-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo jedyne o czym Stewart myślała to Madox. Jego samopoczucie, rana w jego ramieniu i serce, które na moment prawie się zatrzymało. Które było bliskie zamarznięcia, a które teraz na nowo szalało w jego piersi. Czuła to pod opuszkami palców, które zgrabnie przesuwały się po jego klatce piersiowej, Ten energiczny rytm, który był idealnie zsynchronizowany z tym jej. Jakby znowu ich serca biły tylko i wyłącznie dla siebie.
I chociaż ta chwila była piękna i uniosła. przeplatana namiętnością i niesamowitą tęsknotą, która w nich drzemała, tak również wdarły się tam zmartwienia. Głównie te Pilar i jej poczucie winy, które on kompletnie zbył. Bo dla Madoxa w tym nie było żadnej winy, on widział tu jedynie własne poświęcenie z miłości, bo przecież wszystko by dla niej zrobił, bo nie umiał inaczej. I chociaż ona to kurewsko doceniała, tak nie mogła przestać o tym myśleć. Nie mogła przestać się nakręcać, że ściągała na niego kłopoty.
Kurwa.
Może jej mózg naprawdę się uszkodził przez te prochy? Może już na zawsze zgubiła gdzieś tą nieustraszoną Pilar, która nie bała się niczego? Bo teraz się bała. I to wielu rzeczy. A najbardziej to bała się o niego. O tą jedną rzecz, której akurat nie była w stanie kontrolować w żaden sposób.
Zupełnie tak, jak Noriega nie był w stanie kontrolować swojego wenflonu i finalnie kompletnie go rozjebał. I chociaż przystawili do tego koszulkę, krew wcale zdawała się nie odpuszczać. Po chwili czerwona ciecz była już wszędzie — na Pilar, na nim, na materacu i podłodzę. Wyglądało to bardziej jak miejsce zbrodni niż żeby komuś wyleciała igła z nadgarstka.
Spojrzała na niego wymownie, kiedy powiedział, że idzie na dół. Tak, na pewno by go puściła samego, a ona zostałaby sobie tutaj pooglądać gwiazdy i zaśnieżone Toronto. Niedoczekanie. Tylko Pilar nawet nie zdążyła mu odpowiedzieć, odpyskować, bo nim wyciągnęła ręce on już siadał z powrotem na łóżku.
— Jest ci słabo? — spytała, nachylając się w jego kierunku. Twarz miał bladą. Zresztą co sie dziwić, skoro nagle zaczął tracić tyle krwi. — Daj głowę w dół — złapała go za kark i delikatnie pociągnęła w dół. To był najbardziej sprawdzony sposób Pilar na chwilowe zawroty, oczywiście zaraz po leżeniu, ale tu nie było co się kłaść, bo trzeba było przetransportować Madoxa na dół, żeby w końcu zatamowali mu krwawienie.
— Czekaj tu — warknęła i pobiegła szybko do miejsca, w którym zostawili wózek. — Teraz ty dostajesz podwózkę — wzięła go pod ramię i powoli pomogła przesiąść się na krzesło. Przy okazji wskoczyła jeszcze na łóżko i sięgnęła po kroplówkę Karen. Nie powinni przecież zostawiać po sobie aż tylu śladów. Już wystarczyło, że pół podłogi i materac były uchlapane krwią. Pilar przez moment miała nawet genialny pomysł, żeby to jakoś przetrzeć butem, ale tylko rozmazała wszystko jeszcze bardziej. Kurwa, wypierdolą ich z tego szpitala szybciej niż dostaną wypis.
Rzuciła Karen Madoxowi na kolana, a sama schyliła się po swoją bluzę. Całe kurwa szczęście, że ją miała, bo wyglądałaby co najmniej dziwnie w samym staniku przechadzając się wzdłuż korytarzy.
— To chyba koniec naszej randki — cmoknęła, przyglądając mu sie uważnie, kiedy dłonią dopinała zamek bluzy. Szkoda, że tak szybko, ale z drugiej strony, kiedy oni robili cokolwiek na tyle długo, żeby nikt im nie przeszkodził? Chyba tylko jak wylądowali u Pilar w mieszkaniu. Aż dziwne, że wtedy Dalton nie przyszedł. A może był? Nie mogła teraz o tym myśleć.
Pokręciła głową i przeszła wózek dookoła, by zaraz złapać za uchwyty i pchnąć go w stronę winy. Z jednej strony było jej głupio zostawiać tu ten cały gnój, a z drugiej, co oni mieli zrobić? Czym to wytrzeć? Poza tym, to szpital, tu chyba nawet normalny był ten cały nadmiar krwi?
Wina przyjechała nawet sprawnie, na szczęście na razie pusta. Ustawiła go ostrożnie przy ścianie. Wolną ręką wcisnęła czwarte piętro, a zaraz potem już kucała tuż przed nim.
— Hej, hermoso — spróbowała złapać jego spojrzenie. — Jak się czujesz? Tylko nie wyżywaj się za bardzo na Karen. I tak pewnie wyląduje w śmieciach za kilka minut — piękny miała żywot. I tak lepszy niż większość kroplówek tutaj. Tamte tylko wisiały na wieszaczkach, ciągle oglądały te same szpitalne ściany, a Karen? Karen wyruszyła na prawdziwą przygodę i to pełną akcji i gorących scen. Czego można chcieć więcej? Ano na przykład tego, żeby nagle nikt nie szedł do winy, kiedy oni byli tacy cali we krwi.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale przecież oni tak żyli, a przynajmniej Madox, że u niego w klubie wiecznie się coś działo. Ile razy miał tam na głowie gangsterów, ile razy straszyli mu tancerki, albo pojawiał się w jego klubie ktoś, kto chciał go odstrzelić, przez te lata kiedy prowadził Emptiness? Nie zliczyłby.
Na ciele też miał już bliznę po postrzale, może nie leżał wtedy w szpitalu trzy tygodnie jak Pilar i nie potrzebował operacji, ale dostał. Tylko, że on miał fart. Jakieś takie głupie szczęście, że kiedy dostał po mordzie, to nawet to obracał na swoją korzyść.
