ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i told myself i won't miss you, but...
i remember what it feels like beside you
Podmuch chłodnego, rześkiego wiatru, zamiast poczuć, Crowe bardziej dostrzegł kątem oka. Bezwiednie, trochę tak, jakby z daleka przyglądał się scenie głupawego filmu. Część przechodniów mocniej owinęła się chustami, część pociągała nosem, a inni przyspieszyli kroku.
On nie.
Crowe szedł trochę wolniej, obawiając się, co by się stało, gdyby się zatrzymał. Gdyby się zatrzymał, pewnie by zmienił zdanie — przecież zawsze tak było. Najpierw po cichu, w myślach, potem głośno, gestem. Ciągle powtarzał więc: “jak wrócę”. “Jak wrócę, ogarnę się”. “Jak wrócę, położę się spać”. “Jak wrócę, wezmę, a życie przestanie mnie wkurwiać”. “Tylko jedną”. “Przestanie boleć”. “Zalecenia lekarza”. Chwycił więc w biegu bluzę, po czym wyszedł z domu, jeszcze w progu zapinając smycze dwóch psów.
Tak tutaj trafił.
Widział parę, jaką wydychał, ale niewiele z tym robił. Przystawał jedynie na chwilę, z przymusu, przestępując wówczas niecierpliwie z nogi na nogę. Odruchowo przewracał oczami, ciągnąc smycz, ale w momencie, w którym poszarpywanie przestało przynosić jakiekolwiek efekty — zaczynał wzdychać głośno. Nieważne, jak bardzo spieszył się “do domu”, zatrzymywał się w pół kroku za psami. Bridge najczęściej szedł potulnie, grzecznie i powoli, Bandage — przeciwnie. Ciągle biegał, ciągle węszył, ciągle szarpał smyczą. Niekoniecznie rozumiejąc ekscytację psiego towarzysza, młodsza znajda odmawiała ruszenia.
W chłodny, kurwa, wiatr.
Poprawił cienką, prawdopodobnie nieadekwatną do pogody bluzę z kapturem, mocniej wsuwając materiał na barki. Okrycie pochłonęło sporo wilgoci z powietrza, a teraz — przyklejało się do ciała. Zrezygnował z kurtki. Zawsze rezygnował. Wcisnął na łeb jedynie zwyczajną czapkę z daszkiem, bo przecież “wyszedł tylko na chwilę”.
Ale w rzeczywistości wcale mu nie zależało.
“Wyszedł na chwilę”, tak, jak zawsze. A potem pamiętał co najwyżej zarys tabletek, decyzji, poczucia senności. Jedna, by uśmierzyć ból, jedna, aby zapomnieć, a szkocka — żeby popić. “Wezmę tylko jedną”, tak, jak poprzedniego wieczora. Ledwie pamiętał, co robił, ale któryś z kolegów się zaśmiał, któryś coś podał, a on coś wziął. Wreszcie stracił rachubę.
Benzodiazepina. Opioid. Alkohol.

***


B y ł. Tutaj, teraz. Wyprowadzając zwierzęta z głową rozsadzaną tępym bólem, bez planu na najbliższych pięć minut, a co dopiero na resztę życia — ale b y ł. Od pewnego czasu czuł drętwienie w palcach, dostrzegał zaczerwienioną skórę, niemniej jednak niewiele z tym robił. Widział, jak trzęsą mu się dłonie, które zaciskał mocno na smyczach, ale szedł dalej.
Kurwa — zaklął wreszcie pod nosem. Odezwał się tonem pełnym złości, prędzej jednak ogólnie, “w eter”, zamiast do zwierzaków. Bridge zaplątał się w smycz. Ukucnął, celowo przydeptując fragment linki, ale zanim cokolwiek zrobił, przetarł twarz dłonią. Dopiero potem wyciągnął drżącą rękę, chcąc przełożyć tylną łapę psa, zatrzymał się jednak w pół ruchu, słysząc, jak Bridge piszczy cicho.
Zachowuj się, Bridge, bo przysięgam przed bogiem, zostawię cię tutaj… — warknął ni stąd, ni zowąd, ale pożałował tego w momencie, w którym położył po sobie uszy. Odetchnął raz, drugi, nieświadomy tego, co robi Bandage. Dziwnie reagowała. Zamarła, a potem przeszła kawałek dalej, łapiąc zapach nisko, tuż ponad chodnikiem, aż wreszcie zaczęła wesoło merdać ogonem, popiskując i wyrywając się gdzieś dalej.
Podniósł tylną, obolałą łapę psa, rozplątując smycz, po czym podniósł głowę.
Za wolno.
Za późno.
Serce uderzyło za mocno.
Jedna ze smyczy wysunęła mu się z ręki za szybko.
Rozpoznał znajomą sylwetkę, pewnie, że rozpoznał.
Sorcha niewiele się zmieniła.

