-
Urocza, wesoła i romantyczna Koreanka, trochę pracoholiczka. Uwielbia piec, tańczyć i robi najlepszą kawę w Toronto. I jest gotowa się zakochać! <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Kolejnym minusem było to, że robienie rzeczy, które tradycyjnie robi się w grupie, albo we dwoje było trochę niezręczne. Przez to zazwyczaj Jamie zaszywała się w kuchni swojej cukierni, przygotowując zamówione ciasta dla rodziny i klientów. Ale w tym roku miało być inaczej. Park postanowiła w sercu, że już nigdy nie będzie beznadziejna na święta i nawet jeśli jest sama, to może robić wszystko to, co lubiła. Albo znajdzie się towarzystwo, albo nie. Ale na pewno nie przeszkodzi to jej w dobrej zabawie i stworzeniu sobie atmosfery świąt.
Dlatego w końcu odgrzebała swoje łyżwy, na których tradycyjnie jeździła z którymś byłym, a wcześniej mamą i ubrawszy się na tyle ciepło, żeby nie zmarznąć, ale też na tyle lekko, żeby nie spocić się jak świnia, wybrała się na jarmark, gdzie naostrzyła szybko łyżwy i wskoczyła na lodowisko.
Minęło kilka lat od kiedy była ostatnio na lodzie, więc pierwsze ruchy były trochę niezręczne i nieporadne, ale przynajmniej były. Już od jakiegoś czasu ruszył w niej proces leczenia się z pracoholizmu, czy też z uciekania w pracę, przed normalnym życiem. Łaknęła bliskości z innymi, kontaktu z ludźmi poza pracą i czegoś realnego, nie będącego napiętnowane karmelem, wanilią i cukrem.
Jak to zwykle bywa, kiedy załączają się ruchy podświadome i pamięć myślowa, a w tym wypadku jeżdżenie na łyżwach zaczyna iść coraz lepiej, myśli gdzieś odpływają. U Jamie był to rachunek sumienia i ostatnich lat. Bilans zysków i strat, oraz ciche zastanawianie się nad tym, czego chciałaby od życia i przyszłego roku...
I tak, totalnie zamyślona, minęła już trzy razy Michaela, tym razem zostawiając za sobą ogon zapachu pierniczków korzennych. Raz mało na niego nie wpadła, rzucając zamyślone: "przepraszam", ale nie rozpoznała go zupełnie.
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Korzystając z wolnego między świętami a pracą — bo przecież zgłosił się na dyżur w Sylwestra, wiedząc, że jest najlepszą osobą do opatrywania bezmózgich obywateli i ich poparzonych części ciała — wybrał się do centrum w poszukiwaniu… No właśnie, czego? Ostatnim razem odwiedził jarmark bożonarodzeniowy z Danny w poszukiwaniu prezentów. Już wtedy wpadła mu w oko atrakcja, z jakiej wtedy nie skorzystał, a dziś uznał, że może jednak powinien się skusić. Po raz ostatni miał na sobie łyżwy wiele lat temu. Z lodem jest, jak z rowerem — chwilę zajmie oswojenie się i powrócenie do formy, lecz takich umiejętności się nie zapomina. Wypożyczył łyżwy, dawno temu pozbywszy się własnych, świadomie ignorując wszelkie pojawiające się w głowie higienicznie alerty. Praca w wojsku, zwłaszcza w szpitalu polowym, nauczyła go, że człowiek nie jest tak delikatnym i wrażliwym stworzeniem, by nie przetrwać paru zarazków. Rozpiął płaszcz i wyszedł na lód, z łatwością odnajdując się na śliskiej nawierzchni. Miejsce na tafli było dość ograniczone, lecz szukał dla siebie trasy, która umożliwiłaby nieskrępowane wykorzystanie prędkości.