On sam ściągał na siebie kłopoty, ale tak było zawsze, bo przecież on już jako dzieciak, to był tym najgorszym łobuzem, tym, który najwięcej razy spadł z drzewa, ale nigdy się nie połamał.
Zawsze tak było. I Stewart wcale nie ściągała na niego więcej tych kłopotów. Bo czy jakby chodziło o kogoś innego, to on też by stał i patrzył? Może by się zastanowił, ale pewnie i tak by musiał się ruszyć. Bo on nie umiał być bierny, zupełnie tak jak ona.
Do tego stopnia, że jak chciał ją położyć na materacu, to wyrwał sobie kroplówkę. Mogli mu to lepiej zakleić, albo w ogóle... przykleić go do łóżka szarą taśmą, to może wtedy leżałby spokojnie? Chociaż pewnie i tak nie. Bo zaraz by kombinował, jak się uwolnić, żeby iść do niej.
A teraz jeszcze chwilę kombinował, jak tego nie przerywać, tych pocałunków, tylko, że naprawdę mu się zrobiło słabo. Ale lekarka powiedziała mu chyba dziesięć razy, że może mu być słabo, że to nie jest tak, że organizm zregeneruje się w dobę. Za proste by to było, chociaż i tak był na wygranej pozycji, był zdrowy, serce ruszyło, temperatura się wyrównywała. Ale nie wystarczą marne dwadzieścia cztery godziny.
- Zimno... - rzucił tylko, zanim schylił głowę, tak jak mu kazała Pilar. Ale co się dziwić, kiedy on zamiast przyjmować te kroplówki rozgrzewające, to znowu tracił krew. Jakby mało jej stracił, kiedy go okładali na komisariacie. Chyba tym razem nie dostanie naklejki dzielny pacjent. Ani nawet lizaka.
Oparł głowę na nadgarstku, bo była ciężka, ale kiedy Stewart podprowadziła mu wózek, to pokręcił nią energicznie.
- Nie, proszę Cię... - jęknął, bo ten wózek mu się tak źle kojarzył, ale Pilar była nieugięta i już go na nim sadzała. Zmarszczył brwi i docisnął krwawiącą ranę, musiał mieć bardzo rozrzedzoną krew przez te kroplówki, bo koszulka już przemiękła. I chociaż najpierw chciał coś fuknąć obrażony, że go sadzała na tym wózku, to zaraz powiódł za nią spojrzeniem, kiedy wspinała się po Karen. Mógł sam to zrobić.
A tak naprawdę nie mógł, bo przecież jedna ręka mu krwawiła, a na drugiej miał ranę postrzałową. Złapał kroplówkę Karen i oparł ją sobie na kolanach.
- Jeszcze przed deserem - pokręcił głową i nabrał powietrze w płuca. Długie, głębokie oddechy, które sprawiały, że klatka piersiowa unosiła mu się do góry, które odpychały od niego to dziwne uczucie ciężkiej głowy.
Chociaż jak już byli w windzie, to oparł łokieć o podłokietnik wózka, a głowę ułożył na nadgarstku. Ciemne tęczówki wbił w jej oczy, chociaż zaraz zamrugał dwa razy, bo jakoś go ścięło.
- I tak Karen nigdy nie była w moim typie - rzucił, a później tą umazaną krwią ręką sięgnął do policzka Pilar. Tak, teraz to już byli cali w krwi, bo Noriega rozmazał ją sobie na twarzy, kiedy się podpierał, a teraz jeszcze na jej ślicznej buźce.
Winda otworzyła się na szóstym i do środka weszła jakaś dziewczyna, pchała przed sobą wózek z probówkami i zestawem do pobierania krwi, w pierwszej chwili nie zwróciła na nich uwagi, bo akurat studiowała coś na swoim tablecie, ale zaraz, kiedy zobaczyła tę całą krew. Wszędzie krew.
To zrobiła wielkie oczy.
- Jezu co tu się stało? - spojrzała najpierw na Pilar, a później na Madoxa - a to Pan - dodała jakby to wszystko wyjaśniało, bo może w sumie tak było? Noriega tylko wzruszył ramieniem i wskazał na kroplówkę na swoich kolanach.
- Wypadło... - powiedział z jakąś niewinną miną. Jakby ktokolwiek miał mu uwierzyć, że ta kroplówka naprawdę mu wypadła i rozharatała przy tym rękę, przeklęta Karen.
Winda minęła piąte piętro...
Już przecież byli prawie na czwórce, tylko, że nagle światło zamrugało dwa razy, a później na chwilę zgasło, a metalowe pudło, w którym się znajdowali stanęło między piątym, a czwartym piętrem. Mogli to poczuć, jak ta winda płynęła płynnie między piętrami, a potem nagle stanęła.
Na szczęście zaraz nad ich głowami zapaliła się jakaś lampka awaryjna, ale jednak nie ruszyli dalej.
Cudownie.
Ale skoro tak miało być. Los ich jakoś nigdy nie rozpieszczał. Chociaż z drugiej strony... Madox wygrał przecież kolację w ciemności, no i lot do Hiszpanii jako 30 001 klient kolumbijskiego lotniska w zeszłym roku, tylko o tym jeszcze nie wiedział, bo nie sprawdzał maila.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo przecież to miał być ich wieczór. Mieli miło spędzić czas, porozmawiać, poprzekraczać granice, za którymi Pilar tak desperacko tęskniła; za jego bliskością, za dotykiem, a przede wszystkim za smakiem jego słodkich, pełnych ust. Mogła go całować godzinami, a jednak już po chwili trzeba było się ewakuować do windy, znaleźć kogoś, kto pomoże zatamować krwotok i zainstaluje mu nowy wenflon.
— Może jeszcze kiedyś załapiemy się na deser — uśmiechnęła się blado. I chociaż akurat tego była przekonana, że jeszcze im się wykorzystać czas sam na sam, tak na twarzy Pilar i tak wymalował się niekontrolowany zawód. Bo przecież nie chciała tego kończyć. Nie chciała, żeby znowu ich rozdzielali, a tym bardziej nie chciała wracać do swojej sali, gdzie jej myśli nakręcały się niebezpiecznie na wszystko co złe. Aż westchnęła głośno i na krótką chwilę spuściła głowę.
