Nie mógł przestać o niej myśleć.
O tym jak wspaniale wyglądała nago, kiedy pieprzył ją w jednej z drewnianych chatek na obrzeżach Toronto; kiedy mruczała do jego ucha, wiła się pod nim i na jego pytania, czy wszystko dobrze odpowiadała to wspaniałe, jęczące tak. Już potem nawet nie pytał, bo go to interesowało — pytał, żeby mogła mu odpowiadać. Żeby ciągle do niego mówiła, bo przecież tak bardzo kochał jej głos. Wszystko w niej kochał. Ją kochał. Do szaleństwa.
Był przekonany, że to już taka miłość na zawsze. Jedyna w swoim rodzaju. Taka o której pisze się w książkach i o której nagrywa się filmy. Epicka. Miało być epicko… a wtedy okazało się, że to tylko dla niego było takie wspaniałe. Bo ona już na drugi dzień powiedziała mu, że było spoko, ale to więcej nie mogło się powtórzyć. Nie rozumiał jej. Nie mógł pojąć, dlaczego ona nie widziała tego wszystkiego, co ich połączyło. Był pewien, że dla niej to nie był tylko seks. Nie mógł być, bo przecież dla niego nie był.
Wiedział, że jeszcze będzie jego. Obiecał to sobie wtedy i sumiennie do tego dążył. I chociaż zapraszanie ją na randki i pojawianie się tam, gdzie trzeba nie pomagało, musiał w końcu sięgnąć po coś mocniejszego. I proszę — była tu, z nim i nawet nie miała nic przeciwko.
Leżała tak spokojnie. Jak anioł.
Nawet nic nie mówiła — jedynie ciche pomruki wychodziły z jej ust, które za pewne chciałaby ułożyć w słowa, ale głowa jej na to nie pozwalała. Nie przeszkadzało mu to. Nic mu już nie przeszkadzało.
Upewnił się, że pokój jest odpowiednio zabezpieczony, a następnie przysiadł się na łóżku, tuż obok jej ciała. Z kieszeni kurtki wyciągnął pistolet i ustawił go na niewielkiej szafce nocnej. Nie sądził, że będzie mu już dzisiaj potrzebny, ale przecież Dalton był gliną; zawsze musiał być gotowy na każdy scenariusz.
A potem już zajął się nią.
— W końcu jesteśmy sami — rzucił krótko, nachylając się nad jej twarzą. Wyciągnął w górę szorstką dłoń i przejechał po jej gładkim policzku. Była taka śliczna. — Tylko ty i ja, Pilar — współ niezdarnie palce w jej gęste włosy, które teraz rozrzucone były na białej poduszce, jakby co najmniej pozowała do jakiegoś magazynu. Kiedyś mówił jej, że nadawałaby się na modelkę, ale go wyśmiała. On wciąż tak uważał. Dlatego wyciągnął telefon i obrócił go w dłoni, otwierając aplikację aparatu. Chciał uwiecznić tą chwilę, tylko… nie tak.
— Pewnie jest ci ciepło — mruknął i odstawił na chwilę komórkę, by móc zająć się jej kurtką. Powoli, leniwie wręcz zacisnął palce na jej zamku i przesunął nim w dół. Delektował się tym wszystkim, nie śpieszył, w końcu mieli dla siebie c a ł y wieczór. Tylko on i ona. Wyciągnął z rękawów jej wiotkie ręce, a już po chwili cisnął grubym materiałem na podłogę. Znowu się do niej nachylił.
— Wiesz, nie mogłem się już ciebie doczekać — zaczął, zaciągając się jej zapachem. Pachniała obłędnie, aż przystawił policzek do tego jej i zaczął się do niej łasić jak jakiś kot. — Marzyłem o tobie, Pilar — wyznał, muskając ustami jej skronie, powieki, nos, policzki, a następnie usta. Kręciła lekko głową, coś próbowała zaciskać wargi, ale przecież jemu to wcale nie przeszkadzało. Była tak gorąca, że nawet jej bierność go ekscytowała. Zszedł pocałunkami niżej, na jej szyję, przytrzymując ją za głowę. — Wiedziałem, że w końcu będziesz moja, że w końcu zrozumiesz… — jego dłoń wsunęła się pod materiał kolorowej koszuli, którą miała na sobie. Przesunął palcami po nagiej skórze, by następnie zacisnąć się na materiale jej stanika. Była niesamowita. Każdy milimetr jej ciała był. I chociaż chciał to przecież przeciągać, robić wszystko powoli, tak już nie mógł się powstrzymać, by nie zobaczyć jej całej.
Odsunął się nieznacznie i zaczął pozbawiać ją guzików. Jeden, drugi, trzeci… aż nie odkrył pięknego, koronkowego biustonosza. Założyła go specjalnie dla niego? Na pewno. Aż mu się oczy zaświeciły. Wiedziała, że dzisiaj będzie ten dzień?