Mijała go już trzykrotnie, samemu nie widząc powodu, by wychodzić przed szereg i przypominać się co do swoich personaliów. Minęła chwila, od kiedy widzieli się po raz pierwszy i ostatni, zresztą kawiarnia i dom Park były skąpane w półmroku, nic więc dziwnego, że go nie rozpoznała. W przeciwieństwie do Michaela, który najpierw dawał się ponieść nosowi i wychwytywał w powietrzu przyjemne zapachy, a później, przy tym trzecim minięciu z kolei, obejrzał się za drobną kobietą.
— Jamie? — wypalił, nieco zwalniając i zawrócił, by zrównać się z Park. — Przepraszam, z kimś panią… A jednak, Jamie — już zaczął się tłumaczyć, gdyby wyszło na to, że zaczepił przypadkową osobę, ale męską twarz rozświetlił uśmiech zadowolenia, kiedy zorientował się, że dobrze trafił. — Napsułem ci trochę krwi w kawiarni. Wtedy, co była przerwa w dostawie prądu. — Wzniósł jasne brwi, posyłając porozumiewawcze spojrzenie, by sprawdzić, czy jej pamięć zachowała dla niego jedną małą szufladkę.
Jamie Park
-
Urocza, wesoła i romantyczna Koreanka, trochę pracoholiczka. Uwielbia piec, tańczyć i robi najlepszą kawę w Toronto. I jest gotowa się zakochać! <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Nie jednemu psu na imię Burek, więc, kiedy usłyszała swoje imię, to z początku nie zareagowała, dopiero kiedy zmuszona była zawrócić, bo tłum by ją zablokował dostrzegła Michaela i uśmiechnęła się na jego widok. Ściągnęła nauszniki w renifery z głowy i tracąc nieco panowanie nad swoimi łyżwami - nigdy nie była w tym wybitna - zatrzymała się prosto na nim, wpadając w jego ramiona.
- Uch, przepraszam! Dawno tego nie robiłam... - odsunęła się, ale jej rękaw zaczepił się o guzik jego płaszcza uniemożliwiając ten ruch i niebezpiecznie chwiejąc stabilnością obojga. - Kurczę!
Zaczęła kombinować przy swetrze i guziku, co generalnie zaczęło wyglądać podejrzanie, jak na publiczne lodowisko i tej naszej parze oberwało się kilka zniesmaczonych spojrzeń matron z małymi dziećmi, takich co na pewno miały na imię Karen!
- Mój bohater od ciemności i spalenia domu romantyczną atmosferą! - przywitała go wreszcie, uwolniona z podstępnej pułapki guzika od płaszcza. - Nie wiem czy się cieszyć, czy gniewać, że nie wpadłeś sprawdzić, czy nie zjadły mnie jakieś zombie, podczas tej małej apokalipsy...
Zmarszczyła brewki i ułożyła usta w dzióbek, tym samym podkreślając to, jak bardzo ciężko myśli nad tą decyzją i jak trudna ona się teraz wydaje.
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Widząc promienny uśmiech na kobiecej twarzy, odpowiedział tym samym. Czyli panna Park nie zapomniała o nim! Nie, żeby specjalnie zależało mu na czyjejś uwadze, ale to zawsze miłe, spotkać się z kimś, kto pamiętał. Natychmiast rozpostarł ramiona, nie pozwalając, by Jamie wylądowała twarzą na lodzie. Jeszcze tego brakowało, by musiał łatać rozkwaszony nos.
— Tego, to znaczy radzić sobie z grawitacją? — zaśmiał się krótko, upewniając się, że kobieta stoi stabilnie i już się nie chwieje i jednocześnie nie ciągnie go za sobą. — Czekaj, chwila, nie szarp tak — powiedział spokojnie, kładąc dłonie na jej, by przestała się tak boleśnie mocować. Nie, żeby tracił równowagę, czy obawiał się krzywych spojrzeń okolicznych jeżdżących, a bardziej myślał o swetrze i ponaciąganych oczkach. — W gorącej wodzie kąpana… — zacmokał, kręcąc głową z dezaprobatą. Obejrzał się wokół, sprawdzając, czy nie robią zbyt wielkiego problemu innym użytkownikom lodowiska i na spokojnie pomógł kobiecie się uwolnić.
