-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Iris Valentine nie zaczęła nowego roku w sposób… spektakularny. Właściwie od dłuższego czasu nie była w formie, a właściwie każdą wolną chwilę spędzała w szpitalu biorąc więcej dyżurów niż powinna. Poza tym? Właściwie nie miała życia poza szpitalem i to chyba zaczęło być po niej widać. Zdała sobie sprawę, że musi być nieznośna, gdy jedna z pielęgniarek zasugerowała ją, że powinna coś zrobić ze swoim życiem. I naprawdę nigdy nie przypuszczała, że dojdzie do tego, że energiczna pięćdziesięciolatka umówi ją na randkę w ciemno ze swoim znajomym, którego na pewno by polubiła. Valentine szczerze w to wątpiła i w pierwszej chwili potraktowała to jako żart – nie miała najmniejszej ochoty korzystać usług samozwańczej swatki. Znajomy jednak został przedstawiony w samych superlatywach, chodzący ideał… a sama kobieta była przy tym szalenie męcząca, więc w końcu się poddała.
Zgodziła się na randkę w ciemno, co za idiotyczny pomysł.
Powtórzyła to sobie jeszcze parę razy w taksówce oraz przynajmniej dwa razy przed wejściem do lokalu. Przez moment nawet chciała się odwrócić na pięcie i po prostu wyjść, napisać krótką wiadomość, że coś jej wypadło i przełożą to na inną okazję. Najlepiej nigdy.
Nie jesteś tchórzem, Valentine.
Wzięła więc głębszy oddech, poprawiła sukienkę i weszła do środka, starając się zlokalizować swoją dzisiejszą randkę. Chodzący ideał. Zlokalizowała go dość szybko i była zaledwie parę stolików od mężczyzny, który w rezultacie ani trochę nie przypominał człowieka z opowieści pielęgniarki. Iris była w stanie zignorować fakt, że był starszy niż przypuszczała, niższy niż przypuszczała, że czas nie był dla niego łaskawy i zrobiły mu się zakola… nie była aż tak płytka. Nie mogła jednak zignorować faktu, że był burakiem. Zatrzymała się na ułamek sekundy obserwując interakcję mężczyzny z kelnerką i cóż… właśnie wyzywał młodą dziewczynę od najgorszych, bo przyniosła mu nie ten alkohol, który powinna. Chyba zdążył już wypić o kilka drinków za dużo, bo zrobił się czerwony na twarzy i prawie się popluł, gdy podniósł głos.
Już miała się wycofać, gdy podniósł wzrok i spojrzał w jej kierunku. Widziała w jego spojrzeniu moment, w którym się zastanawiał, czy ona to faktycznie ona, czy to na nią tu dzisiaj czekał… i już zaczął podnosić się ze swojego miejsca, żeby się z nią przywitać.
Zadziałała instynktownie. W ułamku sekundy rzuciła spojrzeniem po najbliższych stolikach i zauważyła samotnie siedzącego mężczyznę – rozpromieniła się na jego widok i postanowiła odegrać rolę swojego życia. Przynajmniej przez kilka najbliższych minut.
- Hej, Skarbie. Wybacz, że tyle musiałeś na mnie czekać. – rzuciła pogodnie, pochylając się do Mavericka i sięgając jego policzka, muskając go ciepłem swojego oddechu – Pięć minut – szepnęła i nie czekając na jego reakcję – usiadła naprzeciwko. Odrzuciła do tyłu włosy, pochyliła się nad stolikiem i wbiła spojrzenie w zapewne mocno zdezorientowanego mężczyznę, którego wybrała na swojego bohatera – Mam nadzieję, że twoja randka spóźni się jeszcze chwilę, bo nie chcę robić ci kłopotów, ale proszę… – kącik ust mimo wszystko drgnął jej w rozbawieniu, bo zdawała sobie sprawę, że to i d i o t y c z n e. Miała jednak nadzieję, że zrozumie. Tym bardziej, że zaledwie ułamek sekundy później przy stoliku pojawił się… ekhm, chodzący ideał z czerwonymi policzkami i odrobinę niewyraźnie zapytał – Irene? – i nawet nie ukrywał, że zmierzył Valentine wzrokiem. Dziewczyna ściągnęła mocniej brwi i pokręciła lekko głową – Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił. – rzuciła spokojnie i nawet nie kłamała, bo nawet nie zapamiętał jej imienia! Mężczyzna jednak nie wydawał się przekonany i zaczął coś bełkotać pod nosem zamiast po prostu odejść.