Sorcha MacRae
gall anonim
what a dumb idea... do it!
32 y/o
For good luck!
170 cm
kelnerka EDO-ko
Awatar użytkownika
I've been running from my demons, afraid to look behind
I've been running from myself, afraid of what I'd find
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Toronto powinno być jej domem. Tu się urodziła, tutaj wracała zawsze, kiedy jej świat się walił, zarówno wtedy, kiedy miała trzynaście lat, jak i teraz. Witała ją tutaj bezpieczna przystań. Rodzina - kochająca, wspierająca. Znajomi - z życzliwymi uśmiechami, ciekawi tego gdzie była i co robiła. Dlaczego więc dla niej, Toronto nie kojarzyło się z domem i nie przynosiło ulgi, a jedynie przypominało o porażce?
O porażce jej rodziny, która miała żyć spokojnie w wiejskim domku, ale sielanka skończyła się strzelaniną.
O porażce jej serca, które dokonywało najwyraźniej złych wyborów, bo wybory te ściągały ją często na granicę życia i śmierci.
W końcu o porażce własnych ideałów, które rozmyły się gdzieś w niebezpieczeństwie, i nadal nie umiały odzyskać kształtu, zabierając tym samym sens wszystkiemu, o co do tej pory walczyła.
A mimo wszystko, wróciła właśnie tutaj. Nie z woli, lecz z niemocy. Nie była w stanie stawiać przed sobą teraz jakichkolwiek wyzwań, więc skorzystała z pomocy rodziny. Dziadek pomógł z pracą, ojciec z wyposażeniem wynajmowanego mieszkania. Bo co jak co, wiedziała, że pod jednym dachem z nimi zostać nie może.

Sorcha naprawdę nie chciała popadać w dekadentyzm. Za dużo zniosła, za bardzo o siebie walczyła, żeby teraz zatonąć w pustce. Nawet kiedy sensu brak, nie znaczyło to, że go nie znajdzie. Miała nawet plan. Plan, który brzmiał prosto, choć z nutą niewykonalności, ale przecież sama powtarzała go pacjentom, kiedy jeszcze praktykowała medycynę. Prowadzić regularny tryb życia, unikać stresów i nałogów.

Z materaca, bo łóżko jeszcze nie dojechało, zwlokła się dopiero koło południa, ale to był dobry czas, bo miała jeszcze jakieś dwie godziny, żeby przygotować się do spotkania. I chociaż na początku, kiedy zaczynała robić makijaż, miała kłujące uczucie marnowania czasu, tak szybko to marnowanie zaczęło dawać jej cichą satysfakcję. Tusz na rzęsach, pogłębiający spojrzenie, szminka na ustach, dodająca koloru i miękkości jej wargom, pachnący balsam na ciele, perfumy (zamienniki, bo na oryginalne jej nie stać). Jeszcze do niedawna, w Mali, zależało jej tylko na tym żeby włosy nie wpadały jej do oczu i żeby nie zapomnieć o kremie z filtrem. Teraz też nie powiedziałaby, że jej zależy na miękkich ustach, ale patrząc na siebie w lustrze była całkiem zadowolona, chociaż może aż za bardzo przypominała przez to siebie sprzed czterech lat.

Czy dostałaby tę pracę, gdyby nie znajomości dziadka? Pewnie nie. Starała się tego nie analizować. To i tak tylko tymczasowo, żeby stanęła na nogi, odłożyła trochę pieniędzy. Mogła być kelnerką, mogła sprzątać hotele, sprzedawać ubrania na bazarze, cokolwiek, byle nie siedzieć w domu. W drodze powrotnej, chociaż zimowa aura nie była najprzyjemniejsza, ją rozgrzewała od środka jakaś satysfakcja, jakaś nadzieja. Miała pracę, miała mieszkanie. To dobry początek.

Nie miała natomiast pieczywa w domu, o czym przypomniała sobie dopiero pod budynkiem mieszkalnym. Cofnęła się więc do najbliższego sklepu, zaciskając szalik mocniej wokół siebie. Jej uwagę od celu odwrócił pisk psa. Zerknęła za siebie, a pies już był przy niej. Suczka właściwie.
-Bandage?- uklęknęła przy niej, pozwalając jej brudzić swoją kurtkę i spodnie mokrymi łapami. Wszędzie by ją rozpoznała, tęskniła za nią. Uśmiechała się, z czułością głaszcząc psią sierść, póki nie dotarło do niej, że Bandage nie była sama. Że gdzieś stał człowiek, któremu musiała się wyrwać. Rozpoznała go momentalnie, kiedy podniosła wzrok. Zupełnie jakby stał tam już od dawna. Serce uderzyło mocno. Szybko. Teraz dopiero zaczęła zauważać całą niewygodę tej sytuacji. Zimny wiatr, wilgotne nogawki od klęczenia na ziemi, skostniałe dłonie.

Niezliczoną ilość razy zastanawiała się jak będzie wyglądało ich spotkanie. Miała ułożone scenariusze na każdą okazję, które teraz zwyczajnie wyparowały. Wiedziała przecież, że w końcu się spotkają, o ile on nadal tu mieszkał, nie spodziewała się jednak tego tak szybko.

Już sama nie wiedziała, które z nich przestało się odzywać pierwsze. Kto mógł być zły na kogo? Ona zniknęła, ale czy on nie zniknął dużo wcześniej?