— Walczyłem z falą zombie na oddziale ratunkowym. Wierz mi lub nie, ale tam to dopiero mieliśmy zawrót głowy. — Uśmiechnął się kącikiem ust, także podejmując wcale-nie-żartobliwy ton. To nie tak, że chciał jej zrobić na złość brakiem kontaktu, a zwyczajnie nie uznał za koniecznie, aby się odzywać. Do Parkdale nie było mu po drodze i tamtym razem po prostu został zmuszony do objazdu przez pogodę. Choć kawa była wyborna, a śniadanie przepyszne, zakładał, że to pojedyncza wizyta i ich znajomość nie będzie miała okazji, by się rozwinąć. Los bywał jednak przewrotny i ponownie postawił ich na swojej drodze. Michael nie nazywał się religijnym, ani też przesądnym, lecz skoro tak opatrzność postanowiła, nie zamierzał jej ignorować.
— Udało się na moment wyrwać z pracy? Wspominałaś, że rzadko wychodzisz z domu. — Z domu, z pracy — w przypadku Jamie niemal żadna to różnica. Wskazał głową w bliżej nieokreślonym kierunku, zachęcając do tego, by kontynuowali jazdę. — Widać ciągnie cię do ludzi, skoro zdecydowałaś się spędzić wolny dzień w tłumie. — Sam nie był tu lepszy, przez moment łudząc się, że na lodowisku nie będzie zbyt wielu spragnionych rozrywki na świeżym powietrzu. Jakże się mylił! Zewsząd otaczali ich roześmiani ludzie, trzymające się za ręce pary oraz rodzice z dziećmi. Czy gdyby wybrał inną porę, trafiłby na luźniejszy tor?
Jamie Park
-
Urocza, wesoła i romantyczna Koreanka, trochę pracoholiczka. Uwielbia piec, tańczyć i robi najlepszą kawę w Toronto. I jest gotowa się zakochać! <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- Ej! - odpowiedziała udając zagniewaną i wbijając małą piąstkę w ramię Michaela. - Z grawitacją sobie radzę, tylko łyżew nie miałam lata na sobie.
Wyjaśniła i uśmiechnęła się w ten ciepły, niewymuszony sposób, kiedy jego dłonie zatrzymały na moment jej. Ciepło było miłe. Spojrzała Michaelowi w oczy spod długich rzęs, co wcale nie było takie trudne, zważywszy na to, że była o ponad głowę niższa od niego.
- Dziękuję. - dodała już uwolniona z niefortunnej niewoli, po czym bez skrępowania wsunęła dłoń pod jego ramię i zachęcona przez niego ruszyła wzdłuż bandy lodowiska, szybko odzyskując pewność siebie.
Nie była w tym zła, nawet całkiem dobra, ale wiadomo, jeśli długi czas się czegoś nie robiło, to czasem pamięć mięśniowa nie wystarcza, więc dzieją się właśnie takie, spanikowane przypadki, jak przed momentem.
- No tak! Mężczyzna z misją! Super bohater... Ratowanie ludzkości od apokalipsy zombie zawsze będzie ważniejsze niż ratowanie ukochanej! Za to jaka dramaturgia! Co wybrać? Dzieciaka stojącego niczym jelonek w świetle reflektorów nadciągającego autobusu pełnego krwiożerczych bestii, czy młodą dziewczynę, samotnie walczącą z ciemnością? - teatralny ton wsparła teatralnymi gestami, które spowodowały, że na moment znowu straciła równowagę, tym razem jednak Michael zareagował odruchowo i na tyle szybko, by z chichotem małego dziecka Jamie odzyskała panowanie.