Maverick Cormier
-
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.
- and you carry them.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nic nie zapowiadało tragedii, która nadeszła nieproszona i skutecznie wzburzyła spokój nie tyle ostatnich dni, co i lat. Wrócił ze słonecznego Dubaju ledwie dobę temu, spędziwszy pięć dni w oczekiwaniu na powrót na kanadyjską ziemię. Interesy pasażera pozostawały poza granicami zainteresowania pilota, który spędził swój czas głównie na zwiedzaniu miasta, które zdążył już poznać; marzył o powrocie do własnego łóżka, a gdy ten moment w końcu nadszedł – nie potrafił zasnąć. Zwykle jetlag nie wpływał na niego zbyt mocno, bo Maverick zdążył przyzwyczaić się do częstych zmian czasowych, ale teraz było inaczej – niepokój, który odczuwał od początku roku tylko się nasilił.
Wkrótce miała być przecież rocznica; zbrodnie ojca zawsze ponownie wypływały wtedy na powierzchnię. Zawsze chociaż jeden samozwańczy znawca kryminalistyki przypominał o tych wydarzeniach w podcastach; zawsze pojawiały się nowe artykuły pseudo-dziennikarzy, którzy chcieli zyskać swoje pięć minut poprzez rozpamiętywanie cudzej tragedii.
Praktycznie nie widział się z Cece, która spędzała długie godziny w sądzie, a potem poświęcała czas na kolejne odkryte hobby; zdążył już pogubić się w zawiłościach jej pasji. Joga, pływanie, karaoke? Nie był już nawet do końca pewien jakiemu zajęciu jego żona poświęca swój czas wolny; i jeśli miał być ze sobą zupełnie szczery, to przestał dociekać detali już od miesięcy. Ich życie toczyło się dalej w stabilnym rytmie rutyny; praca-dom, krótkie okresy urlopów, które starali się dostosować. Dzieciaki były już dorosłe, dom uginał się pod naporem narastającej ciszy – a Maverick nie robił kompletnie nic, by to zmienić.
To zapewne czyniło z niego kiepskiego męża i jeszcze gorszego partnera, ale jego siły do walki o związek – który z zewnątrz wydawał się przecież idealny – znacznie osłabły.
I kiedy był gotów na spędzenie kilku nadchodzących dni tak, jak zawsze – otrzymał telefon.
Numer nie powiedział mu niczego, a gdy odebrał, usłyszał automatyczną wiadomość; to połączenie pochodzi z jednostki penitencjarnej i podlega nagrywaniu oraz… – nawet nie odsłuchał do końca. Rozłączył się z mocno bijącym sercem, czując, że niedawno zjedzony posiłek podchodził mu do gardła.
Nie, to niemożliwe, po tylu latach…
Czuł, jakby się dusił; bez chwili zawahania wyszedł z domu, niewiele nawet myśląc nad kierunkiem spontanicznego spaceru. Nawet nie wiedział, kiedy kroki zaprowadziły go do Miller Tavern, gdzie bywał w miarę często; bez zastanowienia zajął stolik i zaczął zamawiać alkohol w marnej próbie odzyskania samokontroli. Upił pierwszy łyk whisky z lodem, walcząc z pokusą, by nie opróżnić szklanki jednym haustem; odetchnął głębiej i pogrążył się w ponurych rozmyślaniach na temat przeszłości, która w końcu go dogoniła.
Usłyszał stukot obcasów, który skutecznie przerwał ciąg myśli; podniósł spojrzenie na olśniewającą piękność, która niespodziewanie zagadnęła do niego tak, jakby byli razem – i nim zdążył odpowiednio zareagować sugerując pomyłkę, usłyszał jej cichutką prośbę. Maverick uśmiechnął się szeroko do nieznajomej, postanawiając ciągnąć grę dalej.
- Hej kochanie, nic nie szkodzi, warto było czekać – rzucił na tyle entuzjastycznie, by osoby przy najbliższych stolikach z pewnością usłyszały tą wymianę zdań. – Wszystko w porządku? – zagadnął ciszej, nachylając się ku kobiecie; w niebieskich tęczówkach zalśniła troska, a spojrzenie zaraz przesunęło się po zebranych w poszukiwaniu źródła zagrożenia. Nieznajomy mężczyzna – wyraźnie podpity i naburmuszony – sam podszedł bliżej kobiety, wyraźnie doszukując się w jej twarzy znajomych rysów.
I wszystko stało się jasne.