Chciała go objąć, ale zamiast tego zaciskała palce w miękkiej sierści Bandage. Chciała się odezwać w jakikolwiek sposób, ale jej usta ciągle były zaciśnięte. W końcu chciała odwrócić wzrok i uciec, ale jakby wrosła w ten mokry, zimny chodnik, a jej spojrzenie jakby wrosło w niego.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Crowe odwrócił się.
Ale zrobił to dopiero w momencie, w którym z widocznym opóźnieniem uświadomił sobie, kogo rzeczywiście przed sobą widzi. Początkowo odebrał to jako głupawy żart podświadomości. Ni mniej, ni więcej — omam wzrokowy, halucynacja wywołana niespodziewanym detoksem, nieostrożnym odstawieniem leków. Przerwaniem prawie tygodniowego ciągu.
Przyglądał się więc dziewczynie o wiele dłużej, niż powinien.
Głowa wciąż pękała mu tępym bólem, wyrzucał sobie to, że zamiast wziąć jedną czy dwie tabletki, on od razu wybrał się na spacer ze zwierzętami. Gdyby po coś sięgnął, czułby się lepiej. Gdyby coś wziął, teraz, zamiast reagować z takim opóźnieniem, odbierałby wszystko w ułamkach sekund. Jak kiedyś. Ale tym razem proces, począwszy od uświadomienia sobie, kogo widzi, aż po podjęcie decyzji, trwał zdecydowanie za długo, aby kłamać, tłumacząc się tekstami typu: "nie poznałem cię", "nie zauważyłem", "zmieniłaś się". Szczególnie że wszystkie byłyby kłamstwem.
Przyglądał się więc dziewczynie z o wiele większym zaskoczeniem, niż powinien.
Kurwa, kurwa, kurwa.
Jednym z pierwszych odruchów, wyłączając odwrócenie się na pięcie i odejście, okazało się, o dziwo, jedynie odwrócenie wzroku i przerwanie kontaktu z Sorchą. Czyli coś, co niegdyś uważał za niemożliwe, nierealne i dziwaczne, a teraz — za niezbędne. Otaksował spojrzeniem psa, tak naprawdę ledwie dostrzegając małą, skomlącą znajdę. Puścił tylną łapę zwierzęcia dużo wolniej, dużo delikatniej niż zazwyczaj. Działał odruchowo. Przesunął palcami wzdłuż wyczuwalnych kości. Czuł miękką, gdzieniegdzie zmierzwioną i szorstką sierść. Spróbował przypomnieć sobie, jak dawno któregokolwiek czesał? Robił to kiedykolwiek? Nieważne, jak bardzo się wysilał, wspomnienia ciągle gdzieś mu uciekały.
Nic dziwnego, skoro o tak wielu rzeczach ostatnio zapominał.
Podniósł się powoli, z ociąganiem, czując intensyfikujący się ból pleców.
Parę pierwszych sekund stał nieruchomo.
Ni stąd, ni zowąd poczuł coś jakby nagłe szarpnięcie, bolesne uderzenie, od którego zechciał się automatycznie skulić – samopoczucie dogoniło wreszcie wygląd. Poczuł się tak, jak się prezentował. Chudo. Blado. Nerwowo. Wciąż spinał mięśnie, tak, jak za czasów nastoletnich, ale teraz reagował bezruchem. Gdyby musiał do czegoś to porównać, heroina byłaby najlepszym przykładem — jego ciało przestało być jego. Stracił kontrolę. Częściowo obwiniał za to poprzednią noc, mieszankę leków, alkoholu i czegoś jeszcze, co miał poczucie, że wziął, ale nie mógł sobie przypomnieć.
Bridge pociągnął smycz, ostrożnie podchodząc bliżej.
Wciąż kulał.
Crowe wcisnął obie dłonie w kieszenie dresów.
Odruchowo zacisnął palce na zapalniczce żarowej i otworzył z cichym kliknięciem.
Widząc znajome spojrzenie, serce najpierw zatrzymało mu się na ułamek sekundy, a potem ruszyło — za szybko, za mocno, za nierówno. Dostrzegł chyba wszystko, co dało się zauważyć — zaczerwienioną skórę dłoni, wilgotne spodnie, różowy od mrozu nos. Sam pewnie wyglądał o wiele gorzej, szczególnie w swojej zasuniętej jedynie w połowie bluzie i czapce z daszkiem, którą odruchowo poprawił, chociaż nie było możliwości, żeby zsunęła mu się z głowy.
Dawno temu uodpornił się na ból.
Zamiast narzekać, kłócić się albo obrażać, znosił każdy cios w ciszy. Jednak w momencie, w którym tak intensywnie mu się przyglądała, poczuł coś jakby silne uderzenie. Mimo to ani się nie uśmiechał, ani nie drgnął. Wyglądał raczej... neutralnie. Być może za bardzo neutralnie.
Co, Bundy, zdradzasz mnie?
Pytanie — wypowiedziane z tym samym charakterystycznym, północnoangielskim akcentem, przez który zmiękczał oraz melodyjnie przeciągał sylaby — w którymś momencie po prostu wybrzmiało, skierowane ni to do psa, ni to do Sorchi. Słabe pytanie. Nieistotne, ale jedyne, na jakie było go stać.
Nie zrobił nic więcej.
Ani nie wyciągnął ręki, ani nie skrócił dystansu, nieważne, jak bardzo chciał. Kiedyś już dawno by się przysunął, objął mocno ramionami, opierając brodę o miękkie włosy. K i e d y ś. Teraz jedynie jeszcze mocniej wcisnął dłonie do kieszeni, zaciskając ręce w pięści, a jednocześnie żałując, że ma ze sobą tylko zapalniczkę. Wiedział jednak, dokąd pójść, w którą ulicę skręcić. Miał znajomych. Poratowaliby go. T e r a z wystarczyłaby jedna tabletka, no, może dwie. Jedna — do zapomnienia, druga — do całkowitego wyciszenia rozbieganych myśli.