W efekcie tylko przytuliła się mocniej bokiem do jego ramienia.
- Wiesz... Beze mnie zawaliłby się cały system kawowowo-pączkowy. Nie chcesz wiedzieć, jak duże problemy miałaby policja. - zdecydowanie miała dzisiaj dobry humor, bo żarciki sypały się u niej z kapelusza, jakby okradła komika przed momentem. - Nawet nie chodzi o ludzi... Wiesz, święta są specyficzne, szczególnie jak się jest samemu. Większość fajnych rzeczy robi się z rodziną, albo w parach, więc stwierdziłam, że mogę być randką dla samej siebie i zaczęłam w tym roku robić rzeczy, które bardzo lubiłam, ale głupio było mi robić to samemu. I nie chodzi o sprośne rzeczy! - poruszała zabawnie brwiami.
Oj tak... Na twarzy Jamie kwitły rumieńce, język był totalnie rozplątany, najwyraźniej weszło grzane wino albo dwa, a przy jej posturze mogło być pozamiatane. Świat nie raz widział takie sytuacje, w których drobna dziewczyna nawet nie zauważa, że robi się pijaniuteńka, a potem ją odcina.
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Takie już jest życie superbohatera — westchnął równie ciężko, wznosząc wzrok ku niebu. — Pełne dylematów, trudnych wyborów, a co za tym idzie, okrutnie samotne. Tu nie ma dobrych, czy złych odpowiedzi, ani odpowiednich decyzji. Zawsze znajdzie się, ktoś, kto ucierpi i ktoś, kogo będą za to obwiniać. — Pół-żartem, a pół-serio, to kwintesencja życia Grahama, które składało się właśnie z takich wyborów. Teraz podchodził do nich lekko, ale rzeczywistość bywała średnio kolorowa, co można było z łatwością wywnioskować po pogłębiającym się zgorzknieniu lekarza. Dziś nie chciał się ani smucić, ani żałować wyjścia z domu, więc ironiczny nastrój bardzo mu odpowiadał.
— Masz rację, cały system by się zawalił, a tego zdecydowanie nie chcemy. — Policja załamałaby się bez dostawy smacznych pączków i ożywczej kawy, zaczęłoby się szerzyć bezprawie i po ulicach chodziliby sami przestępcy! Michael podtrzymywał Jamie, nie mając problemu z bliskością.
Na język cisnęły się już różne komentarze, których nie wypada rzucać w towarzystwie obcej de facto osoby, o ile zależało na opinii tejże. Gdy ma się absolutnie wyrąbane, nie powstrzymuje się, mając w poważaniu, co ktoś sobie pomyśli. Chyba że jest się Michaelem Grahamem i lekkość w doborze słów przychodzi bez względu na to, z kim ma do czynienia.
— No tak, w sprośnych rzeczach można radzić sobie samemu, ale po co? — podjął, podtrzymując żartobliwy ton. Nie wychwycił jeszcze faktu, że panna Park była w stanie wskazującym, bo nawet jeśli podczas ostatniej rozmowy od razu go zrugała za potencjalne romantyczne powiązania, wtedy też dużo mówiła. — Wiesz już, że jestem człowiekiem skorym do pomocy i pracy zespołowej, ale jeśli wolisz podtrzymać klimat bycia randką dla samej siebie, to kimże jestem, by się sprzeciwiać. — Na te słowa rozluźnił uścisk, chwytając tylko jej dłoń i odjechał na odległość ręki, jakby na potwierdzenie, że nie ma z tym problemu, by zaraz przyciągnąć ją z powrotem i ująć stabilnie w pasie, gdy tylko znów zachwiała się niebezpiecznie. — Uważaj, bo ślisko! — parsknął, przyjmując niewinny wyraz twarzy, jakby sam wcale nie był tym, który podsyca szalone niebezpieczeństwo.