- Wybacz kolego, ale chyba pomyliłeś z kimś moją żonę – położył stanowczy nacisk na dwa ostatnie słowa; wyprostował się bardziej na krześle, mierząc nieznajomego spojrzeniem. – Sugeruję się oddalić, bo za chwilę możemy porozmawiać inaczej.
Padło kilka bełkotliwych przekleństw, które Maverick puścił mimo uszu; obserwował mężczyznę, dopóki ten nie wrócił na swoje miejsce, rozglądając się i zaraz zamawiając kolejnego drinka. Cormier odetchnął, skupiwszy uwagę na nowej towarzyszce.
- Nieudana randka czy dziwny zbieg okoliczności? – zagadnął, nie kryjąc rozbawienia; wyciągnął ku kobiecie dłoń, gdy był pewien, że natręt nie patrzył. – Maverick. A ty to zapewne… Irene?
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przesunęła spojrzeniem po twarzy Mavericka, gdy pochylił się nad stolikiem w jej kierunku, a kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, gdy przez jej myśl przeszła jedna szalona myśl. Może powinnaś? Był przystojny, nawet jeśli w jego oczach odbijało się sporo zmęczenia i czegoś, czego nie potrafiła nazwać, ale chyba odrobinę ją zainteresowało. Pokręciła lekko, ledwie zauważalnie głowa, bo właściwie… nie wiedziała? Generalnie nie było w porządku, ale jednocześnie wiele zależało od niego.
Czy pozwoli sobie na chociaż parę minut gry w marnej komedii klasy B?
Odetchnęła z ulgą, gdy w to poszedł i przejął kontrolę nad sytuacją. Śmieszny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, gdy została nazwana żoną, ale na moment nie wyszła z roli. Na porzuconego mężczyznę spojrzała nawet z lekkim współczuciem i gdy już odchodził rzuciła, że bardzo jej przykro.
Nie było jej przykro, wróciła spojrzeniem do swojego towarzysza. Zagryzła lekko wargę i pokręciła głową, śmiejąc się przy tym, bo to było tak głupie… tak głupie, że sama nie mogła w to uwierzyć. Jednak zadziałało!
- Iris. – poprawiła, ściskając męską dłoń i ładnie się do niego uśmiechnęła – I jestem ci winna drinka, a jeśli pozwolisz mi tu jeszcze przez chwilę posiedzieć to więcej niż jednego. – rzuciła swobodnie, poprawiając się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę i znowu pochylając się trochę bardziej nad stolikiem. W końcu byli małżeństwem – nie musieli krzyczeć do siebie z bezpiecznej (i przyzwoitej) odległości – A on… – ponad ramieniem Mavericka spojrzała na mężczyznę, który wyklikiwał coś nerwowo na telefonie. W tym samym momencie jej torebka zawibrowała, ale zupełnie to zignorowała. Nawet nie zerknęła w jej kierunku. – Randka w ciemno. Strasznie głupi pomysł, a dodatkowo chyba stwierdzam, że znajoma z pracy jednak mnie nie lubi. – bo naprawdę uważała, że ktoś taki mógłby nadawać z nią na jednych falach? Że mogliby jakkolwiek spędzić miło czas? Że coś mogłoby z tego być? Aż ją wzdrygnęło, gdy pomyślała, że ta czerwona zapijaczona twarz mogłaby chcieć ją pocałować. – Nie lubię być tak bardzo w tyle z drinkami, to psuje całą zabawę! – dodała pół żartem, pół serio, bo na pewno to nie był to jedyny powód, chociaż faktycznie starszy mężczyzna zdecydowanie przesadził z zapijaniem ewentualnego randkowego stresu.
– Często ratujesz damy w opałach, Maverick? - zupełnie automatycznie zerknęła też w kierunku jego dłoni, żeby sprawdzić, czy faktycznie miał żonę.
Maverick Cormier
-
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.
- and you carry them.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mógł też nadziwić się, że tak niecodzienna sytuacja przytrafiła się właśnie jemu. Nigdy raczej nie widział siebie w roli rycerza na białym koniu, sprawnie unikając problematycznych sytuacji, bo tych miał już dosyć w czterdziestoletnim życiu; a mimo tego, taki zbieg okoliczności okazał się zbawienny. Był w stanie odciąć się od chaosu myśli i paniki, którą czuł wcześniej, gdy tylko zawędrował do baru; teraz liczyła się tylko chwila obecna.
I bardzo wdzięczne towarzystwo.
