-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Jako najmłodsze z ich parszywej jedenastki nie załapał się nawet na ochłapy matczynej atencji, na które kobieta ponoć siliła się jeszcze do czasów Flory, ale na niego już nie wystarczyło. Ojciec prawdopodobnie nie pamiętał jego imienia, traktując najmłodszą część familii jako bezużyteczny, hałaśliwy kolektyw. Starsze rodzeństwo próbowało trzymać go z daleka od zabaw, na jakie często nie był gotowy, być może z troski albo ze zmęczenia jego dziecięcą, niegasnącą energią. Nie wiedział, ale wówczas każda odmowa i zatrzaskiwanie w szafie (pierwszy zamek, jaki nauczył się otwierać za pomocą matczynej wsuwki do włosów) brzmiało jak odrzucenie i ciągnęło się to za nim aż do Toronto, gdzie chociaż miał już za sobą etap czytelnego manifestowania niezadowolenia i proszenia się o atencję, nadal nadinterpretował sygnały i doszukiwał się w nich objawów niechęci. Czegoś, co dałoby mu ten znajomy sygnał i przygotowało na najgorsze odpowiednio wcześnie.
Wiedział również jak to jest po latach dostać wreszcie upragnione miejsce przy przysłowiowym stole; Pillesterowie na parę miesięcy pozwolili mu poczuć, że przynależy, podlewali go pochwałami, na jakie chłopak w tym wieku i po takich perypetiach był szczególnie łasy, zakorzenili w nim wizję stabilności i dopasowania.
A potem pojawił się Christian i mimo, że Milo był wystarczająco duży by zrozumieć sytuację, znów został odepchnięty na boczny tor, z którego uciekł z jednym plecakiem i drobnymi na najtańszy bilet do kolejnego miasta na mapie wybrzeża. To doświadczenie nadpisało dotychczasowy strach przed brakiem akceptacji, wykręcając je i przekształcając w jeszcze bardziej okrutny twór: w bycie prawdziwie chcianym, owszem - ale tylko na chwilę. Póki wygodnie. Tak długo, jak pasował.
Kiedy Dylan patrzył na niego w taki sposób - może nie dokładnie tak, jak robił to teraz, gdy ewidentnie pajacował - jakby Milo był czymś więcej niż problematycznym, odstającym od reszty cudakiem z kieszeniami wypchanymi elektronicznymi komponentami i od biedy jakąś jednodolarówką, Rivera nie wiedział do końca dlaczego ani na jak długo.
Czasami, choć znacznie rzadziej niż jeszcze miesiąc temu, zastanawiał się również czy naprawdę.
Jeżeli zatem miał dopełnić statystyki, co nie byłoby w jego życiu niczym nowym, Milo pragnął przynajmniej zgromadzić dość, aby mieć co wspominać na wypadek gdyby po raz kolejny przyszło mu stanąć na dworcu z połataną torbą i tym niewygodnym rodzajem wolności pchającym w kolejny autobus zmierzający do następnej pustej plamy na mapie.
一 Okay, sale, ya estuvo... Dylan! 一 Poddał się jako pierwszy, żałośnie nieodporny na poczucie humoru i zaangażowanie w tę błazenadę Gauthiera. Wetknął pusty kubek między poduszki i przegonił sobie zaraz palcami parę loków z czoła, niestety nie był w stanie wytłumić parsknięcia chrypliwym śmiechem. Chwila błądzenia spojrzeniem bez celu zakończyła się zakotwiczeniem go w ich splecionych palcach, pstrokatych od farby, szukających się wzajemnie bezwiednie nawet wtedy, kiedy zbliżali się do awantury. 一 Dylan! 一 Próby mitygowania go poprzez śmiech nie miały prawa zakończyć się sukcesem. Z zapominalstwa i poniekąd zawstydzenia, Rivera zrobił sobie daszek z jednej ręki i posłał mu znacznie weselsze spojrzenie, choć wciąż żywe i sugerujące, że jedno niewłaściwe słowo i znów znajdą się na skraju pełnowymiarowej kłótni rodem z sitcomu.
Wiedział, że to żart, mimo to brzmiał dość przekonująco, by roztopił się jak kostka cukru w gorącej herbacie.
一 Oh sí, sí, dam ci co zechcesz, tylko już przestań!
Sam był sobie winny, wiedział o tym doskonale.
Poduszeczka jego dolnej wargi utraciła swoją sztuczną biel, Milo zbyt często i niefrasobliwie zasysał się na niej i gryzł, ilekroć brakowało mu słowa (czyli dość często). W ten sposób również porządkował bezskutecznie gotowość ust do krzywienia się w uśmiechu, mimo, że tak naprawdę przecież nie musiał.
Lekko rozprostował palce, pozostawiając jednak ich dłonie złączone ze sobą na kolanie, chciał tylko poobtykać opuszką kciuka wewnętrzną, delikatniejszą część ręki Dylana wiedząc, że jest wrażliwsza na łaskotanie.
一 Postaram się nie wyglądać jak szczur, który wypełzł z kanału w porze deszczowej 一 zapowiedział się uroczyście, po tym, jak znacząco najpierw wciągnął powietrze głęboko do płuc, a później z widocznym opuszczeniem ramion odetchnął sobie od serca. 一 To moja pierwsza randka, tak w ogóle-w ogóle.
Wyznanie tego, z czego Dylan zapewne i tak zdawał sobie sprawę, przyszło mu łatwiej niż się spodziewał, może dlatego, że ciężar szczerości został odrobinę złagodzony przez śmiech. Przyklejony do twarzy infantylnie samozadowolony uśmiech i spojrzenie wciąż uparcie trzymające się ich dłoni dawały przedwczesny obraz tego, przez co Rivera miał przechodzić w kolejnych dniach; panika. Panika i satysfakcja.
Kliknął cicho językiem czując, że nie wytrzyma zbyt długo w bezruchu, ani z Gauthierem, który zaczynał przeciążać mu kolana.
