Czekała na niego w aucie. A właściwie to próbowała z niego wyjść — oczywiście nieudolnie, bo ręce miała kurewsko ciężkie. Jakby każde podniesienie chociażby pojedynczego palca wymagało od niej stu procentowego skupienia i zawzięcia. Dlatego do czasu, kiedy jej dłoń w pełni wylądowała na klamce od drzwi, Dalton już wrócił do pojazdu. Nie za bardzo wiedziała, gdzie się znajdowali, bo obrzydliwie czerwone światła ciągle raziły ją w oczy.
—
Hej, a ty gdzie się wybierasz, piękna — rzucił chyba w jej kierunku, a następnie coś szarpnęło jej dłoń, która osadziła się na szybie i po chwili znowu leżała między jej udami. —
Już jedziemy. Musiałem tylko załatwić jedną rzecz — dodał, a ona resztkami świadomości, pomyślała głupio, żę
do domu. Co prawda miała dzisiaj nocować u Noriegi, ale przecież
dom i tak był lepszy niż cokolwiek innego.
Bo jechali do
d o m u, prawda?
—
Dal-ton — chciała go o to zapytać. Upewnić się, że wiedział, gdzie jechać.
—
Spokojnie, Pilar — przerwał jej praktycznie od razu. —
Będziesz zadowolona, obiecuję.
Na to już nic mu nie odpowiedziała. Nie miała na to siły. Spuściła głowę i przymknęła na moment oczy. Niby do jej świadomości dochodziły jakieś pojedyncze bodźce jak dmuchanie ogrzewania tuż przy jej udzie, głośne stukanie palców o kierownice, przejeżdżające obok samochodu i mijane światła, jednak Stewart nie miała pojęcia, co się działo. Jej ciało powoli się wyłączało, a umysł był kompletnie otumaniony. Wiedziała, że coś było nie tak, a jednak nie miała mocny przerobowych, by zrobić z tym cokolwiek.
Samochód w końcu się zatrzymał, a Dalton znowu wyskoczył z niego jak oparzony. Zostawił ją na krótki moment i już po chwili otwierał drzwi po jej stronie, wpuszczając do auta obrzydliwy chłód panujący na zewnątrz.
—
Do-m? — wymruczała, gdy odpinał jej pas i wsuwał dłonie pod kolana, by zaraz unieść ją w górę.
—
Nie dom — rzucił niby koło jej ucha, a jednak jego głos wciąż robił się coraz bardziej odległy. —
Mam dla ciebie coś o wiele lepszego, Pilar. Będziesz zachwycona — ciągle nawijał niosąc ją pierwsze na prosto, a potem najprawdopodobniej po jakiś schodach, bo jej ciało unosiło się i opadało. —
To znaczy może warunki nie są najlepsze… bo widzisz, miał być jakiś zajebisty pięciogwiazdkowy hotel, ale przecież nikt by mnie tak po prostu tam nie wpuścił z taką prawie nieprzytomną dziewczyną, nie? Nawet jakbym im powiedział, że się zalałaś w trupa. Dlatego jesteśmy tutaj. Ale tutaj też będzie miło. Zobaczysz.
Na stacji Karen latała z mopem, przy okazji próbując obsługiwać ludzi w międzyczasie i kurwa powtarzać im, że jakby mogli, to żeby jednak nie wchodzili w breje po konserwowych, bo nie dość, że jej to rozniosą, to jeszcze będą kurwić. Ale czy ktoś się tym przejmował? Oczywiście, że kurwa nie. No, może tylko ten jeden facet, który podsunął jej wiadro. On był w porządku.
Przystojny nawet. Nie widziała go tu wcześniej, a zdecydowanie powinien częściej wpadać. Może jakiś nowy policjant? Przecież głównie tylko oni tutaj wpadali, jeszcze o takiej porze. Mięśnie w sumie miał niczego sobie i wyglądał, jakby umiał się bić. Aż się Karen cała zaczerwieniła, jak się tak do niej uśmiechnął i nawet chciała go zagadać o tym jego najprawdopodobniej koledze, który obstawiał zakłady, tylko ktoś do niego zadzwonił. A szkoda, bo nie dość, że miała plan mu oddać ten telefon, który zgubił wariat od psów, to jeszcze może podsunąć swój numer, ale skoro typ się zwinął, raczej nie będzie z tego happy endu.
