ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rohan rzadko kiedy odwiedzał nowe miejsca. Miał swoje przyzwyczajenia i rutyny, schematy zachowań, którymi kierował się niemalże każdego dnia. Pozwalało mu to na podążanie z góry ustalonym, znajomym rytmem. Czuł się komfortowo, nie musząc co chwila zerkać na zegarek, aby upewnić się, że wciąż posiada zapas czasu i zdąży pojawić się w pracy o ustalonej godzinie. W szpitalu dość mu było zdarzeń losowych, żaden dzień nie był podobny do poprzedniego. Raz do jego zadań należało obejrzenie kilku stłuczonych kolanek, innym razem gorączkowo walczył o życie kogoś, kto doczekał się nowego serca do przeszczepu, a jeszcze innym musiał ratować gangusa postrzelonego w ulicznych porachunkach. W prywatnym życiu preferował jednak rutynę.
Starczył jednak jeden telefon, aby go z tej rutyny wyrwać. Podczas rozmowy mężczyzna zachował zimny profesjonalizm, ale gdy tylko połączenie zostało zakończone, Rohan najpierw cisnął pod nosem siarczystym przekleństwem, a potem komórką, która wylądowała na siedzeniu obok. Skierował samochód na inny pas ruchu, bo cel jego podróży właśnie uległ zmianie. Zajechawszy na miejsce obrzucił okolicę lekko podirytowanym spojrzeniem. Nie pił jeszcze tego ranka kawy. Wiedział, że na pewno ktoś zaraz przyniósłby mu kubek, nie godził się jednak na picie takiej lury. Zlokalizował szyld jakiejś kawiarni i to ją obrał sobie na cel, chociaż wciąż miał do przejścia spory kawałek. Jedyne na co teraz liczył, to to, że tutejszy ekspres do kawy stanie na wysokości zadania.
W tym momencie nikt nie mógł liczyć na przyjazne spojrzenie, ani ekspedientki, ani inni klienci lokalu. Przekroczywszy próg kawiarni, Rohan strząsnął z kołnierza płaszcza śnieg, który zdążył tam osiąść. Nie spojrzał nawet na menu, mając już sprecyzowane zamówienie i nie dbając o to, ile za nie zapłaci. Przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę dwa razy, zmuszony poczekać na swoją kolej. Nie to, że spieszyło mu się aż tak bardzo. Po prostu nienawidził czekać.
- Dzień dobry. Dużą kawę z mlekiem na wynos. To wszystko - rzucił do ekspedientki, wkładając pod pachę swoją markową, skórzaną teczkę z dokumentami i licząc na to, że dziewczyna daruje sobie usilne namawianie go do zakupu jeszcze czegoś. Zapłacił zegarkiem, bo tak było najwygodniej. Na pracownicę kawiarni zaraz przestał zwracać uwagę - głównie dlatego że znów ktoś zaczął się do niego dobijać telefonicznie. Gdy tym razem odebrał, nadal stojąc przy ladzie, zrobił to przez słuchawkę bezprzewodową, nie komórkę. I nie był tak opanowany jak wcześniej - Czego chcesz?

Kade Briar
Solhy
Pisz z sensem
28 y/o
For good luck!
167 cm
baristka Second Cup Coffee Co
Awatar użytkownika
But, mama, you are in love with a criminal
And this type of love isn't rational
It's physical
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Była zmęczona, ale nie na tyle by nie pojawić się w pracy. Wiedziała, że jest potrzebna, bo jedna z dziewczyn była w szpitalu. Plus potrzebowała mi8mo wszystko kasy. Nie miała takiego farta w życiu by mieć pieniędzy od groma i nie musieć pracować. Ona musiała chcąc mieć dach nad głową. Mogła się też zwalić któremuś kumplowi na głowę, ale wolała tego nie robić. Jasne chłopaki traktowali ją jak młodszą siostrę, ale no miała swoją dumę i chciała wszystko sama. Może też wszystko uchodziło jej płazem kiedy coś nawaliła jeśli chodzi o gang? Ta urocza buźka i uśmiech potrafiły zdziałać cuda i doskonale sobie z tego zdawała sprawę. Wykorzystywała to na bogatszych panach w klubach by mieć darmowy dostęp do drinków. Tak jak wczoraj wieczorem. Zakręciła się wokół bogatego dupka, który był nadętym bucem z przerośniętym ego. Miała ochotę wydłubać mu oczy, ale udawała głupiutką cizię uwieszając mu się na ramieniu i łechtając jego ego dodatkowo. Z czym skończyła prócz drinków? Z portfelem pełnym kasy. Zwinęła mu kiedy machał czarną kartą barmanowi domagając się kolejnych drinków i obsłużenia przed wszystkimi. Był nawalony, więc łatwo było zgarnąć portfel i wyciągnąć z niego plik banknotów. Zawsze mógł uznać, ze te pieniądze po prostu wydał, a ona sama miała w tym momencie więcej kasy do odłożenia.
Mimo tego, że tak naprawdę żyła z dnia na dzień to jednak gdzieś tam z tyłu głowy mały głosik podpowiadał jej, że lepiej odłożyć część kradzionych pieniędzy tak na czarną godzinę, bo życie potrafiło kopnąć porządnie w tyłek.
Tak szczerze do nie chciało jej się dzisiaj pracować. Była zmęczona poprzednim wieczorem i kompletny brak chęci do czegokolwiek, a wiedziała, że dzisiaj wieczorem nie odpocznie, bo miała zadanie. Było ciszej jak na poranek w kawiarniach. Zazwyczaj wszyscy od rana walili drzwiami i oknami by tylko dostać swój fix kofeiny. Przyjemna muzyczka grała w tle. Kade przyjmowała zamówienia, pomagała robić kawy i obdarowywała wszystkich dookoła szerokim uśmiechem.
Mężczyzna, który pojawił się przy ladzie wyglądał na takiego co wstał nie tą noga co trzeba. Kade spojrzeniem przeleciała po całej jego sylwetce schowanej pod pewnie drogim płaszczem. Wyglądał na faceta, który ma kasę. Briar wyczuwała takich nosem. Nie pierwsze jej rodeo pod tym względem, a paluszki już zaczynały ją świerzbić widząc zegarek. Nie powinna myśleć o zwijaniu komuś rzeczy będąc w pracy, ale to było silniejsze od niej. Robiła dla niego zamówienie zastanawiając się co zrobić by faktycznie zwinąć mu ten zegarek. Zwykle miała do czynienia z podpitymi facetami w barach. Tak było łatwiej. -Po tej kawie biorę swoją krótką przerwę - rzuciła do kumpeli z którą miała zmianę. Briar nie odpuści.