Podniosła ją dopiero, kiedy dzwoneczek windy wydał głos na szóstym, a do środka władowała się młoda kobieta z wózkiem na probówki. Pilar przez moment patrzyła na nią w bezruchu, jakby fakt, że nie będzie oddychać sprawi, że dziewczyna WCALE nie zauważy tego, że oni byli od stóp do głów upierdoleni w krwi.
Nie zadziałało.
Zauważyła.
— Wypadł mu wenflon i zaczął krwawić — dodała do tej jakże rozbudowanej historii, jaką zaprezentował Noriega, mówiąc całe jedno wypadło. — I tak krwawi cały czas — wzruszyła ramionami i spojrzała na kobietę wyczekująco. W końcu była medykiem, prawda? Chyba wiedziała, jak się zachować w takiej sytuacji.
— I co teraz? — albo jednak nie wiedziała.
— No ja nie wiem — Pilar spojrzała na nią jak na debila. — Trzeba zatamować? — bo chyba innej opcji nie było. Przecież nie wcisną mu na nowo tej igły w rozwaloną skórę.
— Świetny pomysł — blondynka klasnęła w dłonie i kompletnie niewzruszona ich sytuacją, zaczęła na nowo grzebać w swoim tablecie. Dopiero kiedy światło zamigotało niebezpiecznie, a winda zatrzymała się pomiędzy piętrami, uniosła wzrok. — Chyba się zepsuło? — ależ była błyskotliwą kobietą. Normalnie Pilar nie mogła się nadziwić, skąd wziął się w szpitalu tak wysoko inteligentny osobnik. Nie chcieli jej w jakimś sztabie ratującym świat? Dziwne.
Chwilę jeszcze na nią patrzyła, ale potem już ruszyła się z miejsca i podeszła do panelu z przyciskami. Kilkakrotnie wcisnęła ten, którym wzywało się pomoc. Winda wydała z siebie kolejne sygnały, ale tak poza tym absolutnie nic się nie stało. Chociaż z pewnością szybko ją naprawią, biorąc pod uwagę, że ta winda była jedynym sposobem na transportowanie pacjentów oraz sprzętu pomiędzy piętrami. Przecież nikt nie będzie dymał po schodach z łóżkiem szpitalnym. Jedynym problemem, była przesiąknięta już koszulka w dłoni Madoxa.
— Jest przemoczona — zauważyła, przykucając tu przed nim i chociaż powiedziała to wystarczająco głośno, kobieta obok nawet na nich nie spojrzała. Była zbyt zajęta rozglądaniem się dookoła. Pilar westchnęła i przesunęła się w jej kierunku. — Masz coś, żeby zatamować mu krwawienie?
— Co? — wywaliła na nią oczy, a potem spojrzała na Noriegę. — Nie mam.
Nie miała i co? I kurwa tyle? Nawet nie miałą zamiaru im pomóc? Oczywiście, że nie, bo zaraz na nowo zajęła się rozglądaniem i grzebaniem po kieszeniach, jakby czegoś szukała.
Stewart rozłożyła ręce i pokręciłą głową z niedowerzaniem. Personel roku. Ciekawe, czy gdyby zaczęli tu umierać też by miała ich w dupie? Może nawet by się jej o to zapytała, ale zamiast tego już zajęła się ściąganiem ostatniego kawałka garderoby, który chował jej bieliznę. Wyrwała mu przemoczoną szmatę i cisnęła nią pod nogi kobiety
— Przyciskaj to mocno — rzuciła. — Już tak bardzo nie leci — bo faktycznie krew sączyła się wolniej, ale i jego twarz wciąż była obrzydliwie biała i pozbawiona tego charakterystycznego kolorytu. — Nie wygl...
— Halo?! HALO?! — blondynka krzyknęła coś do swojego tableta. — Halo słyszycie mnie?! — ale chyba nikt nie słyszał, bo w odpowiedzi nastała jedna, wielka cisza. — Ja pierdole. Umrzemy tutaj. Przecież ja mam klaustrofobię… HALO POMOCY!!!!
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chociaż teraz to liczył na to, że jednak ta krew mu przestanie lecieć, więc kiedy byli już w windzie, to zajrzał pod tą koszulkę, było lepiej, ale nie przestało krwawić. On tak się zaaferował tą raną, że dopiero po chwili zauważył blondynkę, która wsiadła do windy, kojarzył ją, bo była u niego w sali. Przyniosła mu garść lizaków...
Kiedy zapytała co się stało, to Madox postanowił jakoś bardzo jej tego nie tłumaczyć, bo ona była jakaś dziwna. Za to Pilar dodała jeszcze coś od siebie, na co tylko usłyszeli to i co teraz? To oni mieli to wiedzieć, czy ona?
Noriega już otworzył usta, żeby coś dodać, ale wtedy winda padła...
A oni tu byli zamknięci z tą dziwną blondynką.
- Pilar... - zaczął i wyciągnął do niej rękę, żeby ją do siebie przyciągnąć, tylko Stewart już stała przy panelu i wciskała jakieś guziki. A Madox gapił się jakoś podejrzliwie na blondynkę. Co ona w ogóle grzebała w tym tablecie? Bo cały czas było słychać jakieś śmiechy, jakby oglądała jakieś durne śmieszne filmiki.
Dopiero jak Stewart przykucnęła przy nim, to Madox pochylił się w jej kierunku, oparł jej rękę na ramieniu i odezwał się szeptem, tak, żeby tylko ona go słyszała. Chociaż blondi zezowała już na nich opierając się o ścianę.
- Na którym piętrze ona wsiadła? - oboje zerknęli na panel. Na szóstym - psychiatria...
Dopiero teraz jak się przyjrzeli, to mogli zauważyć, że ona wcale nie ma żadnej plakietki, a ten biały kitel to ma założony chyba na jakąś piżamę. Włosy też miała rozkopane, a jej tablet znowu wydał z siebie ten głośny śmiech.