一 W każdym razie cieszę się, że to ty. Że z tobą, i że to wszystko... 一 zawiesił głos, nie wiedząc jak to wszystko wyklarować ani co dokładnie miał na myśli - czy całą otoczkę związaną z zaproszeniem czy dosłownie każdy najbardziej błahy element ich obecnej codzienności. Zamiast szukać klarownej, werbalnej definicji czytelnej dla obu stron, Milo rozplątał ich palce i zanim Gauthier zdążyłby odebrać to jako zachętę do wycofania się, Milo delikatnie chwycił go za przedramię, lekko podrygującymi palcami badając delikatniejszą, wewnętrzną część podobnie, jak to wcześniej robił z jego dłonią. Sam natomiast przechylił się w przód pilnując, by niezależnie od tego jak bardzo był teraz niewygodny, Dylan nie spadł mu z kolan. Prawie zetknął się z nim czołem - prawie, bo różnica wzrostu w tej pozycji była znacząca i Rivera mógł co najwyżej z dość bliskiej odległości spojrzeć mu w oczy. 一 Powoli się oswajam.
Choć brzmiało to bardziej jak dziękuję za wszystkie rzeczy, na które być może sam Gauthier nie zwracał szczególnej uwagi, ale dla Milo były kamieniami milowymi w relacjach międzyludzkich.
Wydał z siebie bezgłośny, osiadający ciepłem na wargach Dylana śmiech, a mimo, że miał je od siebie na odległość krótszą niż pół płytkiego oddechu, tylko na nie spojrzał.
一 Powiesz mi, jeżeli cokolwiek będzie nie tak? Teraz, później, kiedyś?
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tymczasem uśmiechnął się zaczepnie, może nawet trochę groźnie, kiedy usłyszał wyciśniętą z niego zgodę w formie, jaka dawała mu więcej niż by się spodziewał.
- Co zechcę? Uważaj na to, co obiecujesz, ja nie zapominam, skarbie - ostrzegł, sięgając głęboko do swoich pokładów samokontroli by nie zacząć rozpływać się nad tym jak urokliwy był jego chłopak w stanie zakłopotania. Jego imię nigdy nie brzmiało tak melodyjnie jak kiedy wylewało się z ust Milo przy akompaniamencie niekontrolowanego śmiechu, a marne próby schowania się, tylko by ponownie złapać z nim kontakt wzrokowy, przekazujący mu więcej niż jakiekolwiek składne słowa, wywoływały w nim głęboką potrzebę wycałowania każdego centymetra jego twarzy. Powstrzymywał go przed nim tylko fakt tego, że prowadzili jeszcze dostatecznie istotną rozmowę mogącą zaważyć na planach randkowych, które na ten moment stanowiły dla niego priorytet.
- Uczepiłeś się tego... Po pierwsze, przestań obrażać mojego chłopaka. Po drugie, pierwotnym planem było zgarnięcie cię spod pracy bez ostrzeżenia, ale nie chciałem cię tak stresować, więc wiesz z wyprzedzeniem i to nie po to, żebyś znalazł sobie dodatkowy powód do stresu. Wyglądasz dobrze, będziesz wyglądać dobrze, ma ci być przede wszystkim komfortowo - dorzucił jeszcze, kiedy temat zakręcił z powrotem w stronę prezencji. Dylan coraz to bardziej zdawał sobie sprawę z głębokości dna na jakim leżała samoocena Rivery i zaczynał widzieć wyłowienie jej jako nowe, bardzo naglące zadanie. Zgiętymi palcami dłoni, która nie była zajęta przez rękę Milo, przesunął tuż pod linią jego szczęki, głaszcząc bok szyi, by nie naruszyć precyzyjnie nałożonej farby. I tak kolorowa maska nie miała przetrwać za długo, między zgryzieniem jej z ust już w pierwszych sekundach, rozmazaniem wzoru na czole i skruszaniem przez nieopanowaną mimikę twarzy, Gauthier już żegnał się ze swoim małym projektem plastycznym. Następnym razem będzie musiał zainwestować w lepsze farbki. - Resztę zostaw mi. Pierwsza z wielu i zrobię wszystko, żeby była warta zapamiętania - obiecał bez najmniejszego przejęcia faktem, że właśnie nakładał na siebie coraz większą presję. Chciał się dla niego postarać, zwłaszcza że kopnął go zaszczyt by zaprosić go gdzieś jako pierwszy. Nie domyślił się, pomimo otrzymania informacji na temat jego braku doświadczenia związkowego nie wybiegał myślami dość daleko by dopowiadać sobie resztę historii i o ile nie robiło mu to większej różnicy, teraz zamierzał stanąć na głowie, by Milo bawił się dobrze.
Przechylił się w przód by pokonać resztę dzielącej ich przestrzeni i stuknąć go czołem, chętnie łapiąc z nim kontakt wzrokowy i rozprostowując palce u nasady jego szyi. Nie na karku, tam nie zapędzał się nieproszony, a nachodząc połową dłoni na obojczyk i gładząc kciukiem skórę tuż pod jabłkiem Adama. Uśmiechał się do niego łagodnie, naturalnie, zwyczajnie ciesząc się chwilą, nawet kiedy otrzymał pytanie, na które miał ochotę wskoczyć prosto w niedowierzanie i zapewnianie go, że przecież wszystko pójdzie dobrze. Zamiast tego dał sobie moment na przyswojenie jego niepewności i wzięcie jej na poważnie. Nie chciał go zbywać.