Rohan Kim
31 y/o
For good luck!
184 cm
Rezydent kardiochirurgii Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Oh honey, I ain't your saviour
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rohan miał w sobie tyle przyzwoitości, aby po złożeniu zamówienia odejść na bok w oczekiwaniu i nie przeszkadzać innym. W tym momencie przestał niemal kompletnie zwracać uwagę na swoje otoczenie, skupiając się w całości na rozmowie telefonicznej. Jego cierpliwość tego dnia była już na wyczerpaniu, a przecież jeszcze nie było nawet południa. Jego rozmówca próbował ponaglić go, skłonić do pośpiechu, ale Kim nie miał zamiaru dać się tak traktować. Finalnie rozmowa nie trwała długo, mężczyzna warknął jeszcze tylko do słuchawki krótkie "Zamknij się, zaraz tam będę", by zaraz się rozłączyć.
Kim zawsze wyglądał, jakby wstał z łóżka lewą nogą. Przypadłością pracoholików, szczególnie z tak wymagającą pracą jak jego, był fakt, że rzadko kiedy byli zadowoleni z życia. Lekarz powinien przecież być zadowolony z faktu, że ratuje ludzkie życia, prawda? Jaką jednak satysfakcję można było czerpać z nastawiania skręconych paluszków i wycinania wyrostków? Rohan potrzebował w swoim życiu jakiegoś wyzwania. Ale to była kwestia na przyszłość. Kawa. Teraz potrzebował kawy. Przerwał swoją konwersację akurat w momencie, kiedy pracownica kawiarni kończyła przygotowywać jego zamówienie. Mężczyzna obrzucił dziewczynę krótkim spojrzeniem - twarz jakich wiele, tysiące, jeśli nie miliony w Toronto. Był pewien że więcej się już nie spotkają. No chyba że ta kawa okazałaby się prawdziwym arcydziełem, w co jednak wątpił. Przez chwilę zastanowił się jednak, czy ktoś mógłby odczuwać satysfakcję z takiej pracy. Polewanie innym kawy wydawało mu się niezwykle monotonne i poniekąd nawet uwłaczające... ale przecież byli ludzie, którzy nie żyli napędzani chorymi ambicjami, tak jak on. Idiotyzm.
- Dzięki - rzucił krótko, łapiąc kubek i ruszając do wyjścia, a potem w kierunku samochodu. Zgodnie ze swoim postanowieniem, nie spieszył się. Niemądrze byłoby pić w biegu - i nie chodziło nawet o kwestie zdrowotne, zwyczajnie nie chciał poplamić płaszcza. Rohan przystanął więc, aby podelektować się łykiem kofeiny. Okazała się całkiem dobra, co minimalnie poprawiło mu humor. Potrzebował takiej chwili dla siebie. Dawno nie miał okazji żeby się tak na chwilę zatrzymać i rozejrzeć wokół. Mimo wczesnych godzin, podczas których ludzie gnali do pracy, okolica wydawała się spokojna. Nie były to główne arterie miasta, więc okolica pokryta śniegiem prezentowała się niemal malowniczo. Szczególnie witryny sklepów, rzucające ciepłe światło na zasypany śniegiem chodnik. Kim nie był fotografem, ale zdarzało mu się czasem wyciągnąć telefon i strzelić absolutnie amatorską, beznadziejną fotkę. Zdjęcie, które postanowił zrobić komórką prawdopodobnie nigdy nie miało zostać nawet ponownie wyświetlone, nie mówiąc już o publikowaniu go. Niemniej, mężczyzna poczuł odrobinę satysfakcji, kiedy chował telefon do kieszeni, biorąc kolejny łyk i odwracając się, by podjąć spacer w kierunku swojego auta.

Kade Briar
Solhy
Pisz z sensem
ODPOWIEDZ

Wróć do „Yonge Drug Mart”