No tylko, że po chwili, jak na jakieś zawołanie z niebios on jednak wrócił, a Karen uznała to za momentalny znak od losu,
że tak właśnie miało być. Bo przecież normalnie tak się nie dzieje, że człowiek sobie o czymś pomyśli, a potem to się dzieje, nie?
—
Jednak wróciłeś — zauważyła, trzepocząc rzęsami, wciąż mieląc różową gumę balonową w ustach. —
Strasznie szybko wyszedłeś — bo przecież nawet nic nie kupił. Ale tym razem przyszedł zatankować i to już miało większy sens. Szkoda tylko, że terminal znowu odpierdalał i się zwieszał, chociaż Karen
znowu potraktowała to jako znak od niebios. Spojrzała na mężczyznę.
—
A ty też jesteś z policji? — zagadała, przyglądając mu się uważnie. —
Wyglądasz, jakbyś był — aż jej strzeliła bańka, którą zrobiła z gumy, którą już po chwili pozbierała z ust zamaszystym ruchem języka. —
Bo jak jesteś, to może byś wziął jedną rzecz dla tego od zakładów? — dodała po chwili i schyliła się pod ladę, wyciągając z niej wyłączony telefon
należący do Pilar. Pokazała go facetowi, ale przecież mu nie podała. Karen nie była głupia i przecież musiała pierwsze się dowiedzieć, czy on faktycznie go zna. Ale pewnie powiedział jej, że tak, więc finalnie położyła go na ladzie. —
Zgubił go jak wpadł na te ogórki. Nawet krzyczałam za nim, że mu wypadło, ale typ chyba się śpieszył. Na jakąś akcje pewnie — nachyliła się przez ladę, przyglądając mu sie i przy okazji podkreślając ładnie swój dekolt. —
Chociaż wcześniej jeszcze wypytywał o motele w okolicy. Myślisz, że szuka jakiegoś zbiega? Ja pierdole, może jakiegoś gwałciciela albo porywacza? Oni to zawsze te swoje laski biorą do moteli, nie? — oczy zrobiła wielkie jak pięciozłotówki, chyba bardziej zszokowana tym, że sama doszła do tak
mądrych wniosków niż cokolwiek innego. I pomyśleć, że tak marnowała się na tej stacji. No jakieś nieporozumienie. Chociaż kiedy tak patrzyła na
hot pana policjanta, pomyślała, że może on by ją mógł wkręcić, jakby się tak wokół niego zakręciła. Dlatego nim oddała mu ten znaleziony telefon, zgarnęła jeszcze jakaś starą fakturę, zapisała na niej swój numer i przesunęła obie rzeczy w stronę mężczyzny.
—
Proszę — uśmiechnęła się zalotnie, oczywiście
przez przypadek muskając jego palce przy wymiance. Nawet go przy sobie na moment przytrzymała. —
Jakbyś potrzebował pomocy z pracą albo… — zmierzyła go wzrokiem. —
z czymś innym, to zadzwoń — i przygryzła wargę, a w tym czasie terminal wydał z siebie dźwięk, tylko potwierdzając Karen, że przecież wszystko było darem od losu, bo proszę bardzo terminal nie dział akurat tyle, ile ona potrzebowała, żeby dać mu swój numer.
A potem już obserwowała, jak mężczyzna wychodzi pospiesznie ze stacji i ładuje się do samochodu. Ciekawe czy jechał do jednego z tych moteli, o których wspomniała, żeby pomóc koledze? Wydawał sie jakiś przejęty. No tylko skąd będzie wiedział, który, a tym bardziej który pokój? A na pewno sobie poradzi i zagada do kogoś na miejscu. Przecież on taki pomocy i gadatliwy. Aż sobie Karen westchnęła, mając nadzieje, że jeszcze kiedyś tu do niej wróci. Albo zadzowni!
Madox A. Noriega