- Jakby cokolwiek mi nie pasowało, dowiesz się o tym jako pierwszy, od razu - zapewnił go, porzucając wcześniejszy, żartobliwy ton głosu. - I liczę na to samo w zamian - odparł, by mieć całkowitą klarowność co do tego, na czym stali. - Teraz wszystko gra. Jesteś tylko odrobinę za daleko - podzielił się pierwszą krytyką jaką względem niego miał, skoro już sam o nią poprosił. Nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, że dosłownie na nim siedział, od dobrej godziny przyszpilał go do kanapy i chyba musiałby się na nim całkowicie położyć, żeby wypełnić swoją definicję dostatecznej bliskości.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Przez krótki okres w którym mieszkał sam, zmagając się z podwojonym czynszem i opłatami, poznał się dobrze z własną obecnością, sam nadawał rytm życiu w znajomych czterech kątach pod sympatyczną dwunastką, ale w chwilach, w jakich nie miał siły na samodzielne odbarwianie ponurej atmosfery gnieżdżącej się tam, gdzie nie dosięgała muzyka ani odblask telewizora, zauważał zalegającą, ciężką pustkę.
Teraz, nawet gdy sam nie angażował się w tak często w domatorstwo i przemykał przez pokoje w pośpiechu, pustki nie było. Na jej miejsce wkradły się wyraźne ślady współistnienia Dylana, nie zawsze fizycznie, ale wciąż obecnego w postaci porzuconych bluz, drugiego pustego kubka obok tego, z którego zeszłego wieczora Milo pił herbatę czy karteczki na papierze śniadaniowym w jaki zawinięto kanapkę, z przypomnieniem, by zabrał ją ze sobą zanim wyjdzie z domu.
Gauthier wpasował się we wszystkie luki, których Rivera nie był w stanie wypełnić samodzielnie, nieinwazyjnie, bardzo naturalnie i tak, jakby w gruncie rzeczy był tam od zawsze.
Słuchając go jednym uchem - był senny i gdyby nie mrowiące, odrętwiałe kolana pewnie zacząłby odpływać już jakiś czas temu - Milo kiwał cierpliwie głową, rozdawał uśmiechy, czasami mruknął na tak, czasami na nie, nie zwracając uwagi na to, że poniekąd potwierdził swoją kapitulację i dał Gauthierowi niebezpieczną broń do ręki.
一 Przypomnę ci te słowa. Nie wiem kiedy, ale nie omieszkam wykorzystać 一 mruknął dopasowując się do konwencji, nie chcąc demilitaryzować swoich możliwości w stu procentach. Tym sposobem obaj zyskali cenne karty przetargowe na przyszłość, co przy ich uporze i pamiętliwości prawdopodobnie miało szansę nabrać kształtów i koloru. Stuknięcie czołem przyjął jako zachętę; odpowiedział mu tym samym, barankując jak zaczepiony przyjaźnie kot.
I o ile przed momentem był rozkosznie bezkostny, wyciągnięty na kanapie, przygnieciony Gauthierem i senny, tak w chwili w której palce Dylana przywitały się próbnie z jego jabłkiem Adama, Milo wstrzymał oddech.
Momentalnie coś w jego rozespanym spojrzeniu uległo zmianie, nie w sposób widowiskowy i możliwe, że niezauważalny na pierwszy rzut oka, a delikatny akcent krągłej wypukłości krtani drgnął pod kciukiem mężczyzny gdy przełknął ślinę.
Odczucie nie było inwazyjne - nie było też do końca zrozumiałe i przez chwilę Rivera debatował nad jego naturą, dostrzegając podobieństwo z sytuacją z Bowiem na zapleczu Simpy Fix It. Spłycony oddech, suchość w ustach, przyspieszona akcja serca, co odbiło się pierwszym bardziej zauważalnym sygnałem w postaci rozszerzonych źrenic, paru plam różu pod białą farbą - i Milo już wiedział w czym rzecz.
W pewnym sensie przynajmniej.
一 Czekaj. 一 Lekko zmarszczył brwi i chwycił go najpierw za nadgarstek, potem za rękę i opuścił je obie w komfortowo neutralne miejsce na swojej piersi. 一 Okay, więc... chciałem powiedzieć, żebyś się nad tym za bardzo nie łamał. Nad randką 一 dodał dla jasności, nie wychodząc z wyjaśnieniem powodu dla jakiego przepłoszył dłoń Dylana ze swojej szyi, w dodatku ze strefy dotąd uznawanej za terytorium akceptowalne. 一 Mógłbyś mnie zabrać choćby do Subwaya i też byłbym zadowolony. Pod warunkiem, że nie skończyłoby się im jalapeño, wtedy mógłbym być rozczarowany.
Prawda była taka, że Rivera od dawna pchał się wszędzie tam, gdzie istniał choćby cień szansy na spotkanie Gauthiera. Znienawidzone domówki, na których albo sunął za nim jak upiorny, aspołeczny cień albo obserwował go z kąta jak rasowy stalker, znad książki lub telefonu. Kilka treningów drużyny koszykarskiej, na które trafił zupełnym przypadkiem bo miał coś do załatwienia w okolicy. Klaustrofobiczna kawiarenka, której wifi posysało i aby utrzymać pozory, łączył się z siecią swoim podstawionym pająkiem połączeń między jednostkami w okolicy, kiedy udawał, że spędza tam czas siedząc nad projektem na studia, siedząc z laptopem i bezkofeinową kawą. Bo Dylan czasami tam zaglądał, czasami przysiadał się i zagajał rozmowę, a Milo między jednym słabym żartem a drugim wyobrażał sobie, że tak właśnie mogłaby wyglądać ich randka. Nigdy mu o tym nie powiedział.
To jednak miało miejsce zanim sytuacja się wyklarowała. Teraz został zaproszony oficjalnie i to zmieniało absolutnie wszystko.