Madox trochę się przesunął na bok na tym wózku i mocniej zacisnął palce na ramieniu Pilar, jakby oni w ogóle mieli mało jakiś psycholi w przeciągu doby. Mieli wystarczająco, Nick Dalton wysoko ustawił poprzeczkę.
Docisnął tą bluzę Pilar do rany i dopiero po chwili do niego dotarło, że ona ją zdjęła i teraz znowu była w samym staniku, już nawet chciał jej dać swoją bluzę, bo on pewnie miał też, skoro miał się dogrzewać, tylko wtedy ta blondynka zaczęła się wydzierać. I to na całą windę, prosto do tego tableta, gdzie kurwa na pewno leciały te śmieszne koty, czy coś, bo przecież było to słychać, te śmiechy i jakieś miauczenie. Chociaż po tym jej krzyku wszystko ucichło, bo ona zablokowała tablet i położyła go na swoim wózku.
Przecież ja mam klaustrofobię! - znowu krzyczała, a przy okazji szukała czegoś na tym swoim wózku, a Madox to już ze swojego wstał i pociągnął Pilar za rękę na drugi koniec windy.
- Spokojnie, przecież zaraz ruszymy... - powiedział najspokojniej jak się dało, przy okazji stawiając Pilar gdzieś za nim, bo jednak z wariatami to nigdy nie wiadomo.
A zaraz się okazało, że blondynka, to chyba była właśnie jakaś niespełna rozumu, bo wyjęła jakiś zastrzyk, a może to była strzykawka? Trzymała ją w ręce.
- Boże muszę sobie zrobić zastrzyk z adrenaliny, bo zaraz tu zejdę - powiedziała, a Madox spojrzał na Stewart, prosto w jej śliczne, błyszczące oczy, które teraz były utkwione w blondynce. Bo co ona robiła?
Podniosła tą pustą strzykawkę do góry w teatralnym geście, jakby to rzeczywiście było coś ważnego, a później udawała, że robi sobie zastrzyk. Pustą strzykawką, bez igły, prosto w serce. Noriega prawie parsknął, nabrał mocno powietrze w płuca i znowu mocniej zacisnął palce na przedramieniu Stewart, żeby się tylko nie ruszyła z miejsca. Liczył, że się nie ruszy, a że ta winda zaraz za to pojedzie. Bo robiło się coraz dziwniej.
Zawłaszcza, że blondynka już opadła plecami na lustro, a później złapała się za serce.
- Jezu! Mam zawał, umieram, pękła mi aorta! O życie, życie... tak ulotne jak skrzydła motyla, jak łza na rzęsie, och życie! - wyrecytowała dramatycznie wznosząc wzrok do góry, a potem zaczęła się osuwać po tej ścianie na dół, aż w końcu wylądowała na podłodze, spuściła głowę.
Mogło im się wydawać, że to już koniec przedstawienia, ale nie... Bo ona zaraz zerwała się na nogi.
- Skąd tu tyle krwi?! Wszędzie jest krew! - wcale nie było tak źle, nie licząc ich, bo oni akurat byli cali brudni. Tylko, że później blondynka złapała tą brudną od krwi koszulkę Pilar, którą Stewart kopnęła jej pod nogi i się nie zamachnęła. Teraz to rzeczywiście ta krew opryskała ich, lustro, wózek, no i ją. Blond włosy były nią już upaprane i ten biały kitel też.
- Ja jebię... - rzucił aż Madox, bo to wyglądało strasznie, jakby w tej windzie doszło do jakiejś zbrodni...
Akurat w tym właśnie czasie odezwał się jakiś głos z głośnika przy panelu.
Jest tam ktoś? Potrzebujecie pomocy? Serwis już jest na miejscu... Zaraz was uwolnimy.
Brzmiało dobrze.
Chociaż dla blondynki chyba nie, bo ona zaraz zaczęła przeraźliwie piszczeć, jakby tu kogoś rozdzierali.
Co się tam dzieje??! - znowu odezwał się głos przy pulpicie.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tylko sześć pięter w dół.
Co mogło pójść nie tak?
Absolutnie. Kurwa. Wszystko. Bo przecież to byli oni. Nie mogło być za łatwo. Nie dość, że Madox dosłownie w y k r w a w i a ł się z przedramienia, to jeszcze winda musiała się zepsuć. JEDNO piętro przed finiszem. Bo przecież byłoby zbyt pięknie, gdyby mogli po prostu dojechać w jednym kawałku.
A jakby tego wszystko było mało, zaraz okazało się, że pielęgniarka, która utknęła z nimi w windzie, wcale nie była pielęgniarką, a jakąś wariatką, która uciekła z psychiatrii.
Wybornie.
Pilar obserwowała ją z bezpiecznej odległości, czując doskonale, jak palce Noriegi zaciskają się na jej ramieniu. Martwił się? Czy może było z nim jeszcze gorzej? Tylko zaraz okazało się, że jednak to pierwsze, bo blodnynka zaczęła wymachiwać pustą strzykawką i strzelać sobie szoty z adrenaliny, jak ostatnia wariatka. Bo przecież nią była. Była ewidentną pacjentką, a nie pielęgniarką. I Madox zrozumiał to chyba wcześniej niż Pilar, bo już zerwał się z miejsca i przeciągnął Stewart do samego kąta windy.
— Może trzeba ją jakoś unieruchomić? — spytała praktycznie od razu, nie spuszczając wzroku z kobiety. Tacy ludzie potrafili być kompletnie nieobliczalni, tym bardziej w sytuacji stresującej, gdzie byli uwięzieni w czterech ścianach. Kto wiedział, co jeszcze strzeli jej do głowy? Może powinni podziałać zawczasu? Noriega nie mógł, bo przecież był ranny, więc Pilar automatycznie i sama sobie zgłosiła się na ochotnika.
Chciała ruszyć do przodu, wykonała nawet pół kroku, ale Madox mocniej ją przytrzymał. Zmarszczył brwi i już chciała mu powiedzieć, żeby ją puścił, kiedy kobieta zaczęła nawijać, że ma zawał, że jebła jej aorta i jest jakimś dziwnym motylem na tafli oceanu czy inne gówno i Pilar na moment stanęła jak wryta. Tylko patrzyła i mrugała. Bo co tu się właściwie odpierdalało?
