Sytuacja była abstrakcyjna. Jeszcze godzinę temu Lex martwił się jedynie o to, jak ułożyć swoje życie po ostatniej walce, a teraz stał we własnym salonie naprzeciwko dziewczyny, która nie tylko twierdziła, że jest jego siostrą, ale też bezczelnie deptała po kruchym pomniku jego matki. Ta noc przypominała coraz gorszy, surrealistyczny sen, z którego nie mógł się obudzić. Zacisnął szczękę, ale powoli, niemal niezauważalnie, zaczął odpuszczać. Ta pierwotna, czysta wściekłość, która zwykle kazała mu po prostu eliminować zagrożenie, zaczęła wygasać, ustępując miejsca ciężkiemu, lodowatemu zmęczeniu. Cofnął się o pół kroku, dając jej odrobinę więcej przestrzeni, choć jego spojrzenie wciąż pozostawało czujne. Widział, że dziewczyna jest w stanie, w którym logika przegrywała z procentami, a agresja wobec pijanego „dziecka” - nawet jeśli to dziecko właśnie zrzuciło na niego bombę atomową - nie była w jego stylu. Uwagę o luksusach i byciu
tym, no, od bicia się puścił mimo uszu. Bardziej skupił się na jej kolejnych słowach.
„Świętej pamięci mamusia”. Zmrużył oczy, a jego sylwetka, choć już mniej agresywna, stała się nienaturalnie napięta. Opadł powoli na fotel naprzeciwko niej, nie spuszczając z niej wzroku, jakby próbował wyczytać z jej twarzy kod do prawdy, której dotąd nie znał.
-
Skąd wiesz, że nie żyje? - zapytał nagle, a jego głos był nienaturalnie spokojny, co w jego przypadku było znacznie bardziej niepokojące niż krzyk. -
Pogrzeb był cichy. Tylko ja i garstka ludzi, którzy zapomnieli o niej dzień później. Jeśli jesteś tylko przypadkową dziewczyną, która znalazła mój adres w sieci, nie powinnaś wiedzieć o takich rzeczach.
Przesunął dłonią po twarzy, zamykając na chwilę oczy. Wyglądało na to, że Moira nie pojawiła się tu zupełnie bez przygotowania.
-
Masz rację, w luksusach nie opływam. I tak, jestem tym „od bicia się” - mruknął, nawiązując do jej wcześniejszej zaczepki, ale tym razem bez cienia ironii. -
Moja matka nie była święta, to też prawda. Ale sama najwyraźniej dobrze wiesz, że życie w Toronto nie zostawia miejsca na aureole, inaczej nie zapukałabyś do moich drzwi pijana w trzy dupy. Ale ukrywanie siostry? To... to by oznaczało, że całe moje życie było jedną wielką inscenizacją.
Spojrzał na Moirę, analizując jej rysy twarzy w poszukiwaniu jakiegokolwiek podobieństwa, którego wcześniej nie chciał dostrzec.
-
Dołki? Łopatę? - powtórzył, mrużąc oczy i próbując przetworzyć informację o jej rzekomej pracy. -
Co ty robisz, dziewczyno? Jesteś grabarzem czy zawodową morderczynią? Bo zaczynasz brzmieć bardziej niepokojąco niż ja po trzech rundach w ringu.
Opadł ciężko na fotel, tym razem ostatecznie rezygnując z jakiejkolwiek fizycznej konfrontacji. Nie miał siły szarpać się z kimś, kto w środku nocy, będąc w stanie solidnego upojenia alkoholowego, peroruje o miłości braterskiej i kopaniu dołów.
-
Wybaczysz mi? - parsknął suchym, krótkim śmiechem, kręcąc głową. -
Słuchaj, „starsza siostro”, na razie to ja wybaczam ci włamanie, pijaństwo i opowiadanie bajek o mojej matce. Więc daruj sobie ten ton ofiary. Ile ty w ogóle masz lat?
Eee i ten, słuchaj, a nie krzyczysz. Serio mówię, że powinniśmy usiąść i porozmawiać o tym, a potem.. pójść poszukać mojej torby. Tam były papiery… ale cii... nie mów policji...
Lex patrzył na nią z rosnącym niedowierzaniem, gdy przyłożyła palec do ust w geście sekretu. Ta dziewczyna była kompletnie nieobliczalna, ale jedno słowo sprawiło, że jego czujność wróciła do maksymalnego poziomu: papiery. Jeśli istniały jakiekolwiek dokumenty, które mogły potwierdzić tę abstrakcyjną historię, musiał je dorwać. Teraz.
-
Cii? Nie mów policji? - powtórzył za nią, a na jego twarzy pojawił się zirytowany grymas. -
Moira, w tym momencie policja to twój najmniejszy problem.
Kiedy chwiała się na nogach, złapał ją mocniej, ponownie ignorując większą część jej słów. Jednak gdy wyciągnęła telefon ze stanika, ramiona mu opadły. Jeśli naprawdę była jego siostrą, była... bardzo oryginalna. Tak, to było odpowiednie słowo.
-
Nigdzie nie idziesz. Żadnej ławki i żadnego spania pod blokiem - warknął, gdy wspomniała o wynoszeniu się. Jego głos był teraz twardy i nieznoszący sprzeciwu. -
Nie wypuszczę cię stąd, dopóki nie zobaczę tych papierów, o których mówisz. Gdzie jest ta torba? Gdzie ją zostawiłaś? W którym barze, na której ulicy?
Zabrał jej z ręki to
"telefoniczne pudełeczko", zanim zdążyła je upuścić. Spojrzał na ekran, próbując wyłapać cokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć, z kim miał do czynienia, ale zaraz wrócił do niej wzrokiem. Że co? Chciała spać na dworze? W taki ziąb? Wizja Moiry śpiącej na mrozie była dla niego nie do zaakceptowania, zwłaszcza jeśli faktycznie nosiła w sobie odpowiedzi na pytania, których bał się zadać.
-
Kładź się na kanapie. Teraz - rozkazał, niemal siłą kierując ją w stronę mebla. -
I gadaj, gdzie jest ta torba. Jeśli tam są jakiekolwiek dokumenty z nazwiskiem mojej matki, to znajdę je jeszcze przed świtem, choćbym miał przetrząsnąć całe miasto.
Pochylił się nad nią, gdy już opadła na poduszki, i zabrał telefon, rzucając go na stolik kawowy.
-
Papiery, Moira. Skup się. Gdzie one są? Jeśli chcesz, żebyśmy "porozmawiali", muszę wiedzieć, czy nie marnuję czasu na kogoś, kto po prostu za dużo wypił i pomylił adresy. Gdzie jest dowód na to, że faktycznie jesteś moją siostrą?
Poczuł nagły skurcz w żołądku, gorszy niż po przyjęciu ciosu na wątrobę.
Wątpliwość. To była nowa, trująca emocja. Co, jeśli te papiery, o których bełkotała, naprawdę istniały? Co, jeśli w jakiejś zakurzonej torbie w Toronto leżał dowód na to, że kobieta, którą uważał za swoją matkę, przez całe lata go okłamywała?
Gówno, gówno, gówno.
Moira O. Ashford