一 Dylan, literalnie miażdżysz mi kolana, jak to miałoby niby być za daleko? 一 sarknął w odpowiedzi, nie zauważając oczywistej aluzji. Klepnął go nawet w udo poganiając, by uwolnił go wreszcie zanim całkiem odetnie mu krążenie. 一 Korzystam z nowej funkcji i sygnalizuję: złaź zanim sparaliżuje mnie od pasa w dół.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Między bezwstydnym pakowaniem się w jego personalną przestrzeń było też miejsce na czytanie prostych komunikatów sprzeciwu - jak teraz, kiedy bez oporów dał mu przesunąć swoje dłonie tam gdzie były mile widziane i zamiast macać mu szyję pogładził dłonią jego bok. Uczył się, z dnia na dzień dowiadywał się nowych rzeczy, lepiej czytał jego gesty i mimikę twarzy, znajdywał gdzie dokładnie leżały wytyczone granice i co tak właściwie mógł w ich obrębie zrobić. Dotyczyło to zarówno strefy fizycznej, jak i emocjonalnej, drażliwych tematów i oznak zmęczenia czy przebodźcowania - kiedy mógł go zagadać, a kiedy lepiej było zostawić mu miskę z obiadem do odgrzania i usunąć się do swojego pokoju. Działało to też w drugą stronę, Milo zdawał się rozumieć go coraz lepiej i czasem wyłapywał coś zanim sam Dylan zdał sobie z tego sprawę.
- To już mamy plan na randkę numer dwa - zgodził się z opcją Subwaya, posyłając mu łagodny uśmiech i przesuwając badawczym wzrokiem po jego twarzy, by sprawdzić czy wcześniejszy problem z ułożeniem jego dłoni został rozwiązany. Zamiast tego dowiedział się o nowym dyskomforcie, przez który prawie roześmiał mu się prosto w twarz. Po krótkim mignięciu zaskoczonego uśmiechu na imponujący unik przed zgrabnie zapakowaną sugestią, pochylił się by przelotnie cmoknąć go w zakryte farbą wargi i przetoczył się na bok, wracając na swoje wcześniejsze miejsce na kanapie. Tym razem jednak zamiast na niej klęczeć, wyłożył się plecami na reszcie wolnych poduszek, jedną nogę spuścił na podłogę, a drugą zgiął w kolanie i przechylił w stronę oparcia, by nie zablokować sobie widoku Milo, wsuwając stopę pod jego udo. Robiąc sobie poduszkę z własnego zgiętego ramienia rzucił mu uważne spojrzenie i zmrużył oczy, jakby dopiero coś do niego dotarło, a na usta wciągnął obruszony grymas.
- Czekaj. Czy ty sugerujesz, że jestem gruby? - podłapał najbardziej oburzonym tonem na jaki było go stać, nie spuszczając z niego wzroku jakby faktycznie oczekiwał odpowiedzi. Jednocześnie miał okazję obejrzeć jego wymalowaną czaszkę z nowej perspektywy, na wpół zadowolony ze swojej pracy, a na wpół chcąc wysłać go do łazienki z wacikami, żeby odzyskać możliwość oglądania jego twarzy bez maski z warstwy farby. Zwłaszcza przy ciepłym świetle salonowej żarówki, w wygodnym dresie i ze związanymi włosami, odpoczywającego po całym dniu w stanie półciekłym.
- Śpisz dzisiaj u mnie? - zaoferował spokojniejszym i cichszym tonem, powoli spuszczając z tonu by dostosować się do późnej godziny i faktu, że niedługo musieli się kłaść. A przynajmniej Milo musiał, sam teoretycznie mógłby posiedzieć dłużej, jednak od samotnego siedzenia nad laptopem zdecydowanie wolał opcję zapakowania się w nim do łóżka. - Śpij u mnie - dodał już mniej pytającym, a bardziej proszącym tonem, wznosząc palce u stopy by trącić od spodu jego udo. - Będę grzeczny i obiecuję wykopać cię z łóżka o piątej - dorzucił, już mentalnie układając sobie wkoło tego dzień. Nie miał najmniejszego problemu ze wstawaniem o nieludzkich godzinach ze względu na sympatię do biegania po pustych ulicach miasta i chociaż ze względu na coraz niższe temperatury dostawał na to coraz mniej okazji, jego wewnętrzny budzik dalej sprawnie potrafił wyciągnąć go z głębokiego snu. Zmiana pozycji na horyzontalną przypomniała mu o wcześniejszym znużeniu, a wygodna kanapa dodatkowo rozluźniała jego mięśnie spięte po całym dniu pracy i późniejszym manewrowaniu pędzlami. Na dobrą sprawę byłby gotowy zasnąć tu i teraz, do pełni szczęścia brakowało mu tylko tego, by Rivera był trochę bliżej.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Wciąż jednak nie potrafił otworzyć się w pełni, nadal upatrywał jakichkolwiek przesłanek do nieufności, czekając w nieustannym czuwaniu niby szpilką, aż znajdzie się miejsce w jakie trzeba ją będzie wkuć. Wciąż nerwowo reagował na ciszę, bo w jego wypadku zwykle nie była niczym dobrym; oznaczała powolne wypalenie zainteresowania, dystans i stawała się ostatnim etapem tuż przed odejściem, których miał za sobą zbyt wiele. Nie znał za dobrze innych jej rodzajów i nie wiedział, że mogła również oznaczać bezpieczeństwo i niewymagającą słów obecność.
Peszył się przy niezapowiedzianej bliskości, ale jednocześnie przynajmniej w tej dziedzinie powoli zaliczał progres, bo przestał wymagać anonsowania chęci nawiązania zwyczajnego dotyku. Wzdrygał się tylko czasem, za to nie uciekał już tak panicznie i nie rejterował do własnej sypialni.
Rzadko wychodził z inicjatywą, choć był jej coraz bardziej ciekaw widząc jak Dylan entuzjastycznie przyjmuje wszystko z czym do niego przychodził, każdy ledwie wyczuwalny dotyk palców na wierzchu dłoni, głowę opadającą mu na ramię, ilekroć zasypiał podczas wieczornego seansu, ale opierał się przed przyznaniem, że odpływał. Zachęcał go po prostu nie wymagając i chyba właśnie dzięki temu Rivera zaczynał czerpać z tego satysfakcję.