Dopiero kiedy czerwona szmata, która kiedyś była jej kolorową koszulką, wyleciała w powietrze i ochlapała krwią Noriegi dosłownie w s z y s t k o, Stewart nie wytrzymała.
— Nie no, kurwa, puść mnie — warknęła i umieściła zakrwawione palce na jego zdrowym przedramieniu. Nie chciałą go szarpać, bo doskonale zdawałą sobie sprawę, że miał chorę ramię, dlatego tylko lekko na niego naparła, by wyswobodzić się z uścisku. Już miała iść w stronę kobiety, kiedy w końcu ktoś odezwał się z niewielkiego głośniczka, znajdującego się na panelu z przyciskami.
— Świetnie, tylko jakbyście się mogli pośpieszyć, bo utkaliśmy tutaj z… — wariatką, to chciała powiedzieć, ale przecież nie wypadało, bo kobieta już na nią patrzyła jakoś dziwnie. Nawet głowę przechylała w bok. — Potrzebujemy pomocy medycznej — poinformowała zamiast tego i odwróciła się już w pełni w stronę blondynki, która nagle już stała na nogach.
— Ty krwawisz!!! — ryknęła panicznie, robiąc krok w kierunku Pilar. — Wszędzie leje ci się krew, ojejej, trzeba to szybko zaszyć — wcisnęła palce we włosy i szarpnęła za nie tak mocno, że kilka kosmyków zostało jej w dłoniach, a zaraz potem tymi włochatymi łapskami rzuciła się do wózka z probówkami. Tym razem wcale nie złapała za pustą strzykawkę, a za najprawdziwszą, wielką igłę, którą już miała rozpakowaną na metalowym tależyku.
— Nie ruszaj się!! JA CI POMOGĘ — zrobiła kolejny krok, czając się na Stewart, jednak wtedy jej wzrok padł na Madoxa. — Boże, przecież ty też krwawisz!!! Ojejej, ciebie też trzeba zszyć?! — i chociaż było to pytanie, to blondyna wcale nie czekała na odpowiedź. Po prostu ruszyła na Noriegę.
Pilar może i była gotowa zrobić unik, gdyby wariatką ją zaatakowała, jednak jej scenariusz nie przewidywał, że ta w ostatniej chwili zmieni swoją ofiarę i odbije w bok. To wszystko sprawiło, że jej czas reakcji oraz ewentualne manewry były ograniczone. Nie miała czasu, by myśleć. Po prostu wrzuciła się w ich kierunku, w ostatniej chwili wciskając się między wariatkę a Madoxa.
Szybkim ruchem podcięła jej kolana i chociaż dziewczyna faktycznie straciła równowagę, jej ręka już zamachnęła się do przodu, t r a f i a j ą c Pilar w żebro. Wbiła w jej skórę igłę, a przez to, że już osuwała się do parkietu, przejechała nią po nagiej skórze Stewart prawie aż do samego pępka, ryjąc na niej wielką, czerwoną szramę.
Zapiekło ją momentalnie, a gardło syknęło z bólu. Jednym kopnięciem odepchnęła ją od siebie nogą i chciała odsunąć się na bok, jednak wtedy winda zabuczałą i nagle ruszyła, a Pilar również straciła równowagę, tylko zamiast na podłogę, opadła plecami na klatę Noriegi.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Daj spokój... Zaraz stąd wyjdziemy... - mruknął cicho jej do ucha. Zresztą kiedy ta blondynka była u niego w sali, to przecież była nieszkodliwa, nic mu nie zrobiła, a nawet sobie posiedzieli, pogadali i jedli razem lizaki. Nie wydawało mu się wtedy, że jest taka walnięta. Za to teraz, kiedy ona odstawiła ten cały teatr z zastrzykiem z adrenaliny, to już mu się tak wydawało. Noriega wcisnął się w róg windy i pociągnął za sobą Stewart. Nie miał na to w ogóle siły, żeby się tutaj w windzie jeszcze dochodzić z jakąś kolejną psycholką. Nie i koniec.
Mocniej przytrzymał Pilar, kiedy chciała się ruszyć. Nie zamierzał jej puścić. Nie mogła go raz posłuchać? Przecież jakby stali w tym kącie, to może ta wariatka wróciłaby sobie do śmiesznych kotów?
Chyba jednak nie, bo ona już krzyczała, że pękła jej aorta i ma zawał, a Stewart krzyczała na niego, żeby ją puścił.
- Nie kurwa, Pilar! - teraz to on uniósł głos, tylko, że ona mu się wyszarpnęła, a on nie miał siły, żeby ją złapać. Nawet ręki nie mógł podnieść, bo z jednej wciąż lała się krew, a ta druga bolała przy każdym mocniejszym ruchu. Nie czuł się za dobrze, ale kiedy Pilar podeszła do tego głośniczka, to dał sobie spokój, bo skoro już zaraz ich wypuszczą, to chyba teraz sobie odpuści to unieruchamianie?
Odpuści prawda?
Tylko, że to była Pilar i zamiast cofnąć się z powrotem do niego, to ona stała przy tym głośniku i patrzyła na blondynkę. A najgorsze jest to, że tamta również nagle ożyła. I jeszcze coś zaczęła pierdolić, że Stewart krwawi, aż Madox się na nią obejrzał.
- Spokojnie, ona nie krwawi... - chciał jakoś dotrzeć do tej psychopatki, tylko zaraz się okazało, że to na nic, bo ona już trzymała w ręce jakąś wielką igłę. A on już wyciągnął rękę, tą krwawiącą do Stewart.
- Pilar chodź... - tylko wtedy właśnie ta wariatka zwróciła uwagę na niego, a on naprawdę krwawił. I kiedy ta psycholka ruszyła na niego to może nawet by się jej odwinął kolanem, albo łokciem? Może na to by miał trochę siły? Tylko zanim zdążył cokolwiek zrobić, to już miedzy niego, a blondynkę wpadła Pilar. Mógł się tego spodziewać? Pewnie mógł. Może nawet jakby nie był taki pokiereszowany i nie kręciło mu się tak w głowie, to by ją odciągnął na bok, bo przecież on zawsze te reakcje miał jakieś takie wyczulone, szybkie. Bo musiał mieć.