- Iris – powtórzył jej imię z rozmysłem, zupełnie jakby chciał sprawdzić jego brzmienie z własnych ust; skinął kobiecie głową i zaraz zaśmiał się cicho, słysząc kolejne słowa. – To raczej ja powinienem stawiać tobie, żeby trochę umilić ci traumatyczny wieczór – znaczącym ruchem głowy wskazał na jej niedoszłego partnera.
Oparł przedramiona na stoliku, by z wygodniejszej pozycji móc pochylić się bardziej w jej kierunku; ze skupieniem słuchał opowieści, nie mogąc powstrzymać się przez znaczącym uniesieniem brwi.
- Cóż, Iris, nie chcę cię martwić – lekkim gestem przywołał kelnerkę, którą dostrzegł za plecami kobiety. – Ale wygląda na to, że faktycznie koleżanka z pracy za tobą nie przepada. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że umówiła cię z kimś takim przez przypadek – i nie miał na myśli tylko aparycji mężczyzny; raczej chodziło mu o fakt wylewania za kołnierz i przekręcenia jej imienia. Takie sytuacje z góry zapowiadały bolesną porażkę, ale intuicja Iris jej nie zawiodła i pomogła szybko podjąć decyzję. – No to opowiadaj, czym tak bardzo zaszkodziłaś niedoszłej przyjaciółce?
Na dźwięk jej słów roześmiał się ze swobodą, której nie czuł… Już od bardzo, bardzo dawna; w niebieskich tęczówkach zalśnił cwany błysk, gdy podchwycił jej grę.
- Hobbystycznie w każdy czwartek – zażartował, zaraz jednak skupiwszy uwagę na nadchodzącej kelnerce.
- Dobry wieczór, co podać?
- Dla mnie to samo, a dla pani cokolwiek sobie zażyczy – gdy zamówienia zostały złożone i ponownie zostali sami, Maverick przeniósł spojrzenie na Iris, i wyraźnie spoważniał. – Nie mam co prawda żadnego prawa pouczać, ale randki w ciemno to trochę… kłopotliwy pomysł. Ciężko mi uwierzyć, że nie znalazłaś nikogo odpowiedniejszego do spędzenia dzisiejszego wieczoru.
Przemawiał łagodnie i słowa były komplementem, a nie próbą moralizowania i osądzania wyborów; był zwyczajnie ciekaw, dlaczego nowa znajoma – szalenie przecież atrakcyjna – skorzystała z szalonego pomysłu, który skończył się fiaskiem. Jego spojrzenie podążyło za jej, odnajdując złotą obrączkę na jego palcu; wyraźny znak tego, że był w istocie żonaty.
Na krótki moment spojrzał kobiecie w oczy;
Przecież tylko rozmawiamy, prawda?
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej imię w jego ustach brzmiało zaskakująco wdzięcznie, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk, gdy tylko wspomniał o umilaniu jej czasu. Kącik ust drgnął jej ponownie w kierunku uśmiechu.
- Czyli sugerujesz, że ten wieczór może nie być wcale taki zły jak się pierwotnie wydawało? – z nim… z nim mógł nie być taki zły. Wbijała spojrzenie w męską twarz, sunęła po niej uważnie, studiowała. I była ciekawa! Naprawdę była go ciekawa… i dlaczego pomagał nieznajomym w tak abstrakcyjnych sytuacjach? Mało tego, że im pomagał – zupełnie naturalnie przedłużył tą interakcję.
- I nie szalałabym z nazywaniem jej swoją przyjaciółką… jest ode mnie z jakieś dwadzieścia lat starsza i uparcie twierdzi, że nie można ze mną wytrzymać. Może jest w tym trochę prawdy, ale nie wiem, czego się spodziewała teraz… po takim wieczorze miałabym mieć lepszy humor? Mało prawdopodobne. – w grę wchodziła jeszcze zazdrość, zawiść, chęć pozbycia się Iris z oddziału… ewentualnie zwykła nieświadomość. Gdzieś tam z tyłu głowy miała to, że kobieta mogła nie być świadoma tego jak jej znajomy zachowuje się w tak stresujących sytuacjach jak randki w ciemno. Nie chciała być aż tak źle nastawiona do świata.
Tym bardziej, że miała szczęście i akurat był czwartek!
