021.
I said I'm fine
when I'm not really fine.
Ostatnie dwadzieścia godzin było kurewsko ciężkie. Chociaż kurewsko to wciąż niewystarczająco słowo, by określić to wszystko, co się stało. Żadne słowo nie było odpowiednie. A przynajmniej dla Pilar, kiedy w końcu dowiedziała się wszystkiego, co się stało.
Kiedy obudziła się w środku nocy — już o wiele bardziej spokojna, też ze względu na leki — zaczęły do niej powracać poszczególne wspomnienia: Bar, drink, łazienka, Dalton, stacja, a potem przeklęty motel. Zaczynały wracać wspomnienie jego dotyku na jej nagiej skórze, jak całował ją, jak przygryzał i dotykał. Wszystko to, co ciało pamiętało cały czas, głowa odkrywała jak poklatkowy film, z którego ktoś wyciął poszczególne sceny.
A potem znowu dostała ataku paniki.
I znowu trzeba było jej podać leki nasenne.
Rano wcale nie było lepiej, bo jeszcze przed dziewiątą przyszła do niej Martinez i zaczęła przesłuchanie. Dobrze wiesz Pilar, że muszę spisać twoje zeznania. Widziała ból w oczach koleżanki po fachu, kiedy wypowiadała to zdanie, cały ten strach i cierpienie. I chociaż z początku nie chciała opowiedzieć Stewart o wszystkim, Pilar jasno określiła warunki, że zacznie gadać dopiero, kiedy dowie się absolutnie każdego, pojedynczego faktu w sprawie, niezależnie od tego, jak źle by nie było.
A było.
Było kurwa źle.
Bo kiedy Martinez zaczęła opowiadać jej o tym wszystkim co zrobił Dalton, o rzeczach, które miał w swoim mieszkaniu, o z d ę c i a c h, które robił jej po nocach w jej własnym, prywatnym mieszkaniu i domku nad jeziorem, Pilar nie mogła w to wszystko uwierzyć. Dosłownie. Jej głowa autentycznie odmówiła przyjęcia do świadomości tych wszystkich informacji.
Kiedy zaś dowiedziała się o Madoxie, tym jak jej szukał, o postrzale i tonięciu w lodowatym jeziorze… znowu nie mogła oddychać. Wpadła w kompletny szał. Chciałą zobaczyć go w trybie natychmiastowym, zaczęła rwać z siebie te wszystkie kable, krew puściła się z ręki, z której wyleciała igłą, kapała po podłodze… aż z n o w u nie dali jej zastrzyku.
Otumaniali ją, jakby była pierdolnięta.
Bo może była?
Jak człowiek mógł wrócić do normalności po czymś takim?
Odpowiedź była prosta: nie mógł.
I głowa Pilar chyba też nie mogła. A przynajmniej nie na razie, kiedy to absolutnie wyparła z siebie to wszystko, co się stało. Wszystko. Zebrała informacje, które dostała ale zamiast jakkolwiek je w sobie przetrawić, przemyśleć, ona po prostu zepchnęła je w jakiś odległy zakamarek własnego umysłu, zachowując się, jakby nie stało się absolutnie nic.
Wieczorem, kiedy w końcu chociaż raz nie podali jej leków nasennych — bo przecież była grzeczna i spokojna — i w końcu została sama, wyszła ostrożnie z sali. Dalton był już za kratami, więc nie potrzebowała ochroniarzy przed pokojem, a jej stan zdrowia był na tyle stabilny, że i pielęgniarki przestały zaglądać co piętnaście minut. Całe szczęście dowiedziała się wcześniej od Martinez w jakim pokoju leżał Noriega, dlatego od razu wiedziała gdzie się kierować. Po drodze zgarnęła jeszcze z automatu dwa batony czekoladowe, wciskając kit jakiemuś facetowi, że to dla jej chorej na raka siostry, a ona biedna zapomniała drobniaków i windą udała się na trzecie piętro.
Poczłapała w klapkach pod salę numer czterdzieści siedem i już chciała ostrożnie zajrzeć do środka, czy to aby na pewno dobry pokój, ale wtedy jakaś pielęgniarka wyszła z socjalnego i Pilar po prostu wparowała do środka, żeby nie dać się złapać. W pierwszej chwili opadła na drzwi plecami, oddychając ciężko, a dopiero po chwili jej spojrzenie padło na łóżko Noriegi.
Spał.
Jego twarz była cała poobijana, a klatka piersiowa unosiła się spokojnie w górę i dół, zachowując równy rytm. Wyglądał tak spokojnie. Jakby dwadzieścia godzin temu wcale prawie nie umarł pod zamarzniętym jeziorem. Coś ścisnęło ją w środku na samą myśl, jednak nim ciało zalała fala przerażenia, Pilar sukcesywnie zepchnęła wszystko w głąb umysłu.
Przecież wszystko było okej. Nic się nie stało.
Podeszła bliżej, delikatnie osadzając ciepłe palce na jego szorstkim, poklejonym od plasterków policzku.
— Pssst! — syknęła mu zaraz przy twarzy, dokładając drugą dłoń, tym razem na jego klatkę piersiową. — Madox — dodała spokojnie. Jej głos był delikatny, ciepły, przepełniony dziwną czułością, a kiedy jego powieki w końcu drgnęły w górę na twarzy Pilar wymalował się szeroki uśmiech.
— Hola, hermoso — przywitała się, bez pytania momentalnie wciskając się na jego łóżko i przysunęła bliżej. Oczywiście ostrożnie, bo chociaż własne traumy wypchałą na tyły świadomości, doskonale zdawała sobie sprawę stanu, w jakim był Noriega. — Widzę, że w końcu dostałeś swoją kroplówkę — rzuciła zaczepnie, przyglądając mu się uważnie, na nowo zatapiając się w jego pięknych, ciemnych oczach. — Jak się czujesz? Jesteś w stanie wchodzić? Bo jak tak, to zabieram cię na randkę. Możemy wziąć koleżankę kroplówkę z nami.
Madox A. Noriega