Oczy, choć zmęczone i w umęczonym konturze ciemniejszej obwódki (jakimś cudem widocznej nawet przez farbę, jakby niedospanie potrafiło przełamać biel) pojaśniały w zadowoleniu na akceptację Subwaya jako kolejnego celu, Milo nawet przemruknął coś niewyraźnie pod nosem; było kilka miejsc, które lubił niezależnie od miasta i jednym z nich był popularny bar z kanapkami. Omijał natomiast Taco Bell szerokim łukiem twierdząc otwarcie, że to podróba i kpina z meksykańskiej kuchni.
Lubił też przydrożne knajpy, w jakich za parę dolarów można było porządnie zjeść i zasięgnąć języka, bo o tyle o ile był beznadziejny gdy chodziło o small talk, tak jeżeli naprawdę potrzebował coś załatwić był w stanie przełamać barierę i zagadnąć miejscowego pytaniem o drogę.
Najbardziej jednak lubił, kiedy Dylan przejmował kuchnię i obligował go do trzymania się swojego stołka, podczas gdy sam kroił, siekał, podduszał i smażył, dyrygując żołądkiem Rivery jak dyrygent orkiestrą.
Gauthier przechylił mu się na kolanach i kiedy myślał już, że po prostu zlituje się i zwróci mu krążenie w nogach, niespodziewanie mężczyzna wychylił się i wręcz dosłownie skradł mu płytki pocałunek, na który Milo sapnął mu ze zniecierpliwieniem między wargi. Ale odpowiedział - skubnięciem. Ledwo-ledwo, ale zawsze.
Patrzył spod rzęs (na tych na prawym oku miał trochę farby) na to jak Dylan układał się na kanapie, jak gimnastykował, żeby wciąż móc na niego spoglądać i dopiero gdy przestał się wiercić, a jego stopa bezczelnie wcisnęła mu się pod udo, westchnął, pozwolił głowie opaść w tył na oparcie kanapy i na moment zamknął oczy; miał ochotę rozmasować sobie obiema dłońmi policzki, ale przez radosną twórczość Gauthiera musiał się powstrzymać.
Stopie pozwolił zostać na miejscu, bez komentarza.
一 Hmm? 一 wymruczał jakby nie dosłyszał, przekrzywiając głowę i uchylając jedno oko. W sam raz, aby dać się złapać na spojrzenie golden retrievera, na jakie niestety nie miał jeszcze żadnej skutecznej metody samoobrony. Coś zassało go w żołądku, coś ucisnęło w piersi, gdy mierzył go twardo wzrokiem, walcząc z samym sobą heroicznie acz zupełnie bezcelowo.
Kurwa, wiedział. Na pewno wiedział, cholera by go.
一 Chyba jestem za miękki 一 przeszło mu przez myśl, zanim wyraził się na głos:
一 Zasnę gdziekolwiek.
Co w jego języku oznaczało u ciebie też choć jeszcze chwilę temu miał na ten temat zgoła odmienne zdanie.
Pomimo że ich staż jako pary liczył sobie kilka tygodni, w sypialni Dylana spędził najwyżej dwie lub trzy noce. Czasami lakonicznie odpowiadał, że może zajrzy trochę później (co po przełożeniu na język powszechny sugerowało, że tego nie zrobi), niekiedy wprost oznajmiał, że nie dziś. Powodem nie była niechęć wobec bliskości czy Dylana samego w sobie; Rivera albo całym sobą angażował się w projekty, które zjadały większość jego nocy i zwyczajnie nie kładł się spać w ogóle, albo nie czuł się tak, jakby jego wizyta była jakkolwiek praktyczna, skoro i tak mieli jedynie przespać do rana. Mógł go przecież zaczepić rano, zrobić mu kawy, skubnąć za koszulkę założoną tył na przód.
Dzisiaj, zwłaszcza po prysznicu wyjątkowo miał ochotę na odrobinę fizyczności, na obecność drugiego, ciepłego ciała przy swoim i terapeutycznie uspokajający oddech Dylana, do którego dopasowywał swój własny i dzięki temu łatwiej mu było zasnąć.
Drugi prysznic tego wieczora zmienił go w rozmiękłą imitację człowieka, parującą jeszcze gorącem, pachnącą ulubionym, cynamonowym żelem pod prysznic i zostawiającą mokre ślady, bo oczywiście nie kłopotał się wytarciem stóp. Dwie łezki wody spłynęły mu po gołych łydkach, widocznych dzięki cudacznie krótkim, sięgającym kolan szortom w biało-granatowe paski, twarz miał natomiast zaczerwienioną od mycia, a chmurkę włosów wilgotną od pary. Półprzytomne spojrzenie zapowiedziało katastrofę; Milo obił się o framugę i biurko jak ślepa foka, zaklął cicho, przetarł oko nadgarstkiem i wzdrygnął się czując, że jedna licha koszulka wygrzebana z dna szafy nie wystarczała, by utrzymać go w cieple.