— Jezu, Pilar — wymruczał, a już po chwili przesunął językiem po jej biodrach i brzuchu. Była niesamowita. Działała na niego jak żadna inna kobieta, a ta jej nagła uległość… ekscytowała go jeszcze bardziej. Dawała mu świadomość, że będzie mógł z nią zrobić, co tylko będzie chciał.
Serce w piersi waliło mu mocno, kiedy dobrał się do jej spodni. Kiedy odpiął guzik, a dźwięk suwaka wypełnił pomieszczenie. Klęczał już na łóżku zaraz nad nią, starannie pozbawiając ją butów, skarpetek i finalnie tych nie-po-trze-bnych jeansów, aż nie została przed nim w samej bieliźnie. Prawie naga. Cała dla niego. Mógłby ją tak oglądać codziennie. Cały czas. Na okrągło. Dokładnie taką.
I właśnie wtedy złapał za telefon, by strzelić jej kilka fotek. Kiedy tak leżała przed nim, wyczekując go. Spragniona. Na pewno była, bo przecież on jej też, tak kurewsko bardzo. Przejechał dłonią po jej udzie.
— Mad…o — zmarszczył brwi, gdy kolejne przypadkowe litery opuściły jej usta, a jego palce mimowolnie w zdenerwowaniu wbiły się w jej nagą skórę do takiego stopnia, że zostawił na niej ogromne pięć krwiaków, nim nachylił się do jej twarzy.
— N-i-c-k, Pilar — poprawił ją, ujmując jej twarz w dłonie i zaciskając mocno. A potem znowu ją pocałował.
Joseph doceniał pomoc mężczyzny. Widział po nim, że był jakiś zestresowany, twarz miał bladą, jakby naprawdę się gdzieś spieszył. Ale gdzie on mógł się śpieszyć? Ci młodzi to już chyba śpieszyli się tylko dla zasady. Bo świat pędził do przodu, to oni też musieli. A potem wychodziły takie burdy właśnie jak w pokoju numer trzynaście. Chociaż ten tutaj wydawał sie całkiem… ogarniety? Chociaż z drugiej strony te tatuaże, co wychodziły mu spod szalika i rękawów, jakoś wyglądało Josephowi podejrzanie.
— Telefon mówisz? — uniósł brew i przyjrzał mu się uażnie. — Facet tu przyjechał z laską, a ty mu idziesz oddać telefon? — nic mu się tu nie kleiło. Nic a nic. Przecież niejedno już widział, nie chodził po tym świecie od wczoraj, a jednak… czuł, że coś mogło być tutaj nie tak. Że przecież ten facet z audi, to niósł laskę, ale ona była ledwo przytomna, a to raczej nie należało do najnormalniejszych. Jasne, mogła być najebana, ale jak nie była?
— Posłuchaj mnie — westchnął w końcu, machając ręką, by chłopak do niego podszedł, a następnie umieścił dłoń na jego ramieniu. — Nie wiem, co tutaj się dzieje, ale powiem ci coś, bo wydajesz się w porządku. Pomogłeś mi, a to się chwali, a poza tym… — rozejrzał się dookoła i nachylił bliżej ucha blondyna. — Nienawidzę facetów, co wykorzystują kobiety, które są zalane w trupa. Bo ta z audi taka się wydawała. Była kompletnie nieprzytomna. Wniósł ją na rękach na drugie piętro, ale do którego pokoju to nie mam pojęcia — wyznał w końcu. Nie był pewien, czy dobrze zrobił, bo przecież nie chciał tu więcej awantur i jeszcze więcej sprzątania, ale no… ufał mu z jakiegoś powodu. Może dobrze mu z oczu patrzyło? Bo może zobaczył w nich też szczery strach i troskę? Bo wiadomo, że w bajeczkę o telefonie za chuja nie uwierzył.
— Posłuchaj, możesz się przejść do Tracy tu do kanciapy i powiedzieć, że ja ci kazałem to sprawdzić — zaczął spokojnie, spoglądając w ciemne oczy mężczyzny. — Po nazwisku będzie ciężko znaleźć, bo tu ludzie raczej podają zupełnie inne, ale powiedź jej, że to goście z jedenastej piętnaście — poinstruował, naginając nieco zasady, ale jak to ma być dla dobra ogółu, to przeciez Joseph nie będzie potem miał jakieś kobiety na sumieniu. Nim jednak blondyn ruszył do Tracy, starzec jeszcze go przy sobie przytrzymał. — Tylko kurwa błagam bez rozpierdolu — poprosił, a potem puścił go wolno, zabierając się za wykończenie wrzucania drewna do kontenera na śmieci.
Madox A. Noriega