Zaśmiała się krótko, a gdy przy ich stoliku pojawiła się kelnerka – poprosiła dokładnie o to samo, co zamówił Maverick, zdając się na jego gust. Kelnerce poświęciła zaledwie ułamek sekundy, większość uwagi jednak skupiając na mężczyźnie. Tak… obrączka. Z jednej strony wiedziała, że to powinien być dla niej sygnał, powinna się jak najszybciej ewakuować. Nawet tylko rozmowa mogła być problematyczna i dla kogoś w tym układzie krzywdząca. Z drugiej strony jednak siedział sam w całkiem ekskluzywnym barze, nie spieszył się i nie chciał się jej jak najszybciej pozbyć. To nie jej odpowiedzialność.
Ona chciała się tylko dobrze bawić.
- Kto powiedział, że nie znalazłam nikogo odpowiedniejszego? – odbiła piłeczkę, wytrzymując presję męskiego spojrzenia, nie pozostawiając złudzeń, że mówiła o jego towarzystwie. To była jej dzisiejsza randka w ciemno – Jeśli oczywiście podejmiesz to wyzwanie, że podobno ciężko ze mną wytrzymać. – i dlatego tak bardzo potrzebowała randki, towarzystwa i wyjścia z domu. Faceta. Żenujące, że ktoś pomyślał, że męskie towarzystwo poprawi jej humor – Jesteś psychopatą, Mav? Jeśli siedzisz tutaj samotny, przystojny i chętny do stawiania drinków przypadkowym dziewczynom w opałach, które być może nieświadomie wpadły w twoje sidła to… pamiętaj, że mam szkolenie wojskowe. Potrafię się bronić. – zakończyła, nawet na moment nie odwracając od niego spojrzenia i nie ukrywając swojego rozbawienia. I cóż… nie wyglądała na kogoś, kto potrafił się bronić – szczególnie w tej króciutkiej sukience i niebotycznie wysokich szpilach. Oczekiwała, że ten fragment również mógł potraktować jako żart.
Maverick Cormier
-
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.
- and you carry them.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
A był przecież na dobrej drodze by ten wieczór ocalić; podobnie jak ona dla niego, chociaż – być może – nie zdawała sobie z tego jeszcze sprawy.
- Sugeruję, że wspólnymi siłami możemy możemy zamienić kiepski wieczór w warty zapamiętania – mrugnął porozumiewawczo, przyłapując się na lekkim flircie; i sam już nie wiedział, czy to wina wypitej pośpiesznie whisky czy zwyczajny urok, jaki roztaczała wokół siebie nieznajoma – i któremu ciężko było się oprzeć.
Przecież nie był takim facetem; typem, który zdradzał żonę na prawo i lewo, kłamiąc w żywe oczy.
Dlaczego więc teraz
Myśli chwilowo uleciały w kierunku problemów, które ostatnio nawarstwiały się nie tylko w życiu, ale i w związku; fasada idealnego małżeństwa powoli zaczynała się kruszyć, i Maverick coraz częściej przyłapywał się na myśli, że może dotarli do momentu, który miał zmienić wszystko. Ciche dni – bo rzadko kłócili się z całą mocą - unikanie się nawzajem i narastający dystans powoli odciskały piętno na relacji, która wcześniej wydawała się nie do pokonania; być może dlatego nadal siedział na swoim miejscu, intensywnie utrzymując kontakt wzrokowy z piękną kobietą siedzącą naprzeciwko.
Ponoć zakazany owoc smakował najlepiej, a ciekawość była pierwszym stopniem do piekła.
- Na początku pomyślałem, że jesteś modelką i koleżanka próbuje wygryźć cię z branży – zaśmiał się z tej myśli słysząc, że owa znajoma była starsza o ponad dwadzieścia lat; to raczej nie pasowało do wersji, którą tak śmiało założył. – Czym się zajmujesz, Iris? Jak wyjawisz ten sekret to wspólnie możemy pomyśleć o zemście.
W granicach żartu, oczywiście; gdy kelnerka dostarczyła drinki, Maverick podniósł swój kieliszek, by stuknąć szkłem o jej własny w ramach niemego toastu; upił łyk alkoholu, przez chwilę delektując się cierpkim smakiem na języku.
- A znalazłaś? – znacząco rozejrzał się po przybytku i lekko wzruszył ramionami; spojrzenie niebieskich tęczówek powróciło do twarzy Iris. Słuchał jej wypowiedzi niemalże z powagą, ale zdradziły go kąciki ust, które z trudem powstrzymywały uśmiech. – Czekaj, to teraz z bohatera stałem się kimś, kto nastawia sidła na niewinne kobiety? Jezu! – roześmiał się, kręcąc przy tym głową; lekko uniósł brwi słysząc o szkoleniu wojskowym; już wcześniej przyjął błędne założenie o jej karierze zawodowej, więc nie zamierzał popełnić tego błędu ponownie. – Wierzę na słowo i obejdzie się bez prezentacji tych zdolności.