一 Od ściany 一 wymruczał w przestrzeń, cicho i sennie. 一 Nie, bardziej... tak 一 zmieniał zdanie bez przekonania, gdy już na kolanach i rękach wędrował poprzez połać materaca w wymarzonym kierunku, cudem omijając nogi Gauthiera. 一 I ten... cicho być, hmm? 一 ciągnął dalej, chyba nawet nie mając świadomości, że mówił na głos. Zawinął się ciasno w kokon, obrócił plecami do Dylana i znieruchomiał dość szybko, z cichym, ale długim westchnieniem świadczącym wreszcie o wygodzie i zadowoleniu. Pościel była zagrzana, materac odpowiednio miękki, a poduszka pachniała szamponem, którego używał tylko Gauthier, a za jakim Milo skrycie przepadał. Zauważył jednak po pierwszej próbie, że na nim samym efekt był zupełnie inny.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zbliżające się kroki i pierwsze głuche uderzenie odciągnęły wzrok Dylana od ekranu komórki i przyciągnęły go w stronę drzwi i na wpół świadomego mężczyzny obijającego się o meble. Szczerze nie potrafił zrozumieć tego fenomenu - jego łóżko nie zmieniło miejsca ani o centymetr od kiedy ten widział je ostatni raz, a światło padające z przytwierdzonej do ściany lampki obejmowało łagodnym blaskiem cały pokój. Obserwował go wpół leżąc, przykryty do pasa i oparty o ścianę, ze śladami po farbie zmytymi z twarzy i dłoni, chociaż niezmiennie bez górnej części garderoby. Po wklepaniu awaryjnego budzika zablokował urządzenie i odłożył je na stolik nocny do ładowania, w międzyczasie wyciągając przed siebie nogi by Milo nie nadział się na jego kolano podczas swojej wędrówki na miejsce od ściany. Skoro senność potrafiła zmienić go w mamroczącą, oderwaną od pełni zdolności kognitywnych kluskę, Dylan zaczął zastanawiać się do jakiego stanu mogłaby doprowadzić go trawka. Musiał kiedyś to sprawdzić. Rzucając mu rozbawione spojrzenie poprawił sobie poduszkę i zgasił światło, po czym zsunął się na plecy, znacznie bardziej zrelaksowany niż kiedy sypiał sam, nawet jeśli obecność drugiego człowieka oznaczała mniejszą przestrzeń na materacu i potencjalną wojnę o kołdrę. Przez krótką chwilę wpatrywał się w zwiniętą kulkę, pomrukiem potwierdził jego wymóg ciszy i naprawdę planował się do tego dostosować. Niedługo.
Wraz z ustaniem szelestu pościeli w pokoju nastała cisza, zdaje się całkowity spokój, chociaż Gauthier, cały czas leżący z otwartymi oczami i zagryzający policzek w zastanowieniu, planował go odrobinę zakłócić. Przesunął się bliżej Milo aż nie przyległ do jego pleców, obejmując go wkoło brzucha, by przyciągnąć go bliżej swojej klatki piersiowej, i opierając podbródek o jego bark, by nie chuchać mu prosto w kark.
- Milo~ - zaczął szeptem, testowo, ciekaw czy był w stanie wciągnąć go w rozmowę zanim ten całkowicie odpłynie. Jedna rzecz z ich wymiany zdań w kuchni nie dawała mu spokoju i chociaż wcześniej odpuścił temat, nie potrafił całkowicie przestać o nim myśleć. Wręcz przeciwnie, miał okazję myśleć o nim intensywniej i potrzebował odpowiedzi. - Zaraz dam ci spać, nie kop - zapowiedział, jakby to miało zapewnić mu jakiekolwiek bezpieczeństwo przed potencjalną agresją. - Próbowałeś się kiedyś malować, co nie? - podpytał, z jakiegoś powodu naprawdę zawieszony na tej jednej, teoretycznie mało istotnej kwestii. W jego głowie otwierało to jednak wiele możliwości. Po rozminięciu się z nim przy obiedzie, tym razem wybrał mniej konkretną wersję. Wtedy był jeszcze zawieszony na tradycyjnych czaszkach, teraz sięgał bardziej tam, gdzie Rivera z jakiegoś powodu nie chciał go wpuścić. Później da mu spać. W tym wszystkim miał tylko nadzieję, że w zamian pozwoli mu zostać w tej pozycji aż oboje nie zasną.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Prawe kolano nadal mrowiło, gdy układał się od strony ściany, gdzie padł jak bezkostny sznycel i przeciągnął się ostatni raz całym ciałem, na modłę kota przymierzającego się do drzemki. Problem polegał na tym, że kiedy już zamknął oczy, otarł się o pierwszą falę senności i czekał, aż przyjmie go kolejna, poczuł ciasno oplatające go pod żebrami ramię i oddech ślizgający mu się przez chwilę po karku. Aż wzdrygnął się cały i syknął, jedną stopą sunąc ostrzegawczo po łydce Gauthiera, sygnalizując, że na takie rzeczy się nie umawiali.
Ale potem Dylan rozluźnił nieco uścisk, przestał chuchać mu w potylicę i Milo odkrył, jakimś ostatnim rzutem przytomności, że posiadanie za sobą rozgrzanego jak piekarnik mężczyzny, kompletnie topless co prawda, ale utrzymującego temperaturę i przyklejonego do pleców, było całkiem przyjemne.
Nie odpowiedział od razu, przez dłuższy moment po prostu leżąc w bezruchu, skupiony na niczym, cudownie lekki i utrzymywany w cieple, do jakiego zwykle lgnął w naturalnym odruchu.
一 Mhmm 一 wymruczał prosto w poduszkę, rozkosznie miękką i obłożoną w gładszą niż jego własna poszewkę. Nie przewidział, że Dylan tak szybko odkryje jego słabość i zechce wykorzystać ją dla własnych celów; Milo znajdujący się jedną nogą we śnie był niebezpiecznie bliski zdradzenia wszystkich bliskich sercu sekretów, których w innych okolicznościach nie wyciągnąłby na światło dzienne.
Nastąpiło małe poruszenie - ręka Gauthiera zaczynała mu ciążyć, mimo to nie chciał całkowicie się jej pozbywać skoro już plus minus przywyknął, miotnął się zatem raz i podciągnął ją sobie wyżej, by jej waga nie opierała się wyłącznie o kilka żeber.
一 Eyeliner. Lubię eyeliner 一 dopchnął urywkowo uprzednie bezkształtne przemruknięcie, niepomny, że na policzku właśnie odbijała mu się koronka poduszki. 一 Mam rozświetlacz... Dylan, wiesz co to jest rozświetlacz? 一 bredził ledwo wychodząc ponad szept, jedną stopą odnajdując plątaninę nóg Gauthiera; wetknął mu ją między łydki, zimną i złaknioną ciepła. 一 Błyszczy na skórze 一 wyjaśnił rzeczowo, kokosząc się już bardziej dla przyjemności niż z konieczności. 一 Wygląda... ładnie.