Sorcha MacRae
gall anonim
what a dumb idea... do it!
32 y/o
For good luck!
170 cm
kelnerka EDO-ko
Awatar użytkownika
I've been running from my demons, afraid to look behind
I've been running from myself, afraid of what I'd find
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Sorcha nie była w stanie odwrócić wzroku, tak jak on. Chłonęła ten moment jak gąbka. Chłonęła Demiana. Dostrzegała jego bladość, nerwowość. Czuła niemal fizycznie chłód, który go otaczał.. i ciemność, którą nosił w sobie. Demian, w jej wspomnieniach był bardzo wyraźny, mimo upływu lat. Pamiętała ton jego głosu, spojrzenie, gesty. Pamiętała, o ile sama była w stanie pamiętać, jak zmieniała się jego twarz kiedy pił, albo brał, pamiętała jak trzeźwiał. I jak ciepła była jego klatka piersiowa, kiedy ona trzeźwiała. Z lekkim zażenowaniem zauważyła, że zalicza to do dobrych wspomnień. Kiedy nie mogła wstać z łóżka przez ból właściwie całego ciała, a on, pewnie doskonale rozumiejąc jej stan, leżał tylko obok, trzymając ją w objęciu i co jakoś czas przytulał ją trochę mocniej, jakby sprawdzał, czy nadal tam jest.
Może nie była pewna co jest nie tak teraz, ale wiedziała, że coś jest. Że nie patrzy na nią tym swoim bystrym spojrzeniem, którego doświadczała, kiedy był trzeźwy. Właściwie, to jej łamało serce. Czy gdyby.. gdybanie nigdy nie jest dobre, a na pewno wiele nie zmienia, ale jednak nie mogła strząsnąć z siebie tej myśli. Czy gdyby nie wyjechała? Czy z nim byłoby lepiej? Czy z nią gorzej? Gdyby miała stawiać na to pieniądze, postawiłaby na tę druga opcję, a ona oznaczała, że nie było dla nich ratunku i bolała w swojej prostocie.

Podniosła się w końcu z chodnika, otrzepała nogawki, jakby dało się strzepać z nich całą wilgoć, którą wchłonęły - a się nie dało. Sięgnęła po smycz Bandage i zacisnęła ją w dłoni. To był właściwie jedyny moment, kiedy udało jej się rozejrzeć trochę wokół siebie, zamiast skupiać spojrzenie na mężczyźnie. Zaraz, jakby pod przymusem, i tak wróciła do niego wzrokiem.
Setka myśli, która wirowała w jej umyśle, w niczym nie pomagała. W pewnym momencie drgnęła w jego stronę, ale zatrzymała się wpół kroku. Odsunie się, ucieknie, wyśmieje ją. Co innego miałby zrobić? Ona go porzuciła. Obiecała wrócić. Nie wróciła. Zostawiła go w jego świecie jak szczur uciekające z tonącego okrętu, i chociaż zrobiła to w walce o swoje życie, ciężko było się z tym pogodzić. Zwłaszcza widząc go takiego.

Tutaj jednak nie chodziło o litość. Chodziło o miłość. Ale przecież zrezygnowała z niej, wyjeżdżając. W ten sposób pozbawiła się możliwości zgłaszania wszelkich roszczeń, prawda?

- Ja.. - zaczęła cicho, zaraz i tak zaciskając usta. Potrzebowała oddechu. Takiego, który uspokoiłby jej nerwy. Dostała tylko chłód, który zmroził jej gardło.

Bandage przerzucała wzrok z niej na Demiana i spowrotem. Była zaciekawiona. Zawsze kiedy byli razem, to byli razem tak bardzo jak było to możliwe, a teraz stali tylko na przeciwko siebie. Nawet psina wiedziała, że wiele się zmieniło. Może czuła unoszący się w powietrzu żal, może złość, a może rozczarowanie. Zaszczekała w końcu głośno, jakby kazała im się ogarnąć. W efekcie Sorcha spojrzała na nią, na krótko. Była wdzięczna Demianowi, że zostawił suczkę przy sobie. Mimowolny uśmiech wpełzł na jej twarz, ale zaraz zniknął.

Przez myśl przebiegło błahe “kurwa”, jedna z dłoni powędrowała do czoła, pocierając je krótko, jakby to miało ułożyć myśli. Nie ułożyło. Nigdy nie krępowała jej cisza, nie z nim. Teraz też nie. Krępował ją jedynie ogrom słów, które chciała wypowiedzieć, ale tonąc w swoich emocjach, bezradności, wstydzie, tęsknocie, nie mogła. Bundy znowu zaszczekała. Znudziła się oczekiwaniem i znowu zaczęła wesoło podskakiwać wokół Sorchy.