Jamie Park
-
Urocza, wesoła i romantyczna Koreanka, trochę pracoholiczka. Uwielbia piec, tańczyć i robi najlepszą kawę w Toronto. I jest gotowa się zakochać! <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
- To bardziej pasuje do klimatu Noir... Albo nawet cyberpunkowego... Detektyw z przeszłością wojskową, weteran wojen korporacyjnych polujący na androidy, które tylko chcą żyć i być szczęśliwe i wolne. Nie ma dobrej decyzji, a bohater musi wybrać między mniejszym, a większym złem.
Zmarszczyła przy tym brwi, mrużąc oczy, po czym sięgnęła dłońmi do kołnierza jego płaszcza i postawiła go, a potem poprawiła szalik na jego szyi. Wreszcie kiwnęła głową, najwyraźniej zadowolona z efektu.
- To czyni ze mnie kobietę fatalną! - zdecydowała - Rozpaczliwie szukającą miłości, ale mającą mroczną tajemnicę, która pochłonie uczucie między detektywem a nią, ponieważ nigdy nie miało prawa być niewinnym.
Kiwnięcie głową przypieczętowało ich los, a Jamie zakręciła się dookoła swojej osi, znów mało nie tracąc równowagi, za to odkrywając stanowczo za dużo fragmentów ud, do tej pory zasłoniętych spódniczką. Złapała Michaela znowu za łokieć i ruszyli dalej.
Zachichotała niczym podlotek, na wspomnienie o sprośnych rzeczach. Zdecydowanie radzenie sobie samemu nie jest tak przyjemne.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto potrzebowałby pomocy... Chociaż czekaj, to źle zabrzmiało. - zmieszała się, ale na szczęście Michael już był w dalszym temacie pracy zespołowej, który bardzo dalej jej się kojarzył, więc pozwoliła na chwilowe oddalenie, po to by zaraz znów być blisko i położyć dłoń na jego dłoni, trzymającej ją w talii.
- Ej! Śmiejesz się ze mnie! - zaprotestowała w uroczo rozkapryszony sposób, jaki był przynależny tylko lekkiemu podchmieleniu u uroczych dziewcząt. -Wiem, że jest ślisko! Radzę sobie...
I pewnie gdyby była w pełni trzeźwa to radziłaby sobie naprawdę dobrze. Natomiast nie oszukujmy się, to że na nikogo nie wpadała, a nogi jej nie uciekały spod tyłka, to była głównie zasługa pracy jej towarzysza.
- Czyli będziesz dzisiaj moją randką? - zapytała z zadowoleniem, zaciskając palce na jego dłoni. - To już druga... Pierwsza była przy świecach i zjadłeś u mnie śniadanie. Trochę szkoda, że pominęliśmy inne elementy...
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Luźna inspiracja Blade Runnerem niezamierzona? — zaśmiał się, uznając, że nie ma problemu z lekkim stanem podchmielenia Jamie, póki był u jej u boku i miał poczucie trzymania ręki na pulsie. Na urazówce pojawiało się trochę pacjentów, którzy wykazywali się absurdalnym brakiem rozwagi na lodowisku, a także tych, którzy zwyczajnie znaleźli się w złym miejscu, w nieodpowiednim czasie. Dla jego własnego czystego sumienia wolał, by Park się nadto nie oddalała. — Swoją drogą, to film, którego już chyba lata nie widziałem, a ponoć za każdym razem nabiera innego, nowego znaczenia. Tam też niewiele jest z niewinności.
Znalazło się miejsce na piruet i wirującą w powietrzu spódnicę, jednak Jamie jechała zdecydowanie zbyt blisko, by Michael miał szansę do podziwiania kobiecych ud. Duża różnica wzrostu zmusiłaby do przygarbienia, a łyżwy motywowały do prostowania sylwetki — tu nie było prostych i oczywistych rozwiązań, pozostało obejście się smakiem w nieświadomości.