Po tym nastąpiła przerwa, następnie głębokie, urywane westchnienie, jakie zwykle człowiek wydawał z siebie gdy przychodziła ulga. Nie wiedział kiedy, bo podobnie jak większość rzeczy, które zrobił po wślizgnięciu się pod kołdrę wykonał nieświadomie, na oślep odnalazł dłoń Dylana i splótł jego palce ze swoimi, jakby tym sposobem przypieczętował pozycję i zagwarantował sobie stałą obecność jego ciężkiego ramienia wokół siebie.
Kolejne parę minut upłynęło w miękkiej ciszy, takiej o łagodnych krawędziach, mierzonej oddechem a nie wskazówką zegara i wydawało się, że Rivera nie powie już nic więcej. Jego stopa znieruchomiała wsunięta w kolejny uścisk, o jaki sam się dopraszał chwilę temu i też najwyraźniej nie zamierzała w najbliższym czasie się z niego uwalniać. Milo rozluźnił się wyczuwalnie w ramionach Gauthiera i obyło się o dziwo bez zwyczajowego spięcia w okolicy ramion, które towarzyszyło mu na ogół nawet wtedy, kiedy poddawał się ostatecznie dylanowym potrzebom nawiązywania kontaktu innego niż słowny.
一 Ale wiesz tylko ty. Teraz.
Nie powiedział nikomu, choć wydawało mu się, że odkąd podpytał Liana o odpowiedni odcień rozświetlacza pasujący mu do karnacji, ten coś podejrzewał, posiadał jednak wystarczające wyczucie aby nie indagować przesadnie. Mei zapytał swoją dziewczynę, a ta nie tylko podpowiedziała mu, że powinien szukać ciepłych odcieni i złota, ale również podzieliła się pełną listą marek, które sprawdziła na własnej skórze.
一 Chciałem wyglądać ładnie.
Z jakiegoś powodu w opozycji do znacznie lżejszych w odczuciu urywków tej części jego życia, które brzmiały po prostu jak wstydliwe wyznanie mamrotane przez sen i półuśmiech, to jedno brzmiało w jakiś nieoczywisty sposób ciężej, choć pogrążony w niepełnym letargu Milo tego nie odczuł. Zmarszczył się tylko na twarzy, łukowatymi, ciemnymi brwiami i zadartym nosem, sapnął przez uchylone usta w poduszkę i poruszył się ledwo wyczuwalnie.
Czarna, króciuchna kreska po którejś z kolei próbie wreszcie trzymała się kącika oka, co więcej, znajdowała się na tej samej wysokości i posiadała identyczny kierunek co jej siostrzane odbicie z drugiej strony. Nie miał wprawy w trzęsącej się ręce, ale miary kątów oraz zdolność kreślenia idealnie prostych linii przy tworzeniu blueprintów i pisma technicznego opanował do perfekcji - wychodziło na to, że makijaż nie różnił się tak bardzo od tego co znał, musiał to jedynie przełożyć na coś, co kojarzył i rozumiał.
Spojrzał na siebie w lustrze, początkowo nieśmiało, z oporem, tak, jakby sama myśl o tym co robił była absurdalna i niebezpieczna, walcząc nadal i od samego początku z pragnieniem poddania się i zmycia z siebie tuszu.
Patrząc na odbicie nie widział siebie jako całości - po prawdzie to często tak było, jakby był z natury niezdolny do upatrywania w zbiorach czegoś większego - i dostrzegał potargane, dosychające po prysznicu loki, których układanie zajmowało zbyt wiele czasu, a z których nigdy nie był do końca zadowolony, widział skórę napiętą na opalizujących od rozświetlacza kościach policzkowych, ciemniejszą o przynajmniej jeden odcień niż satysfakcjonujący, wedle osobistych preferencji i spojrzenia koordynowanego przez media i społeczne standardy odkąd zaczął zwracać na to uwagę, oraz bijący po oczach, ewidentny brak poczucia własnej wartości.
Mimo to te ledwo widoczne pociągnięcia tuszem niknące za przepierzeniem rzęs i złote drobinki rozświetlacza w cichości ciasnej łazienki sprawiły, że przez bardzo krótki moment Milo przyglądał się sobie z czymś nowym, poza typową niechęcią i zrezygnowanym, ciążącym mu zmęczeniem.
Nigdy nie był tym filmowym, przesadnie romantyzowanym typem śpiącego człowieka, który z godnością pogrążał się w letargu, lekko i łagodnie jakby zapadał się w suchy piasek. Nie, Milo zasypiał jak ktoś, kto nagle wpadał w sen jak kamień w wodę, mącąc ją na odchodne lekkim podrygiwaniem stopy uwięzionej między łydkami Gauthiera, cichymi, zupełnie pozbawionymi formy i sensu urywkami słów rzucanymi w przestrzeń i zawijając się ciasno swoim fragmentem kołdry. Do tego po paru minutach zaczął ślinić się na poduszkę i kilka razy chrapnął, choć na granicy słyszalności. Jego zwykle płytki sen przy Dylanie wyczuwanym nawet wówczas, gdy jego trzeźwa strona wyłączała się na czas spoczynku, zamieniał się w głębszy i bardziej stały, bez przystanków w postaci pobudek w środku nocy i zrywów, które najczęściej pojawiały się blisko poranka ilekroć spał sam.
Jego ciało było świadome obecności Gauthiera i chętnie lgnęło do niego bez udziału woli, czy to wtedy, kiedy we śnie obracał się na plecy i Milo przysuwał się do niego z powrotem, czy wtedy, gdy wpychał się mu głową pod brodę. Nocą, po uśpieniu przeszkadzających procesów jakie towarzyszyły mu zwykle w dzień, Rivera stawał się łatwiejszy we współprzebywaniu, łagodniał i nie opierał się bezpiecznej ciepłocie, ciasnocie dwóch zwiniętych pod przykrótką kołdrą ciał, dopasowywał oddechy do wspólnego rytmu i podświadomie otwierał się na dotyk, z Dylanem zawsze cierpliwym, nigdy apodyktycznym, naturalnym, bo z obu stron wiedziony niczym więcej jak naturalnym odruchem. I tam gdzie jego temperament, zdziczałe nawyki i doświadczenia uczyniły go ostrym na krawędziach, wyrozumiałość Gauthiera szlifowała go na gładko bez szkody, pozwalając odkryć, że delikatność nie oznaczała pełnego rozbrojenia, a zaufanie nie zawsze musiało kończyć się nożem wbitym w plecy.