- Nie wiedziałam, czy będziesz chciał ze mną rozmawiać. - odezwała się niespodziewanie. Przynajmniej ona nie spodziewała się, że w końcu da radę wyłowić coś z tej sieczki, którą teraz był jej umysł. Gdzieś tam jednak w tym wszystkim, Sorcha czuła się zwyczajnie winna. Wyjazdu, swojego zniknięcia, ale też milczenia po powrocie. Bez przerwy wracała do rozważania, czy powinna odezwać się do Demiego, czy nie. Bez przerwy odkładała to na następny raz, aż ten moment przyszedł sam. Usprawiedliwiała się więc. Tłumaczyła. I w momencie, kiedy znowu zamknęła usta, cisza zaczęła zgniatać ją swoim ciężarem. Serce biło jeszcze szybciej, a ramiona boleśnie się spięły, chociaż puchowa kurtka pozwalała to ukryć. Bała się jego reakcji, a jednocześnie potrzebowała jakiejkolwiek.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Poprawił czapkę trochę nerwowym, trochę pospiesznym ruchem, po czym podrapał za długą brodę. Przesunął palcami wzdłuż żuchwy, raz, potem drugi, aż wreszcie przetarł twarz dłonią. Dopiero wtedy opuścił rękę.
Odwlekał odpowiedź.
Chyba potrzebował paru sekund, aby przetworzyć informację, dobrać reakcję i dopiero wcielić ewentualny pomysł w życie. Zupełnie inaczej niż kiedyś. Kiedyś reagował, zanim pomyślał, szczególnie widząc konflikt. Odruchowo stawał pomiędzy Sorchą a niebezpieczeństwem, źródłem niepokoju, dokładnie tak samo, jak niegdyś stawał pomiędzy ojcem a matką, ale… Czy (oraz jak) mógł to zrobić teraz, skoro problemem był on sam?
Odezwał się dopiero po chwili, patrząc w pustkę, w najbardziej neutralny punkt, jaki znalazł.
Chyba nie potrafiłbym nie rozmawiać, tyle że… — zanim sformułował drugą część zdania, mocno zacisnął szczękę — …nie wiedziałem, od czego zacząć.
Uśmiechnął się swoim półuśmiechem, charakterystycznym, tym samym, z którym od czasu do czasu go przyłapywała. Raczej w niewielu momentach, najczęściej wtedy, kiedy wreszcie się rozluźniał i patrzył, co robi. Albo kiedy siedzieli godzinami w samochodzie, niewiele mówiąc. Obejmował wtedy Sorchę. Czasami przesuwał dłonią wzdłuż chudego ramienia, czasami po prostu dotykał, a najczęściej opierał brodę o głowę dziewczyny — ale ciągle zastanawiał się, co by było gdyby.
Co by było, gdyby trafił inaczej?
Gdyby wybrał lepiej…?
Często niepotrzebnie nakręcał się tymi pytaniami bez odpowiedzi, nieważne jednak, co się działo — co tym razem wymyślał “ojciec”, co robiła matka, a także gdzie on sam był pomiędzy w tym wszystkim — i tak nie zaciskał dłoni. Zawsze dotykał Sorchę otwartą dłonią. Wyglądało to, jak wyglądało, ale owinęła sobie wokół najmniejszego palca jednego z najbardziej nieprzewidywalnych chłopaków — najpierw w szkole, potem ogólnie, w życiu. Bo nieważne, co się działo, ona zawsze wiedziała, co robić. Umiała wywoływać określone reakcje, od złości, poprzez śmiech, aż po zaskakująco prawdziwe wyznania. A on chyba nigdy jej za to nie podziękował.
Ba!
Zamiast tego on, jakby w podziękowaniu, wciągnął Sorchę w swoje bagno.
Brawo, Demian, brawo.
Dopiero podniósł wzrok, powoli, trochę niepewnie. Zwlekając, przesuwał wzrokiem od stóp, poprzez ciało zasłonięte grubą, puchową kurtką, aż wreszcie dotarł wyżej — tam przepadł. Gwałtownie odetchnął głębiej, mimowolnie, zanim zdążył opanować swoją pierwotną reakcję. Przestąpił z nogi na nogę, próbując odnaleźć pozycję, w której bolało mniej — bo że bolało, to wiedział. Przywyknął. Chciał jedynie, aby bolało mniej. Ale im dłużej bez ruchu, tym bardziej czuł drżące dłonie, ciało, które przestawało słuchać poleceń.
Odruchowo sięgnął dłonią do kieszeni, ale natrafił tam jedynie na zapalniczkę.
Chwilę przyglądał się głębokim, jasnoniebieskim oczom, zanim…
Miło cię widzieć — odezwał się trochę ciszej, ale mimo wszystko szczerym, choć zachrypniętym tonem. Odchrząknął, tak na dobrą sprawę dopiero teraz uświadamiając sobie, jak zimno jest. Przez moment wyglądało to tak, jakby zechciał wycofać się z wypowiedzianych słów, ale uparcie milczał. Zazwyczaj to, co mówił, mówił szczerze, szczególnie w rozmowach z Sorchą. Okłamywał innych, jasne. Często. Łatwo. Jeżeli jednak to Sorcha się odzywała, odpowiadał, jeżeli pytała wprost — odpowiadał szczerze, a jeżeli podchodziła bądź stała obok — zawsze b y ł. Nie odchodził pierwszy.
N i g d y.
Czasami jedynie bagatelizował. Robił to jednak, ponieważ oddzielał Sorchę od wszystkiego, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Robił, co mógł; bronił, bo wyłącznie tak umiał funkcjonować. Jeżeli więc się denerwował, dusił to w sobie. Odruchowo szukał sobie jakiegoś zajęcia, naprawiania czegoś, spacerów, długich godzin jazdy donikąd. Inaczej świat by mu się rozleciał.
Myślałem, że… — wypalił, zanim zdążył pomyśleć. Dosłownie machnął ręką, zbywając niewygodną myśl, niewygodną pozycję, niewygodne uczucia. Jednocześnie napiął mięśnie barków, tak krótko, tak szybko, że sam ledwie to zauważył, dopiero wtedy przerywając ciąg nieskładnych myśli: — Nieważne…

