Tak, wywoływanie na jej twarzy uśmiechu, musiało znajdować się dość wysoko na jego liście ulubionych rzeczy. Zauważył całkiem szybko po poznaniu jej, że nie uśmiechała się często. Nie potrzebował dyplomów czy być w jakikolwiek sposób mądry, żeby wywnioskować, że życie dawało jej po dupie częściej, niż mogła sobie na to pozwolić. Nie liczyło się tak naprawdę
co się działo, czy działo się teraz, miesiąc, rok temu; życie zdecydowanie nie było obiektywne i zdawał sobie sprawę z tego, że coś, co uznałby za błahostkę, mogło być ekstremalnie traumatyczne dla osoby obok. Podświadomie dlatego też nie lubił się dzielić faktami o sobie tak
sam z siebie, łatwiej mu było kontrolować słowotok, gdy był pytany o szczegóły. A i dodatkowo miał wtedy pewność, że nie zanudza drugiej osoby,
win-win.
-
Dziękuję, tak, to miałem na myśli. - przyklasnął, kiedy w jego głowie kliknęło, nawet jeśli samo w sobie słowo miało mało sensu. Siłowanie się, w jego głowie, to było jakieś judo czy inne sumo.. Ale postanowił zachować to dla siebie i tylko się do niej uśmiechał, wdzięczny za podpowiedź. -
Zdecydowanie nie mój sport, wolę podnosić ciężkie rzeczy. - wzruszył lekko ramionami, nie mogąc sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek
siłował się z kimś na rękę. Bił się kiedyś, za gówniarza, ale to na tym się kończyło. Zabawy po pijaku nie były jego ulubionymi, zdecydowanie.
-
Definitywnie muszę ci kiedyś coś ugotować w takim razie. - logistyka nie miała większego znaczenia, prawda?
Kiedyś było w przyszłości, w dodatku takiej, która nie miała jeszcze naklejki z konkretną datą. Możliwości były nieskończone i kto wie, może kiedyś rzeczywiście da się zaprosić do jego małego mieszkania na makaron? Co jak co, ale makarony się nie nadawały na piknikowe jedzenie, jakkolwiek zabawna by ta myśl nie była. -
Pracuję w kuchni od zawsze i, szczerze, znudziło mi się w którymś momencie zamawianie staffów. Wolę sobie przygotować na co tam mam ochotę na kilka dni i brać ze sobą pudełka. - to raz, a dwa.. Był wybredny. Zrzucał to na wykształcenie wśród snobów, ale chcąc nie chcąc musiał wykształcić dobrą paletę, także jak już zamawiał coś do jedzenia, musiało to
coś być sprawdzone i powtarzalne. Jak kebab na rogu czy McD, jeśli z rzadka zdarzyło mu się przesadzić z alkoholem.
-
Nie miałem żadnego wypadku w tym stylu od lat. Po wyższej szkole wydawało mi się, że jestem kolejnym Ramseyem, bravado robiło swoje i zwykle kończyło się na pokrwawionym blacie. - zmarszczył lekko brwi na wspomnienie swojej młodszej wersji. Był prawie pewny, że każdy patrzył w przeszłość na własne zachowanie z dozą niesmaku, może szczyptą niezręczności.. Ale młody Theo zdecydowanie nie był kimś, z kim starszy Theo mógłby się zakumplować. Głowa we własnym tyłku jak większość
Sous Chef. Zdał sobie jednak sprawę z tego, że większość ludzi nie lubiła opisów zawierających groteskowe szczegóły, szybko więc dodał: -
Wybacz za niesmaczny detal.. I dziękuję za troskę. - posłał jej lekki uśmiech, uważając, że jakkolwiek przelotna by ta uwaga o
uważaniu na siebie nie była, zasługiwała na podziękowanie. W czasach w których empatii trzeba się było doszukiwać w ludziach z lupą, nawet taka lekko rzucona troska się liczyła.
Pokręcił tylko głową, po raz kolejny wyraźnie rozbawiony, gdy zapytała o wymogi wymawiania jego pełnego imienia.