Tylko, że tym razem wcale nie miał i Pilar oberwała. Znowu.
I znowu ta krew, która spłynęła po jej brzuchu.
- Kurwa, Pilar... - zdążył jeszcze rzucić i nawet wyrwał się do przodu, ale wtedy windą szarpnęło, a Madox poleciał do tyłu na ścianę, a Stewart na niego. Przytrzymał ją, tylko, że już naprawdę było mu słabo i się po tej ścianie osunął na ziemię, a Pilar na niego.
Sięgnął do jej brzucha, i przesunął po nim palcami obok tej rany, nie wyglądała dobrze.
Ale dobrze, że drzwi windy zaraz się otworzyły, a pielęgniarka, która zajrzała do środka aż pisnęła łapiąc się za pliczki. Bo winda była cała zapaskudzona krwią.
Blondynka na podłodze załkała i zwinęła się w kłębek i w pierwszej chwili jakaś lekarka ruszyła do niej.
- Najpierw ona, ta wariatka wbiła jej igłę - oczywiście, że chodziło mu o Stewart. Ktoś tam nawet powiedział, że ta blondynka to szalona Dolores z psychiatrii i w jej kierunku ruszył jakiś rosły ochroniarz. A lekarka za to zajęła się Pilar. Od razu zapakowali ją na wózek...
I tyle ją Madox widział, bo później ktoś też zabrał się za oglądanie jego ręki, jego też posadzili w jakimś gabinecie zabiegowym. Jakaś pielęgniarka zatamowała mu krwotok i dali mu jakiś zastrzyk. On się nawet za bardzo nie przejął tą igłą, bo już znowu pytał.
- A ta brunetka, która była ze mną w windzie? - zbyli go, kilka razy go zbyli. Jak zwykle.
Dali mu kolejną kroplówkę i tym razem owinęli mu całą rękę plastrem, żeby jej nie wyrwał. Coś tam jeszcze chcieli mu podać, a może jakieś badania mu zrobić? Cały czas mu coś gadali, a on cały czas pytał co z Pilar.
Zdarta płyta, już drugi dzień.
Dopiero kiedy on kategorycznie odmówił jakichkolwiek zabiegów, póki się nie dowie, to jakaś ciemnowłosa pielęgniarka się nad nim zlitowała. Wsadziła na wózek, powiesiła mu nad głowa nową kroplówkę, pewnie jakąś Karen Dwa. I zawiozła go sali Stewart.
Tyle to trwało, to jego proszenie, te wszystkie zastrzyki i nowe kroplówki, że ona tez już była u siebie, w łóżeczku i nawet w czystej piżamie. Madox też, w takiej szpitalnej, opatulony kocem, jakby był jakiś obłożnie chory. Kiedy wjechali do sali Stewart, to on od razu chciał się zerwać z tego wózka, ale pielęgniarka przytrzymała go za ramię.
- Pięć minut, a później robimy EKG - zarządziła, bo takie miała wytyczne, tylko, że Noriega powiedział, że nie zrobi, nic nie zrobi, jak mu nie powiedzą znowu co z Pilar.
Najpierw wyciągnął do niej rękę, kiedy pielęgniarka podsunęła wózek do jej łóżka, ale kiedy wyszła, to się zerwał zrzucając z siebie ten koc.
- Pilar... - już siedział obok niej na łóżku, a jego ciemne spojrzenie przesunęło się po jej sylwetce - jak ty... - zaczął, ale finalnie to nawet tego nie dokończył, tylko ją do siebie przytulił.
Chociaż na usta mu się cisnęły różne estas loco.
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo oczywiście musiało się coś wyjebać.
Oczywiście musieli trafić na kolejną wariatkę, która zamiast być wariatką w swojej głowie i zająć się sobą — rzuciła się na nich. Tym razem z igłą. Wielką, błyszczącą w świetle igłą. I może faktycznie, gdyby Madox miał zdrowe ręce, to jakoś lepiej by zareagował, ale też gdyby Pilar pierwsza się na nią rzuciła, z pewnością miałaby większe szanse. Miałaby przewagę. A ona głupia posłuchała się Madoxa. Chociaż raz się go posłuchała, stała i czekała. I co z tego wyszło?
Jebana, wielka szrama na brzuchu z tego wyszła.
Była długa. Ciągnęła się prawie na całej długości jej brzucha. I chociaż rana nie była głęboka, zaczęła się z tego sączyć krew. Tranki zostały naruszone, a Pilar momentalnie poczuła okropny ból. Bo przecież ona już wcale nie była na przeciwbólowych i kiedy igła przesunęła się po siniakach, rozdzierając skórę, to naprawdę bolało. A potem winda ruszyła i jakoś tak sie stało, że wszyscy wylądowali na podłodze.
Przymknęła na moment oczy, kwasząc się na twarzy. Dopiero przerażony krzyk pielęgniarki, która ich znalazła sprawił, żę Stewart uniosła głowę. Na słowa Madoxa od razu uniosła dłoń.
— Absolutnie. On idzie pierwszy — skontrolowała jego prośbę. Przecież jej nic nie było, to tylko obrzydliwie wyglądające draśnięcie, podczas gdy on dosłownie się wykrwawiał. I nawet kiedy pielęgniarka podeszła do niej w pierwszej kolejności, Stewart momentalnie się wyszarpała. — On! — warknęła i w końcu została posłuchana.
Nią również zaraz się zajęli, bo nie minęła minuta, a zebrał się wokół nich prawie cały personel szpitala. Wszyscy skakali dookoła, lekarki komentowały ten cały rozpierdol, a szalona Dolores została wyprowadzona w bezpieczne miejsce i OBY skuta kajdankami do łóżka.
Pilar rozglądała się jeszcze za Madoxem, ale jakaś pielęgniarka posadziłą ją na wózek i czym prędzej zawiozła do zabiegowego. Kazali jej siedzieć i czekać na lekarza. Przynajmniej dali jej jakiś koc, którym mogła się okryć, bo przecież paradowała przed wszystkimi w samym staniku.