Dylan Gauthier
-
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zgaduję, że coś świecącego - odparł na jego pytanie, nawet jeśli domyślał się, że jego dalszy wkład w tę rozmowę nie był do końca wymagany. Prawdę powiedziawszy wątpił, by Rivera był w tej chwili w stanie zarejestrować na ile faktycznie mu odpowiadał, podobnie jak niezbyt aktywnie rejestrował obecność znajdujących się na jego drodze mebli. Kolejne wyjaśnienia złożyły mu się w głowie w najzwyklejszy brokat i to całkowicie wystarczyło by uśmiechnął się do ściany na samą myśl o połyskujących drobinkach na jego skórze. I tak czasem już świecił, w wyjątkowo bezchmurne dni, gdy słońce padało pod odpowiednim kątem, Dylan potrafił zawieszać się na odcieniach złota przebijających na jego policzkach, dłoniach czy czubku zadartego nosa.
- Chciałbym cię w nim kiedyś zobaczyć. Jakbyś miał ochotę - szepnął, dając przestawiać się jak mu się żywnie podobało i przyjmując miłe zaskoczenie w postaci dłoni zamykającej się wkoło swojej własnej. Łagodnie ścisnął jego palce, wypuszczając nosem krótki, rozbawiony oddech na tknięcie ciepła w okolicy serca. Był słaby i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a każdy kolejny dzień spędzony z Milo jedynie go w tym utwierdzał. Przyciągał jego wzrok od dawna, praktycznie od pierwszego dnia wpadł mu w oko na czysto fizycznej płaszczyźnie, z dodatkowym bonusem w postaci przyjemności w obyciu i poczucia humoru, z których sam czasem nie zdawał się sprawy. Po pierwszym, powierzchownym zainteresowaniu, o krok bliżej przyciągnęła go jego autentyczność, pasja i to jak nieskomplikowane było przebywanie w jego towarzystwie, stąd orbitowanie wkoło Rivery przyszło mu tak naturalnie jak oddychanie, podobnie jak coraz częstsze ciągnięcie go ze sobą wszędzie, gdzie mógł. Dotarło to tego poziomu, że jego bliscy znajomi zaczęli robić sobie żarty z jego nowego chłopaka na długo zanim sami dali radę to przegadać. Z kolei od tego momentu zmieniło się jednocześnie wiele, jak i tyle co nic, z codziennym życiem opartym na fundamentach wybudowanych jeszcze zanim mógł oficjalnie nazywać go swoim, z sercem grającym can-cana tak samo jak kiedy pozwalał sobie uwierzyć, że przypadkowy gest mógł znaczyć coś więcej. Z tą różnicą, że teraz mógł trzymać go w ramionach, znał smak jego ust, a drobne, nawet nieświadome, czułości ze strony Milo upewniały go w przekonaniu, że życie doprowadziło go dokładnie tam, gdzie powinien być.
- Na pewno wyglądałeś zjawiskowo - zapewnił go lekkim tonem, dopiero po krótkiej chwili łagodnie marszcząc brwi i przysuwając się jeszcze odrobinę bliżej jego pleców, z nosem trącającym jego policzek. Słowa mężczyzny brzmiały gorzej po dwukrotnym obróceniu ich w myślach. - Zwykle wyglądasz - dodał powoli, niemalże zaskoczony, że musiał to podkreślać, kiedy dotarło do niego podszyte znaczenie tego wyznania. Czy było to nieskładne mamrotanie sennego umysłu, czy szczere myśli obudzonego Milo, uciekające teraz bez jego kontroli, nie pierwszy raz zderzał się z sugestią na jakim poziomie znajdowała się samoocena jego chłopaka. Chciał, by ten dał radę zobaczyć się jego oczami, docenić samego siebie, zrozumieć jak pięknym człowiekiem tak naprawdę był. Jednak była to rozmowa na później, na dłużej, jako że zamierzał wracać do niej tak często jak było trzeba, by podbudować go poziomu samoakceptacji, na którym serce Dylana przestałoby pękać przez rzucone bezmyślnie komentarze. I dalej, bez zmian, bo nie wyobrażał sobie czasu, w którym dałby radę trzymać język za zębami w kwestii komplementowania mężczyzny w swoich objęciach. - Dobranoc, mon cœur - mruknął ledwo słyszalnie, kiedy poczuł jak ten rozluźnia się na poduszce. Dołączył do niego niedługo później, odpływając w komfortowy, głęboki spoczynek, i zawijając się wkoło mężczyzny jak zwykł to robić ze swoją poduszką lub czymkolwiek, co akurat wpadło mu w ręce. Dodatkowy ciężar na materacu i ciepła postać przyciśnięta do jego ciała pomagały odgonić wszelkie cienie czyhające na obrzeżach świadomości, niechciane wspomnienia w gorsze noce potrafiące wyrwać go ze snu i utrzymać na nogach do wschodu słońca. Nieświadoma migracja po niewielkim łóżku oddalała ich od siebie i ponownie przyciągała, zawijała wkoło nich pościel, spychała z poplamionych śliną poduszek, przenosiła na sam skraj materaca i powrotem pod ścianę, jednak zawsze ich dłonie znajdywały się wzajemnie, a ciała układały się w zgodzie jak dwa dopasowane puzzle. I chociaż czasem kończył z pokopanymi łydkami i odrętwiałą ręką, nigdy nie wysypiał się lepiej.
/zt x2
Milo Rivera