-
Theo wystarczy. - uśmiechnął się szczerze, a uśmiech ten tylko się poszerzył, kiedy zdradziła mu swoje imię.
Cynthia. Pasowało jej, miało w sobie coś wykwintnego, zdecydowanie poważnego i może nieco tajemniczego; interesującego ponadto. -
Miło cię poznać, Cynthia. - odpowiedział miękko, lekko skinął głową w niemym podziękowaniu za uchylenie rąbka tajemnicy. Miło było powiązać twarz z imieniem. Oba były bardzo ładne w jego mniemaniu.
-
Nie mogę sobie wyobrazić też, ale pewnie żadna waga by nie była w stanie tego znieść. - pociągnął żart, pozwalając sobie na szczery śmiech. Był wysoki, miał całkiem sporo mięśni i wiedział jako fakt, że był ciężki nawet nie będąc kulą. -
Miałbym własną grawitację. - dodał rozbawiony, unosząc lekko ręce ponad stół, jakby chciał sprawdzić, czy puste kufle same się do niego przesuną... Nie, nawet nie drgnęły, cholera, wyraźnie musiał popracować nad większymi mięśniami? Może? Nawet jeśli mięśnie same w sobie były tak naprawdę tylko efektem ubocznym bycia absolutnie nadpobudliwym i uzależnionym od siłowni.
-
Mogę to szanować. Nawet jeśli ciężko by mi było usiedzieć w jednym miejscu na dłuższą chwilę. - przyznał, bo jednak siedzenie przed telewizorem nie było dla niego. Może gdyby siedział na podłodze? Mógł wtedy dowolnie zmieniać pozycje co jakiś czas i uniknąć nieprzyjemnego zastania mięśni..? Dni wolne były ciężkie z tego powodu, ilość wykonanych kroków i tak zwykle była idiotycznie duża, nawet kiedy naprawdę się starał usiedzieć na tyłku. Nie było łatwo.
Przyjął decyzję o wyborze alkoholowym skinięciem głowy, stwierdzając w duchu, że nie-mieszanie było zdecydowanie zdrowszą opcją. Zamienił puste kufle na dwa pełne, zajmując to samo miejsce co poprzednio. Po raz kolejny kupił sobie odrobinę czasu krótkim mruknięciem, upijając kilka łyków świeżo nalanego, zimnego piwa. Takie było najlepsze, nawet jeśli zostawiało piwne wąsy.
-
Zapytałbym o zawód, skoro już znasz mój, ale mam wrażenie, że możesz pracować dla rządu i to może być sekret. - rzucił, żartując tylko po części. Za każdym razem kiedy się spotykali, była tą elokwentną stroną, zwłaszcza w morzu jego chaotyczności; przynajmniej tak to wyglądało w jego percepcji. Był pewny, że miała wykształcenie i była oczytana, zawsze elegancko odziana w swoją czerń, nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział ją w bardziej
"casual" ciuchach i w jakiś sposób całkiem to do niej pasowało. Krzyczało szpieg albo jakaś inna federalna figura, nie? -
Wydaje mi się też, że wszystko, co przychodzi mi do głowy, jest nieprzyjemnie ciężkie... I nie chciałbym wytrącać cię z dobrego nastroju, wiesz? Całkiem lubię twój uśmiech. - przyznał w końcu, jak na siebie wyjątkowo szczerze, przesuwając palcami dłoni po oszronionym kuflu piwa. Praca, dlaczego zawsze czerń, rodzina, zainteresowania, nawet zwierzęta czy współpracownicy; wszystko to mogło szarpnąć za struny i odtrącić ją w ciemny kąt, a tego by naprawdę nie chciał. -
Nie chcę cię ciągnąć za język, szanuję.... jak to się nazywa? Bariery?.. No, wiesz... grenser....? - nie miał pojęcia dlaczego z trzech języków, które znał biegle, nie mógł sobie przypomnieć tego słowa w żadnym innym, oprócz norweskiego. Zmarszczył brwi, zaraz potem je uniósł, pochylając głowę do własnej dłoni, by potrzeć środek własnego czoła i skroń. Jego mózg był śmieszkiem, czasami przestawał działać, zdarzało się.
Cynthia A. Ward