Lekarz przyszedł po jakiś piętnastu minutach. Opatrzyła jej rany. Nie były na tyle głębokie, żeby była konieczność szycia, dlatego tylko je umyła, zdezynfekowała i posmarowała maścią. Całe szczęście nie śmierdziała tak bardzo jak ta ciotki Madoxa.
Do sali wróciła chwile później. Umyła się i przebrała, bo przecież nie tylko ciuchy miała we krwi, ale też całą twarz i włosy. Jeszcze później musiała się wytłumaczyć swojej lekarce dyżurnej co robiła windzie skoro miała odpoczywać, ale Stewart wcisnęła jej jakiś totalny kit. Nie miał kompletnie sensu, ale chyba kobiecie nawet nie chciało się z nią dyskutować, więc w końcu dała jej spokój.
Leżała w łóżku, już zastanawiając się, jak mogła się stąd ulotnić, żeby pojechać do Noriegi na czwarte piętro, kiedy drzwi do jej pokoju sie uchyliły. Dosłownie ściągneła go myślami. Uśmiech w sekundę wymalował się na jej twarzy.
— EKG ważna sprawa — przytaknęła lekarce, która zgromiła ją wzrokiem, jakby to Pilar była winna całemu zdarzeniu. Stewart tylko machnęła na nią ręką, gdy wychodziła, bo Madox już wciskał się do niej na łóżko, już przyciągał ją mocno do siebie.
Wtuliłą się w niego mocno, momentalnie zaciągajac świeżym zapachem. Jej dłoń przejechała wzdłuż silnego ramienia, by już po chwili wpleść palce w blond włosy, by wbić paznokcie w jego głowę i delikatnie podrapać.
— Jak się czujesz? — spytała spokojnie z twarzą wciąż schowaną w jego szyi. — Jak ręka? — przekręciła głowę, próbując namierzyć przedramię, które wcześniej krwawiło jak pojebane. Teraz było zawinięte bandażami, a wenflon znajdował się na drugiej, tej postrzelonej. Aż pokręciłą głową z niedowierzaniem i odsunęła się delikatnie, by spojrzeć mu w oczy.
— Ale kurwa randka, co? — prychnęłą. Taką to tylko oni mogli mieć. — Nawet nie doszliśmy do drugiej bazy — zauważyła. Bo przecież skończyło się na macaniu piersi przez materiał stanika i kilku pocałunkach. Przeniosła dłoń a jego policzek, przysuwając się bliżej. — A, i nie zdążyłam ci powiedzieć, że seks dopiero po ślubie.
Madox A. Noriega
-
miał być cichy, niewidoczny, w końcu balansuje na granic między kokainą na złotych tacach i bronią ukrytą pod drogimi marynarkami, a kajdankami i odznaką przy pasku... a jednak tak bardzo rzuca się w oczy, że trudno go nie zauważyć, z tymi jego tatuażami, z tymi kolorowymi koszulami, złotymi łańcuchami na opalonym karku i... niewyparzoną gębą
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkinietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A może on się bał zastrzyków? Albo może tych długich, błyszczących igieł, takich jak ta, którą oberwała Pilar?
Cały czas o nią pytał, i cały czas prosił, żeby mógł ją zobaczyć. Może nawet by mu pozwolili, ale przecież w pierwszej kolejności powinien mieć te badania.
Ale był uparty. Do tego stopnia nieugięty, że w końcu wylądował w jej sali. A zaraz w jej łóżku. Przytulił ją mocno do siebie wplatając palce w ciemne kosmyki na jej plecach.
- A ty? Jak się czujesz? - zapytał od razu, ale chyba powinien jej odpowiedzieć? Odsunął się jednak, żeby zjechać spojrzeniem na jej brzuch i zanim mu cokolwiek powiedziała, to sięgnął ręką do jej pępka i nawet przez chwilę chciał jej podwinąć koszulkę - szyli to? - zapytał, bo jemu to w tej windzie wyglądało tak źle. Dużo krwi.
Ale zabolało go ramię, teraz to już go bolały obie ręce, aż się jakoś skrzywił i ten uścisk, który w pierwszej chwili był pewny i mocny trochę zelżał. On był na lekach przeciwbólowych, cały czas mu jakieś dawali, ale i tak teraz czuł to ramie i tą dziurę, którą mu zrobiła kroplówka Karen.
- Dobrze. Zobacz - pokazał jej to owinięte bandażami przedramię, teraz wyglądało dobrze. Czysty, nowy bandaż, ani śladu krwi.
- I zobacz teraz jak poprzyklejali... - pokazał jej drugą rękę tą z wenflonem, który rzeczywiście przykleili mu do nadgarstka dookoła. Plastrem, nie taśmą, ale i tak ktoś go nie żałował.
Podniósł spojrzenie ciemnych tęczówek na jej piękne, brązowe oczy, a jeden kącik ust mu drgnął ku górze, kiedy stwierdziła to ale kurwa randka. Bo rzeczywiście chyba tylko oni mogli skończyć randkę w windzie z kolejną psychopatką.
- Zajebista - powiedział zaraz, bo w sumie to była... bardzo w ich stylu randka. No i na początku było całkiem miło. A że później jak zwykle się zaczęło odpierdalać, no to oni po prostu chyba przyciągali takie rzeczy.
- Tylko proszę, na drugą chodźmy gdzieś z dala od psychiatryka - znowu spojrzał jej w oczy, a później przechylił na bok głowę - no bo na pierwszej randce się chyba nie dochodzi do drugiej bazy? - powiedział, a przecież Madox to na pierwszej randce potrafił dojść do trzeciej bazy? Finałowej bazy? Nawet nie wiedział za bardzo jak to się nazywa, bo on zawsze i tak szedł na całość. Może dlatego ta ich randka też była znowu wyjątkowa?
Przesunął opuszkami palców po jej plecach, opierając je miękko na jej biodrze, i przyciągając ją jeszcze do siebie.
Na te jej kolejne słowa zmarszczył brwi, ale tylko na moment bo zaraz się uśmiechnął.