Cenił sobie samodzielność, w tym Jamie miała absolutną rację i zapewne podkreślenie tego było celem wypowiadanych słów, lecz dwuznaczność rozmyła się gdzieś między wierszami. Oczywiście, że się naśmiewał, nie poddawał tego w żadną wątpliwość, ani nie zamierzał sprawiać wrażenia, że jest inaczej.
— To już druga? A ja nadal bez kwiatów? — zacmokał z niezadowoleniem. Nie uważał się za wielkiego podrywacza i bajeranta, ale odpuszczanie sobie okazji do luźnego żartu zakrawającego o flirt, to jak skaza na honorze. Nie widział w tym nic złego, póki oboje traktowali to, jak zabawę, bez chwytania za słówka i rozliczania z deklaracji. Poza tym Jamie w istocie sprawiała wrażenie bardzo sympatycznej kobiety i gdyby wyszli poza strefę dowcipu, pewnie by się z nią umówił. — Nie chodzi o ich pomijanie, tylko o zamianę miejsc, na wszystko przyjdzie czas. Najpierw kupimy psa i weźmiemy kredyt, a dopiero później przedstawię cię rodzicom — żartował dalej, choć utrzymywał poważny ton.
Pech chciał, by urocza sielanka została przerwana wraz z głośnym śmiechem kilku dzieciaków. Pojawiły się znikąd, pędząc między ludźmi, mając głęboko w poważaniu innych jeżdżących. Ślizgały się, jakby cała tafla należała do nich. Michael poczuł nagle pchnięcie od boku i zachwiał się, tracąc na płynności i czując, jak Jamie wymyka się spod objęcia.
— Hola, hola! Jesteście niepoważni! — zawołał oburzony za młodymi, kiedy ci pognali już dalej przed siebie i powiódł wzrokiem za Park, by sprawdzić, czy nic jej nie jest.
Jamie Park
-
Urocza, wesoła i romantyczna Koreanka, trochę pracoholiczka. Uwielbia piec, tańczyć i robi najlepszą kawę w Toronto. I jest gotowa się zakochać! <3nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiCzas przeszłypostaćautor
Na myśl ciśnie mi się ten mem o mężu, który jest lwem, stabilnym, poukładanym, gotowym do walki i żoną, która jest radosnym psem idącym powiedzieć mężowi i zmianie planów. Chyba z boku to trochę tak wyglądało. On czujny, sprawdzający ciągle czy ona jest bezpieczna i czy nie zagrażają innym. Ona rozkosznie rozkojarzona, ciesząca się chwilą i bliskością.
- Każdy dobry film tak ma... Moim ulubionym filmem w ogóle jest "Lost in translation", tam właściwie nic się nie dzieje na poziomie akcji, ale za to ile się dzieje w emocjach, tych niewypowiedzianych! Uwielbiam!
Dobrze, że Jamie nie chowała urazy, a nawet gdyby ją chowała, to pewnie grzane wino by tę urazę zmazało. Tak czy siak już pewnie nie pamiętała o tym, że się z niej naśmiewał.
Pokiwała głową potwierdzając tym samym to, że to już druga randka. No dobra, tam formalności i inne takie mogą przecież zejść na dalszy plan. Uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie o kwiatach.
- Ej, nie bądź tym facetem... Kwiaty powinno się dawać nie żeby zrobić wrażenie, albo żeby przeprosić. Tylko po prostu, bo się myślało o drugiej osobie i chciało coś dla niej miłego zrobić. - słuchała, jakby zamyślona kolejnych planów odnośnie ich relacji. - Podobno kredyt łączy mocniej, niż małżeństwo. Chyba jestem beznadziejnie romantyczna, bo uważam, że małżeństwo jednak wszystko zmienia.
