką, papierosami i wczorajszym dniem, to już inna sprawa. Frustrowało go to tak dobitnie, że niby przypadkiem, a może specjalnie wjeżdżał w każdą możliwą wyrwę na jezdni, byle tylko podnieść poziom dyskomfortu swojej pasażerki, a nie tak to powinno wyglądać, prawda? Ta ekscytująca, pełna miłości podróż właśnie dobiegała końca, gdy taksówka, całkiem jej nieznanej korporacji, dojeżdżała do miejsca docelowego. Smętny kierowca burknął coś o kwocie, którą powinna zapłacić i po otrzymaniu srebrników oraz upewnieniu się co do pozostawionego stanu czystości pojazdu, gdy Moira go opuściła, odjechał z piskiem opon. A może ten pisk to tylko efekt destrukcyjnego zjazdu alkoholowego w jej głowie? Pomachała mu, puściła całusa na pożegnanie i odwróciła się w stronę malującego się przed nią domostwa. Poprawiła swoje okulary, które wcale nie należały do niej i ruszyła powoli przed siebie, zaliczając przy tym – prawie zaliczając przy tym, bliższe spotkanie z wybrukowanym podłożem. Wzięła głęboki oddech, wracając powoli do równowagi fizycznej – spokojnie Moira, ogarnij dupę...obraz wcale ci się nie kołuje tak bardzo, to tylko psikus twojego mózgu. – gdy upewniła się, że jest wstanie ruszyć dalej, poczuła, że niewidzialne bóstwo pustynne, zaczęło tworzyć mini Sahare. Oby zastała kogoś w domu i oby ten „brat”, nie poszedł w zasadę „won z mojej ziemi”, całe szczęście nie powinien mieć dubeltówki, chyba..prawdopodobnie. A może powinna jednak wrócić do domu, ogarnąć się, PRZESPAĆ się i wrócić, jak będzie wyglądać bardziej na człowieka, niż na patologiczny wrak. Tak, być może właśnie tak powinna postąpić, gdyby nie była Moirą.
Drept...drept, powolny drept, aż ostatecznie stanęła mordką przed drewnianą bramą, zwana drzwiami. Tam, gdzie chwile temu nie było mowy o stresie, tak teraz poczuła te dziwne ukłócie w brzuchu, gram niepewności i odrobinę zwątpienia. Powinna to rozegrać inaczej? Napisać list, dowiedzieć się od kogoś o numer, postalkować trochę brata, by potem … a nie to zdążyła już zrobić jakiś czas temu. Nie było już odwrotu, dodatkowo ten cholerny ból głowy i suchość w ustach, pchnęły jej zmęczone ciało do poruszenia resztkami sił, swoją łapką i zapukać raz cicho, a kolejny raz już mocniej, oczekując aż ktoś otworzy. Bo otworzy przecież, prawda? PRAWDA? Przecież to nie możliwe, by spał! Nie było tak wcześnie, była zaledwie piąta, a może chwile przed, na pewno było już rano, nie za rano ale rano! Stuknęła raz jeszcze mocniej, a potem łupnęła w drzwi głową, by oprzeć o nie swoje zmęczone ciało, które ponownie zaliczyło chwilę słabości, opierając się przed popadnięcie w objęcie morfeusza. – halo, zmęczona i spragniona dziewczyna tu czeka, jesteś tam? halo – puknęła łapką raz jeszcze. Niby słyszała jakiś szum, jakby ciche poruszanie się za ścianą, a może to tylko jej wyobraźnia? Istniała jeszcze możliwość, że obudziła któregoś z sąsiadów, mimo iż według jej mniemania, nie zachowywała się na tyle głośno, by mogło to kogoś zbudzić, nawet Alexandra, na którego czekała. Niczym księżna, której ciepła i przyjemna wieża została przejęta, przez księcia. – cholerne drzwi.. – powiedziała oburzona do drewnianego tworu, który stał jej na drodze.
Skrzyp otwieranego zamka, dał jej znać, że ktoś postanowił się nad nią zlitować i wpuścić ją do środka. Tak właśnie myślała, tak sobie właśnie to wyobraziła chwilę wcześniej. Taki właśnie miał – taki powinien być jej brat. Oczywiście wcale tak nie myślała, to tylko jej pijackie majaki umysłowe. – ooo Ale...znaczy Alex, Alexandrze? Nie ważne. Przybyłam! Wiem, wiem to szokujące ale jak ci powiem to… tp.. ale najpierw potrzebuje – przypomniała sobie, że ekscesy po alkoholowej libacji, to powinna sobie darować całkowicie, jeśli nie chce przy tym kontaktów z toaletą. Prześlizgnęła się przez niego – chwała bogu, że jest karzełkiem – ruszyła, sama nie wiedziała gdzie ale w jakiś magiczny sposób trafiła do przewspaniałej łazienki, trzaskając za sobą drzwiami. A odgłos, który dobiegał z niej mógł sugerować jedno – właśnie zwymiotowała i pewnie nabrudziła przy okazji. Trwało to chwilę; chwila prywatności po tym jak naruszyła jego prywatną strefę, bez jakiegokolwiek ale. – to nie tak powinno być ale wiesz jak to jest..tak, wódka smakuje lepiej, gdy wchodzi niż gdy wychodzi... – przetarła papierem usta, które przemyła chwile wcześniej przy kranie. – a właśnie Moira jestem.. – wyciągnęła przed siebie dłoń, by się z nim przywitać.
Alexander Hall