Sorcha MacRae
gall anonim
what a dumb idea... do it!
32 y/o
For good luck!
170 cm
kelnerka EDO-ko
Awatar użytkownika
I've been running from my demons, afraid to look behind
I've been running from myself, afraid of what I'd find
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pokiwała twierdząco głową. Wyjeżdżając, nie planowała stracić z nim kontaktu. Próbowała dzwonić, wysyłać wiadomości, dawać znać o tym, że zwyczajnie jest. Nie zawsze się to udawało. Różnica czasu, słaba jakość połączeń, ogrom stresu i pracy w Mali.. tak naprawdę nie sprzyjało im nic. Potem odległość zaczęła ich psuć, a ona wiedziała, że nie może wrócić, żeby coś naprawić. Zbyt wiele było tam ludzi, którzy potrzebowali opieki medycznej, zbyt mało zasobów. Nie chciała uciekać, chciała walczyć. I walczyła, niestety kosztem siebie i Demiana. Z planowanego pół roku, zrobił się rok, dwa, cztery i pewnie czas mijał by dalej, gdyby sprawy nie potoczyły się źle, i gdyby przez to wracać nie musiała

Nie potrafiła sobie przypomnieć tego dnia, kiedy nie zadzwoniła o standardowej porze. Nie wydarzyło się wtedy nic nadzwyczajnego. Ot, kolejni chorzy, kolejne trudne decyzje, zwykłe posiłki, czas jednak minął tak niepostrzeżenie, że kiedy się zorientowała, było za późno, a ona zalała się wyrzutami sumienia i wątpliwościami co do słuszności takiej relacji. Tamten dzień jednak wcale nie był jakiś sądny. Pojawiały się kolejne gdzie nie mogła nawiązać połączenia. Kolejne frustracje, kolejne niepowodzenia, aż wiedziała, że jeśli go usłyszy, będzie chciała do niego wrócić, bo tylko on mógł ukoić jej zszargane nerwy. Rozmawiali więc rzadziej, potem raz na jakiś czas, aż w końcu zostało jedynie ciężkie milczenie.
Oficjalnie nigdy się chyba nie rozstali. Nigdy nie powiedziała mu, że to koniec, chociaż często taka myśl się w jej głowie pojawiała. Załatwiła to więc jak gówniara - milczeniem. Bo jak mieliby funkcjonować? Przyleciałby do Mali, wtedy kiedy ona bała się wracać do Toronto? Może nawet nie, że bała się wracać, tylko bała się siebie w Toronto. Wiedziała, że ma wiele słabości, które wyciągało z niej wielkie miasto i to wielkomiejskie towarzystwo. I Demian. Ale jego ciemność, ona nazywała światłem.
Cholera, niestety. Widziała w nim niebezpieczeństwo. Ale nie to straszne, od którego człowiek wie, że ma uciekać, tylko to ekscytujące, do którego się lgnie, jak ćma do ognia. Jak Ikar do Słońca.
A ona drugi raz nie chciała się spalić.

- Co u Ciebie, Demi? - zapytała miękko, niby zwyczajnie, jednak ze szczerym zainteresowaniem. Jednocześnie wyciągnęła do niego dłoń ze smyczą, oddając mu Bandage. Jej psa. Albo jego, bo ona go przecież porzuciła, jak wszystkich i wszystko co miała tutaj.
Chciała wiedzieć wszystko. Co robił przez ostatnie lata? Jak się czuje? Z kim sypia? Tak, była stęskniona i zazdrosna - bezprawnie. Cholera.. Sorcha go znała. I znała odpowiedź, która miała paść. W porządku, w jakiejś tam wariacji. Jakby była mu obca. Ale rzeczywiście, przez te lata mogła stać się obca. Za dużo chciała, jak zwykle. Za duże pragnienia, ambicje, a potem upadek ze zbyt dużej wysokości.

Miło cię widzieć. Banał, powtarzany obcym z grzeczności, podpowiadający jej, że ta rozmowa złoży się z pospolitych regułek, jakimi wymieniają się przypadkowo spotkani znajomi. Bolesny ten upadek, ajć.
Bo wcale nie wierzyła, że jest miło. Jej nie było, a i on nie wyglądał na zadowolonego. Ona, ale nie przyznałaby tego na głos, wolałaby go nie spotkać. Nie, że nigdy, po prostu nie teraz. Teraz nie była na to gotowa. Była spięta, pełna obaw, zarówno wobec niego, jak i siebie. Co w tym miłego? Ano, nic. No ale nieważne, jak sam powiedział, a ona nie miała odwagi dopytywać.