A chwilę potem zamieszanie sprawiło, że nawet nie zauważyła kiedy odjechała od swojego rycerza dość daleko. Z zaskoczeniem odkryła, że sama musi teraz zadbać o swoją równowagę i bezpieczeństwo, więc nerwowy ruch sprawił, że oczywiście zaczęła tracić równowagę. Do tego wszystkiego jeden z dzieciaków wpadł na nią, popychając ją w kierunku bandy i na oczach Michaela Jamie zaczęła się zbliżać w niebezpiecznie szybkim tempie do ścianki.
- Oj nie! - jęknęła tylko starając się rozpaczliwie zahamować i nagle kostka nie wytrzymała.
Zgięła się boleśnie w kierunku, w którym nie powinna, a dziewczyna rymsnęła na lód tyłkiem i dojechała na nim, niczym śnieżny kwiatek aż do samej ścianki bezpieczeństwa.
Michael Graham
-
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Wobec tego będziesz musiała mieć wielu kochanków, bo we mnie nie ma nic z romantyka — zaśmiał się, szczerze rozbawiony tokiem rozmowy. Straszliwe kłamstwo, a może niezachwiana wiara w słuszność tych słów? Uważał się za osobę pragmatyczną, nie romantyczną, acz to nie znaczy, że był pozbawiony pewnego wyczucia. Wolał jednak wierzyć, że jest inaczej, niż obiecywać coś, z czego nie będzie umiał się wywiązać. — Samo małżeństwo uważam za przereklamowany motyw, ale słyszałem, że są ludzie, którzy je sobie cenią. — Jak chociażby starsze państwo Graham, które nieustannie naciskało, by ich pociechy się wreszcie ustatkowały.
Powiódł wzrokiem za sunącą na czterech literach Park, domyślając się, że upadek wiązał się z bólem, a na pewno z dyskomfortem. Natychmiast znalazł się u boku swej dzisiejszej towarzyszki, wyciągając doń ręce.
— Jesteś cała? — spytał, od razu przechodząc w tryb zadaniowy i pomagając jej wstać. Jak na dłoni było widać, że nawet jeśli malujące się na jej twarzy strapienie było wynikiem szoku, to należało się przyjrzeć zruszonej kostce. — Tym gnojkom ktoś dawno nie przetrzepał skóry — warknął gniewnie, lecz nie sięgał już za nimi wzrokiem, całkowicie skupiając się na Jamie. Pozwolił, by się na nim oparła i wspólnie zjechali do bramki, przedostając się do najbliższej ławki. Bez ogródek zepchnął kilka leżących nań toreb, mamrocząc coś jeszcze pod nosem o niewychowaniu i zmęczonych plecakach, którymi ludzie bezsensownie zajmują miejsca. Posadził drobną kobietę na ławce, samemu usadawiając się na wyłożonej gumą powierzchni. Długość płaszcza na chroniła tyłka w pozycji siedzącej, więc już za moment pewnie zacznie odczuwać chłód przenikającego wilgocią materiału, lecz w obliczu zagrożenia cudzego zdrowia, własne spadało na drugie miejsce.
— A jednak mam w sobie coś z romantyzmu, skoro już padam ci do stóp — podjął znów lżejszym tonem, kiedy wyładował pierwszą złość i zajął się rozwiązywaniem łyżew panny Park. — Możesz nią ruszać? Boli? — spytał, ujmując drobną, wciąż obleczoną w czarny materiał stopę i sięgnął wzrokiem kobiecej twarzy, sprawdzając, czy maluje się nań grymas. — Jeśli tak, to muszę cię poprosić o rozebranie, żeby sprawdzić, czy nie pojawia się obrzęk. Wiem, że nie tak sobie wyobrażałaś nadrabianie tych pominiętych elementów, ale od czegoś trzeba zacząć. — Wymusił krzywy uśmiech, starając się rozładować napięcie, jednocześnie pozostając czujnym na wszelkie reakcje.
Jamie Park