Nie podważał nowo pozyskanej informacji; ostatecznie nie miał powodu by sądzić, że Iris go okłamała. Jak na razie wieczór toczył się wyjątkowo przyjemnie i Cormier nie zamierzał go kończyć; nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiadał coś zupełnie innego.
Poza tym Iris widziała obrączkę, i sama zdecydowała się zostać; jak inaczej mógłby to interpretować?
- Nie widziałem cię tu wcześniej, a sam w miarę możliwości mogę nazwać się stałym bywalcem – zagadnął, z uwagą patrząc wprost w oczy kobiety; dłoń odruchowo sięgnęła po drinka i mężczyzna bez wahania upił kolejny łyk. – Z tego powodu tym bardziej czuję się wyróżniony, że wybrałaś właśnie mój stolik.
Stolik, towarzystwo, ratunek; jakkolwiek by tego nie nazwać, fakty pozostawały niezmienne – siedzieli teraz wspólnie i toczyli rozmowę o wszystkim i o niczym, ale podświadomie toczyli zupełnie inną grę.
Maverick nie miał zamiaru się wycofywać.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Miał żonę. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że powinna się wycofać. Nawet jeśli to była tylko rozmowa, powinna ją przerwać… przenieść się do baru, żeby dokończyć swojego drinka albo najlepiej wrócić do domu. Powinna być rozsądna, zamiast flirtować z zajętym mężczyzną. Dlaczego ty to znowu robisz, Valentine? Uciszyła jednak ten głos w swojej głowie, a do Mavericka po prostu się uśmiechnęła.
Ba, zaśmiała! Nikt nigdy nie zasugerował jej, że mogłaby być modelką… czy nie była za niska? I biorąc całą masę kompleksów, które miała? Oh, nie… zdecydowanie nie widziała w sobie modelki i szczerze ją to rozbawiło. Pokręciła przy tym lekko głową, nie odrywając jednak od niego wzroku.
- Po prostu mam za krótką sukienkę i za wysokie buty. To jedyne, co robi ze mnie modelkę, ale nie powiem… dużo milej usłyszeć, że wygląda się jak modelka niż jak wiecznie niewyspana i przepracowana pielęgniarka. – zdecydowanie milej! – A tak jest właśnie na co dzień. Jestem pielęgniarką. – a dokładnie jest wiecznie niewyspaną i przepracowaną pielęgniarką. Zamiast w szpilkach chodzi w butach do biegania oraz ukrywa się w dużo za dużych na siebie bluzach dresowych, które narzuca na szpitalne scrubsy. Mało to było spektakularne i zdała sobie sprawę z tego, że to mógł być jej życiowy błąd.
Bo ten jeden raz się odstawiła… ubrała, żeby komukolwiek zaimponować i skończyła chyba całkiem nie najgorzej. Bo właśnie…
Kącik ust drgnął jej lekko, bo coś jej mówiło, że znalazła. I że on też doskonale o tym wiedział – był jej bardziej odpowiednim towarzystwem na dzisiejszy wieczór. Nawet z obrączką.
- Nigdy wcześniej tu nie byłam, nie moja okolica. Mieszkam na East Endzie, pracuję w Downtown. – wzruszyła lekko ramionami, bo cóż… te najbardziej luksusowe dzielnice miasta to zdecydowanie nie były jej rejony, nawet nie zdawała sobie sprawy ile traci – I jesteś stałym bywalcem… czyli rozumiem, że jeśli jeszcze kiedyś chciałabym na ciebie wpaść, przypadkiem oczywiście, to możliwe, że uda mi się tutaj? – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, oparła się wygodniej o stolik i nadal nieustannie się w niego wpatrywała z zaciekawieniem. Nawet gdy sięgała po szklankę z alkoholem, nie odrywała od niego spojrzenia… bez grama skrępowania – Czym się zajmujesz, Maverick? I dlaczego spędzasz wieczór samotnie w barze, w którym jesteś stałym bywalcem, zamiast... robić cokolwiek innego? Z kimkolwiek innym. – wzrok na ułamek sekundy uciekł jej w kierunku męskiej obrączki, bo to oczywiste, że poniekąd właśnie o jego żonę jej chodziło. Dlaczego spędzał wieczór tak, a nie ze swoją żoną – To był ciężki dzień? – czy to był właśnie tego powód? Strzelała.
Maverick Cormier