Suczka znowu przysiadła i z większym zainteresowaniem przyglądała się parze. Jakby wyciągnięta dłoń Sorchy miała coś zmienić. Zmieniała tyle, że kiedy już on przejmie smycz, ona będzie mogła odejść. Zapomniała już nawet po co miała iść do tego sklepu.. i chyba lepiej gdyby wróciła prosto do domu, zanim kupi coś nieodpowiedniego dla swoich życiowych postanowień.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę fotograf dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

“Co u ciebie?”
C o.
U.
C i e b i e.
"Źle". "Mam dość". "Dobrze". "Chcę przestać czuć".
Tych parę słów, teoretycznie nieważnych, ale tak naprawdę — ważnych aż za bardzo, rozpłynęło się po ciele mężczyzny falą gorąca. Serce waliło mocno, szybko, a dłonie spociły się tak, jakby przystępował do cholernego egzaminu. Niekoniecznie to rozumiał, ba, niekoniecznie rozumiał, czemu tak nagle zmienił zwyczajową dróżkę, którą wybierał, wychodząc z psami, a co dopiero coś takiego!
Ale wiedział jedno: Sorcha pytała naprawdę.
Jako jedna z niewielu, zamiast szukać sensacji, naprawdę się przejmowała.
Cholera, no, przecież zawsze to robiła. Wtedy, kiedy widywali się dopiero po paru dniach braku odzewu, bo ni stąd, ni zowąd zrywał kontakt, ale i wtedy, kiedy dostrzegała coś niepokojącego, po prostu siedząc obok. Właśnie to uważał za najniebezpieczniejsze — bo mówił wtedy prawdę. Z a w s z e. Niezależnie od konsekwencji, niezależnie od wygody. Odpowiadał szczerze.
Nieważne, jak nielogiczny wydawał się stres, okazał się bardzo rzeczywisty.
Odchrząknął więc, próbując przypomnieć sobie ostatni raz, kiedy czegoś się bał. Jedyne, o czym pomyślał, to o matce, o tamtym wieczorze, gdy leżała pobita w szpitalu. Ledwie przytomna. Kiedy jednak powiedziała: “zostaję”, coś jakby się w Demianie przełączyło. Skinął głową, po czym wyszedł bez pożegnania — teraz też chciał zniknąć.
Przestąpił z nogi na nogę, trochę niecierpliwie, wciąż odciążając jedną stronę ciała.
Róźnie — odpowiedział, po czym wzruszył napiętymi do bólu ramionami. Normalnie już dawno by się zamknął, zamiast przygotowywać w myślach całą wypowiedź, prawdziwą, ale jednocześnie mówiącą jak najmniej. MacRae należało się jednak trochę więcej. Jakkolwiek głupio oraz nielogicznie to zabrzmi, uważał, że jest jej winien wyjaśnienia.
Dopiero teraz Demian, trochę jakby wreszcie zebrał odpowiednią siłę, powoli powrócił spojrzeniem do dziewczyny. Mimowolnie odetchnął głębiej, próbując łapczywie złapać więcej powietrza, kiedy dostrzegł, jak blisko stoi. Wystarczyło wyciągnąć rękę…
Bywało lepiej. Bywało gorzej. Teraz jest… — odruchowo ściągnął brwi, szukając odpowiedniego słowa — …jakoś. Ogarnąłem się trochę.
Kłamstwo.
Jedynie w części, oczywiście, a poznać się to dało jedynie przez to, gdzie patrzy. Tym razem, zamiast w oczy, mimowolnie wbił zmęczone spojrzenie w brodę blondynki. Ale przecież naprawdę trochę się ogarnął: ostatnio brał wczoraj, około dwudziestu godzin temu, z kolei od momentu, w którym zobaczył Ramonę, był czysty, przynajmniej na tyle, na ile to miało znaczenie. Chciał wziąć. Cholera, b a r d z o, bóg mu świadkiem. Ale zrezygnował. Przynajmniej na chwilę.
Więc tak, na ten moment było to prawdą.
Chcąc jakby potwierdzić własne wyobrażenie o sobie samym — dotyczące czystości, bohaterskości i męczeństwa — podszedł bliżej, widząc ruch. Wykonał najpierw jeden, potem drugi krok, mały, ale mimo wszystko widoczny. Zatrzymał się bliżej, dokładnie w takiej odległości, aby z łatwością sięgnąć po smycz, ale jednocześnie unikać zbędnego kontaktu z Sorchą.
Niewiele brakowało, żeby się udało.
Demian wyciągnął dłoń, zacisnął palce i… drgnął, zanim odsunął się ze smyczą, dotykając znajomej skóry. Wiedział — p a m i ę t a ł — jak miękka i ciepła jest. Odtwarzał przecież dotyk we wspomnieniach, snach i narkotykowych bredniach. Tym razem poczuł jednak niewiele. Wydawała się zimna, trudno jednak stwierdzić, dlaczego tak uważał. Czy ona rzeczywiście tak zmarzła, czy on wychłodził organizm w samej bluzie?
Przez chwilę stał zdecydowanie za sztywno. Okazało się to, co dziwne, jedną z niewielu bezbolesnych rzeczy, jakie teraz czuł. Ciało przestało go słuchać. W oddaniu kontroli zaczął upatrywać swojego ratunku, no, kto by się spodziewał?
Bridge zaskomlał cicho, niepewny, wciąż siedząc w jednym miejscu z uniesioną łapą.
Demian oddychał płycej, trochę tak, jakby wdech oraz wydech kosztowały za dużo.
A kiedy spróbował rozluźnić barki, zaraz znowu napiął mięśnie i mocno zacisnął szczękę.
Chwycił smycz, tym razem pewniej, po czym cofnął się o krok.
Wróciłaś na chwilę czy…?