- Ale po czyim? Bo może znowu pojedziemy do jakiegoś mojego kuzyna i wtedy będzie zaliczony ślub? - znowu te ciemne tęczówki odszukały jej śliczne, czekoladowe oczy. Jak zaczną chodzić na randki, to powinni myśleć o ślubie? To się przewijało w tych ich żartach, jakoś tak naturalnie, ale Madox chyba o tym wcale nie myślał.
Na pewno o tym nie myślał, bo on się teraz cały czas zastanawiał, jak tu do niej wejść do łóżka. A już zaraz to się pchał do niej od boku.
- Posuń się - rzucił, a kiedy Stewart spojrzała na niego dziwnie, to powtórzył - posuń się, jest mi zimno, chcę się trochę zagrzać, zanim znowu mi każą wracać do sali - no i kiedy mu się posunęła, to wpakował się do niej do łóżka, nawet się przykrył i ją też, objął ją ramieniem przytulając do siebie. Rękę z kroplówką oparł grzecznie na kołderce, żeby nie było, żeby znowu jej nie uszkodził. Może i miał pięć minut, ale chciał je wykorzystać.
Chociaż jak ta pielęgniarka, która go tu przywiozła zajrzała do nich do sali przez szybę, to machnęła na to ręką, to był środek nocy, chyba mogli to EKG odłożyć do jutra. A oni przecież tyle przeżyli, oboje.
Należała im się chyba ta chwila świętego spokoju?
Zajrzała jeszcze do środka uchylając drzwi, a Noriega zakrył się kołdrą.
- Madox, żebyś rano był na sali przed obchodem - pogroziła mu palcem - no i już bez wycieczek - zarządziła i przygasiła im światło. A Madox jeszcze zdążył wyjrzeć na nią z cichym dzięki Marie na ustach. Bo on już z połową pielęgniarek był na ty, tylko niektóre to były straszne służbistki, ale Marie akurat była w porządku.
Kiedy wyszła, to on się jeszcze poprawił przysuwając do Pilar, skoro już...
- Mogę tu zostać? - bo może jeszcze ona go wygoni?
Pilar Stewart
-
Lepiej strzela niż gotuje. Do tego: agresywna, impulsywna i narwana. Niektórzy jeszcze mówią, że dzika. Ogólnie wszystko co złe, to Pilar.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaśmiała się, gdy powiedział, że randka była zajebista. Z początku chciała powiedzieć, że chyba mieli różne definicje randek, ale z drugiej strony było przecież kilka miłych chwil. I nawet ta psychopatka w windzie… może i nie była miła, ale była kolejnym dowodem tego, jak bardzo się o siebie nawzajem troszczyli. I w jakiś pojebany, pokręcony sposób można było pokusić się o stwierdzenie, że ich zachowanie było romantyczne. Ale tylko trochę.
— Z dala od psychiatryka? — spojrzała na niego wymownie. — To może zakład karny? — uniosła w górę jedną brew. Tam może i nie było psychopatów ale za to całkiem pokaźna ilość morderców. Też by się mogli z kimś pobić. I krew z pewnością też by się jakaś znalazła.
Oczywiście zrobiła mu miejsce, kiedy się położył. Łóżko szpitalne nie było duże, ale przecież przy odpowiednim ułożeniu, było całkiem wygodne. Pozwoliła mu się wygodnie rozłożyć, a następnie dokleiła się do niego ciałem, umieszczając głowę na jego lewej piersi. Dokładnie w miejscu, gdzie biło jego zdrowe już serce. Czuła na policzku każde rytmiczne uderzenie. Było to na tyle kojące, że na moment mimowolnie zamknęły oczy, delektując się chwilą. Chwilą tego błogiego spokoju, który zaraz przerwała pielęgniarka.
— Przecież nawet nie minęły trzy minuty! — rzuciłą w stronę Marie, gotowa walczyć o ich prawa w tej sytuacji (chuj, że nie mieli żadnych), ale całe szczęście kobieta okazała się na tyle łaskawa, że nie dość, że wcale nie zaczęła go zaciągać na EKG, to jeszcze pozwoliłą mu zostać? Pilar aż otworzyła szerzej oczy, słysząc jej słowa. Czyżby los w końcu się do nich uśmiechnął? Czy naprawde po tym wszystkim mogli chociaż wspólnie trochę odpocząć? Niewiarygodne.
Uniosła na niego spojrzenie, gdy spytał, czy może zostać.
— Tylko jak nie będziesz już krwawić — nawet zagroziła mu palcem, by już po chwili wspiąć się wyżej i złożyć na jego ustach ciepły, czuły pocałunek. Wyjątkowo błogi. Zupełnie jak cała następna godzina, którą w końcu spędzili na rozmowie. O Karen, szalonej Dolores, szpitalach i wszystkich rzeczach, które Pilar będzie musiała zabrać do Noriegi, kiedy w końcu stąd wyjdą. Bo przecież jedna para majtek w tym przypadku wcale nie wystarczy.
A potem zasnęli. W ciszy i spokoju, wtuleni w siebie, wsłuchani w bicie swoich serc, które po raz pierwszy od tych dwudziestu czterech godzin w końcu wbiły w jednym, jednostajnym rytmie.
Pilar tej nocy obudziła się trzy razy.
Cała przepocona i roztrzęsiona.
Bo chociaż świadomie zepchnęła te wszystkie obrzydliwe myśli i wspomnienia w czeluście swojej głowy, tak koszmary wcale ją nie opuszczały. Dalton chociaż w więzieniu nawiedzał ją w pierdolonych snach. I całe szczęście, że obok miała Noriegę, który uspokajał ją za każdym razem, głaszcząc po włosach i całując, bo gdyby była tu sama, z pewnością musiałaby dostać minimum podwójną dawkę tych wszystkich leków uspokajających.
Ale co się dziwić.
Tak się działo, kiedy człowiek zamiast stawić czoła demonom, zamiatał wszystko pod dywan, bo tak było łatwiej. Prościej. Tylko pytanie czy to wszystko nie odbije się na niej z czasem.
Madox A. Noriega