Sorcha MacRae
gall anonim
what a dumb idea... do it!
32 y/o
For good luck!
170 cm
kelnerka EDO-ko
Awatar użytkownika
I've been running from my demons, afraid to look behind
I've been running from myself, afraid of what I'd find
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Znowu ten niewielki ruch głowy, w górę, w dół, znowu góra i dół. Cichy gest pełen zrozumienia, ale też wycofania i naiwności. Nie mogła wymagać od niego więcej, chociaż zdecydowanie więcej chciała. Zaciskała jednak zęby, żeby język nie przedarł się przez nie ze swoimi słowami. Brała to co jej teraz dawał, przyjmując to za prawdę, mimo wątpliwości pojawiających się na pierwszy rzut oka. Jak jednak mogła drążyć. Jak mogła pokazywać swoją czułą stronę, kiedy jeszcze kilka miesięcy temu godziła się na to, że nigdy go nie zobaczy? Było w niej coś niepoukładanego względem Demiana. Palące wręcz uczucie zupełnie nie współgrało z dojmującym poczuciem winy za to jak go potraktowała, ani też z żalem za to, jak on potraktował ją. Nie umiała tego w sobie ułożyć, wybrała więc tę najłatwiejszą ścieżkę. Unikania, ucieczki, milczenia.
Ta ścieżka była jednak łatwa tylko wtedy, kiedy Demiana nie było obok, ani fizycznie, ani w jej myślach. A teraz? Wszystkie wcześniejsze postanowienia traciły na znaczeniu. Przestawały być takie oczywiste. Łatwe. Nawet kiedy próbowała przywołać w głowie głos ojca…’Kochanie, to zły człowiek.’. Ten głos był zbyt cichy i zupełnie jej nie przekonywał. Demian nie był zły. Nigdy nie był. Często to ona była gorsza.
I źle go potraktowała. To nie było jakieś olśnienie. Wiedziała o tym zawsze, tylko wcześniej nie musiała się w tymi swoimi decyzjami konfrontować, tak jak teraz.
Odetchnęła cicho, niezmiennie przypatrując mu się z uwagą.
- To dobrze, Demian. - przytaknęła, udając, że nie widzi rozbieżności jego słów z jego wyglądem.

Kiedy zabrał smycz, szybko schowała zmarznięte dłonie do kieszeni kurtki i rozejrzała się wokół. Wzrok zatrzymała na jakiejś przypadkowej, sklepowej witrynie. Była zmęczona powściągliwością, udawaniem, że to nie boli, że niczego nie potrzebuje, że jest wolna. Bo nie była, nie od niego. Jak jednak mogłaby wierzyć w swoją siłę, gdyby teraz, zamiast dystansu, mocno go obejmowała? Zło jej świata nie wzięło się od niego, ale i tak, nie chciała mu znowu ufać. Bała się ich zależności.

Ich miłość taka właśnie była, wydawało się jej. Destrukcyjna. Zbyt intensywna, żeby nie bolała. Zbyt zachłanna, żeby było w niej miejsce dla czegokolwiek innego. Ich energie splatały się ze sobą i wybuchały, i nie było w tym rozsądku. Była harmonia w ich chaosie i taniec na krawędzi. Ale wszystko inne.. przestawało mieć znaczenie. Tęskniła za tym oddaniem, za ogniem w sercu.. ale tęsknota nie była najwyższą karą, jakiej mogła doświadczyć. Nawet jeśli nie obarczała go za swoje błędy, doskonale pamiętała, że to on był doskonałym gruntem do ich popełniania, pod tym płaszczykiem bezpieczeństwa i jedności.

- Wróciłam. - przerwała mu, choć być może nie planował kończyć. - Na dłużej.. tak myślę. Wynajmuję mieszkanie w Parkdale. - dodała, wzruszając lekko ramionami. Nie chciała mówić, że na zawsze, bo Toronto nigdy nie miało być na zawsze. Miało być tylko na przeczekanie kryzysu. Ale teraz chyba czekał ją kolejny kryzys..
- Nie chcę Cię zatrzymywać.. ja zresztą też muszę.. - wskazała dłonią pobliski sklep. - Zrobić zakupy. Zadzwonię do Ciebie. Mogę? - zapytała zupełnie odruchowo. Nie planowała dzwonić. Ale brzmi to uprzejmie i chyba wypada tak powiedzieć komuś, z kim powinno się porozmawiać? Nie było tak, że nie planowała tego wcale, bo tej rozmowy chciała, ale może dopiero jak sobie ją sama w głowie na nowo poukłada? A może z czasem dojdzie do wniosku, że wcale nie musi niczego wyjaśniać i zwolni się z obowiązku rozmowy i tłumaczeń?

KONIEC
Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Sweet Potato”